Lubię go. Lubię z nim rozmawiać, mamy podobne poglądy na dużo sytuacji, stał się przez ten czas moim przyjacielem, ale też sam narzucił na mnie dużą odpowiedzialność za siebie, bo tak naprawdę bardzo wcześnie usłyszałam, że on mnie nigdy nie puści, że jestem dla niego wszystkim, że jestem dla niego najważniejsza, że beze mnie to tylko skakać z mostu i to mnie trzyma teraz najbardziej, bo jest naprawdę bardzo fajnym człowiekiem, a ja nie chcę go zranić, a zranię i mam tego ogromną świadomość. Z jednej strony widzę szare barwy jeżeli chodzi o wspólną przyszłość, ale tak samo widzę to, że jego w moim życiu nie będzie, bo chciałabym, żeby był.
Właśnie ja nigdy nie mieszkałam z kimś. Miałam u rodziców swój pokój, ale przy takim metrażu to pół dnia mogliśmy sobie nie wchodzić w drogę i przyzwyczaiłam się do tego, że mam tej swojej przestrzeni dużo. No i tak, wiem, że mam trudności w tym, żeby kogoś wpuszczać do swojej przestrzeni albo z kimś moją przestrzeń dzielić. Jestem tego świadoma.
Zresztą moi rodzice tak funkcjonują, że dużo czasu spędzają osobno nawet jeżeli są w domu razem. Wiem, że to nie jest dobry przykład, bo oni są małżeństwem od 27 lat, ale właśnie takie coś by mi pasowało chyba najbardziej. Żeby każdy miał własną przestrzeń i nie tak, że chcę sobie włączyć film to za chwilę mam towarzystwo bo włączyłam telewizor. Albo jak chcę poczytać książkę, to przychodzi do mnie rozmawiać.
Czy przeżywam to nie wiem. Bardziej jestem zmęczona. Kochałam bardzo. Naprawdę, w zeszłym roku nie wyobrażałam sobie dnia, żebyśmy się nie widzieli. Coś mi odwaliło po wakacjach, jak ja zostałam w Krakowie, on pojechał do swojej mamy i nagle okazało się, że go nie ma. I tak minął miesiąc, gdzie jak coś się działo, to nie miałam się do kogo przytulić, po intensywnym czasie razem, wspólnych wakacjach została mi pustka plus rozmowy na skype, które po kilku dniach zaczęły mnie bardziej irytować niż cieszyć i jak już wrócił, to dla mnie to nie było to samo. Tylko wtedy miałam poczucie, że jest już za późno, żeby się z tego mieszkania wycofać, on już był w trakcie przeprowadzki, ja myślałam, że mi to minie samo jak się znowu przyzwyczaję do jego obecności, ale to nie mija, bo ciągle gdzieś się mijamy w naszych oczekiwaniach. Potem miałam dużo stresu, nowa praca, przeprowadzka jednocześnie, trochę konfliktów z rodzicami, przez parę tygodni nie mogłam sobie znaleźć miejsca, bo miałam poczucie jakbym sama siebie pozbawiła własnego miejsca na ziemi, które do tej pory było w moim pokoju, a teraz jest nigdzie, bo to mieszkanie jest wynajmowane, a nie nasze + strasznie tęskniłam za moimi kotami, które zostały u rodziców. W międzyczasie mega dużo rzeczy wyszło i ciągle wychodzi w tym mieszkaniu do naprawy, też już jestem tym zmęczona, dużo miałam na głowie, bo on się uczył tego, że trzeba myć naczynia, że ja oczekuję, że zrobi czasami pranie, że pojedzie na zakupy itd.
Nie mam pojęcia, co mi w mojej durnej głowie przeskoczyło wtedy w wakacje, gdybym wiedziała, to tak naprawdę byłaby to dla mnie cudowna recepta na odbudowę związku. A ja pojęcia nie mam jak wrócić do tego, co było.
Nie mam decyzji. Teoretycznie ok, mogę dawać szansę, mogę próbować żyć dalej w ten sposób, może to stres, nerwy, może potrzebuję po prostu czasu, może się jeszcze przyzwyczaję, ale w praktyce to nie wiem na ile to jest możliwe i realne.
Bo podejrzewam, że z kim bym nie mieszkała, to moje odczucia byłyby dokładnie takie same, bo zawsze to jest ktoś, kto wchodzi w moją przestrzeń. A jednocześnie nie da się tworzyć relacji mieszkając na dwa mieszkania.
Pomaga mi jak wychodzę sobie po pracy sama na miasto na kawę, ale my razem też na tyle rzadko wychodzimy razem, że jest mi głupio bo wiem, że chciałby wyjść ze mną gdybym tylko zaproponowała.
Nawet zastanawiam się czy to jest tema na jakiegoś psychologa może, ale sama nie wiem co bym powiedziała i wydaje mi się to strasznie głupie 