Sama nie wiem, czemu to piszę, chyba chcę się po prostu komuś wygadać, a nie mam komu, bo to ja zawsze byłam tą osobą, która stawia wszystkich na nogi. Ale nie tym razem, coś we mnie pękło i nie potrafię sobie poradzić z niektórymi rzeczami, z którymi nigdy wcześniej nie miałam problemu.
Byłam w związku 6 lat. Pierwsze 2 lata naszego związku, gdy nie mieliśmy praktycznie nic oprócz siebie były wspaniałe. Mój partner nie wiele zarabiał, ja studiowałam i pracowałam dorywczo, jednak brakowało nam pieniędzy, więc rzuciłam naukę i poszłam do pełnoetatowej pracy. I jakoś tak się potoczyło, że i on i ja dobrze zarabialiśmy, nasz styl życia zmienił się, ale również zmienił się on, ciągle było mu wszystkiego mało i ciągle chciał więcej. Po 4 latach, mój partner zmienił się, zrobił się nerwowy, nie ufny, czasami miałam wrażenie, że nie odróżnia rzeczywistości od swoich wyobrażeń, myślałam, że bierze narkotyki, ale okazało się że miał schizofrenię. I wtedy zaczął się mój koszmar, ciągłe awantury o rzeczy, których nie było, oskarżanie mnie o wszystko, wyrzucał mnie z domu z byle powodu. Oczywiście były też takie dni, w których był po prostu sobą. Jednak nasze życie zmieniło się, przestaliśmy wychodzić do ludzi, ja nalegałam żeby się zaczął leczyć i czasami to robił, ale później doszedł do wniosku, że on jest zdrowy i że to ze mną jest coś nie tak. Żyłam w ciągłym strachu, że znowu sobie coś ubzdura i wyrzuci mnie w środku nocy. Miałam dość i wyprowadziłam się, ale nadal utrzymywałam z nim kontakt. Kochałam go. On rzucił pracę, narobił długów, nie miał pieniędzy na jedzenie, więc przygarnęłam go do siebie. Dobrze zarabiałam, ale mimo to brałam w pracy nadgodziny, żeby zapewnić mu wszystko czego chcę, bo twierdziłam, że skoro spotkało go takie nieszczęście to niech chociaż sobie poprawi humor jakimiś zachciankami. On nie pracował, nie chciał iść do pracy, bo równie dobrze płatnej nie mógł znaleźć, a za „drobne” nie chciał pracować. W domu też mi nie pomagał.
W styczniu ubiegłego roku zachorowałam, zrobiono mi badania i dostałam skierowanie do onkologa. Wiedziałam, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć, bo nie chciałam, aby ktoś się o mnie martwił, tym bardziej on, gdy sam miał problemy ze swoją chorobą. Bywały dni, że się załamywałam, ale wiedziałam, że muszę wziąć się w garść. Nadal przesiadywałam w pracy, ale tylko po to, żeby zająć czymś myśli. Zaczęłam odczuwać żal do niego, że wszystko jest na mojej głowię, ale nigdy mu tego nie powiedziałam.
No i w końcu pewnego dnia dostałam od niej wiadomość. Twierdziła, że mają romans od pół roku. Była brzydka, dużo starsza, po kilku rozwodach z 3 dzieci, znałam ją z widzenia i z plotek. Nie uwierzyłam, on twierdził, że owszem ją zna, ale jest to tylko sprzedawczyni ze sklepu, z którą czasami zamieni kilka słów. Później ona wysłała mi ich zdjęcia ze wspólnego wyjazdu, który jak się później okazało był opłacony z moich pieniędzy. On nadal kłamał, że nigdy z nią nie spał, wściekłam się, że próbuje zrobić ze mnie kretynkę i myśli że uwierzę w te jego kłamstwa. Wyrzuciłam go. Po kilku tygodniach przyznał się, niby przeprosił, ale dał mi do zrozumienia, że to moja wina, bo ciągle przesiadywałam w pracy, bo źle go traktowała, bo on chciał nad morze, a ja nie, więc pojechał sobie z nią, gdy ja w tym czasie byłam na badaniach w klinice, a jemu powiedziałam, że wyjechałam na delegację. Gdy spytałam, czemu to zrobił powiedział, że chciał z kimś pogadać, a że ona ciągle opowiadała jaka to jest bezwartościowa i brzydka to się z nią przespał. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać z tej jego szlachetności, ale nie zmienia to faktu że pękło mi serce. Wydaję mi się, że po prostu przy niej czuł się lepszy, mógł ją gdzieś zabrać, zapłacić, co prawda moim pieniędzmi, a przy mnie po prostu nie czuł się mężczyzną, więc może jednak jest coś w tym, że to po części moja wina.
Załamałam się, rzuciłam kierowniczą posadę, przestałam jeść, za to zaczęłam palić. Ograniczyłam kontakty z rodziną i znajomymi.
To było kilka miesięcy temu, on nadal próbuję to naprawić, twierdzi że nigdy nic z nią go nie łączyło, że jestem miłością jego życia, kocham go, ale dla mnie nic nie usprawiedliwia jego zachowania. Mimo to nie mogę pozbyć się poczucia winy, że zostawiłam go samego, wiem że nadal nie radzi sobie z chorobą, przez to nie może podjąć pracy, nie ma środków do życia, a przyjaciele się odwrócili i został sam. Chciałabym mu pomóc, bo boli mnie jego sytuacja, chciałabym, aby ułożył sobie życie i był szczęśliwy, ale boli mnie też krzywda jaką mi zrobił … sama nie wiem co mnie bardziej dobija mój ból, czy to, że wiem, że jemu wali się świat.