Chodzi o była dziewczynę, to była moja pierwsza życiowa miłość. Nie mieliśmy kontaktu przez prawie 4 lata. Pewnego dnia ja jadąc do pracy na zmianę popołudniową po prostu spotkałem ją przypadkiem na przystanku autobusowym, powiedziała mi tzw "Cześć" i tak to się zaczęło, odpowiedziałem jej tym samym, jednak z nią nie rozmawiałem, przyjechał autobus, wsiadłem i pojechałem do pracy jak gdyby nigdy nic. Jednak w pracy mnie ruszyło myślenie u niej i powiedziałem sobie że co mam do stracenia, napisze do niej na FB i tak zrobiłem. Wróciłem z pracy i napisałem do niej, odpisała mi ku mojemu zdziwieniu... Rozmawialiśmy na sobie normalnie itp. W pewnym momencie padło pytanie ode czy ma chłopaka itp. Napisała mi że MA ale że się nie układa między nimi, że jest zaręczona ale że jest po prostu LIPA. On ją ranił itp. Spotkaliśmy się, zaproponowałem jej to. Poszliśmy na spacer, później do kina, nie chciałem żeby myślała o nim tyle itp. Pewnego dnia znowu się spotkaliśmy na piwo, wypiliśmy trochę, widziałem że ona zaczęła mieć ze mną kontakt fizyczny, tzn dotykała mnie jak troszkę więcej wypiła itp. Ja też zacząłem robić to samo no i w końcu stało się, narobiliśmy sobie ciśnienia na siebie i na następny dzień po prostu się bzykaliśmy. Niestety we mnie moje uczucia odżyły do niej, tzn one były we mnie cały czas tylko uśpione, Kocham Ją od tych kilku lat, nie zmieniło się to, to była moja najcudowniejsza dziewczyna w moim życiu. Dobrze się nam rozmawiało ale w pewnym momencie on zaczął pisać do niej smsmy że się zmieni, że żałuje tego jak ją traktował i zaczęło być źle. Niby spotykaliśmy się, była bliskość (bez seksu tylko pocałunki) ale z każdym dniem było gorzej, w końcu doszło do tego że zaczęła mnie okłamywać pod tym względem że ona np mi napisała że jedzie z rodzicami do rodzinki a tak na prawdę to była się z nim spotkać itp...
Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć że wrócili do siebie a ja poczułem się jak zabawka, ona teraz nawet nie chce się już ze mną spotykać i nawet już chyba nie ma ochoty ze mną rozmawiać... ;(
Masakra, nie sądziłem że będę w taki stanie psychicznym, ostatnie moje dni to jedno wielkie piekło, nie mam ochoty jeść, spać, pić nie mam ochoty na nic. Najchętniej to bym się schował pod kołdrę i w ogóle nie wychodził z tego łóżka tak mi to wszystko dało w kość... <płacze> ;(
Jakieś porady?
Mam nadzieje że to dobry dział.