Piszę na tym forum, bo widzę że toczą się tutaj dość ciekawe dyskusje. Miesiąc temu opisywałam rozstanie z moim chłopakiem, który patrząc z perspektywy wydawał mi się toksyczną osobą. Dlaczego? Był ciągle niezadowolony z życia, zazdrościł innym sukcesów, nawet mnie. Zarabiałam więcej od niego i ile się nasłuchałam tego, że siedzę tylko na facebooku nic nie robię, a on ciężko pracuje i nie ma z tego nic. Nawet już przestałam w pewnym momencie przyznawać się, że dostawałam podwyżki, bo zawsze była o to awantura. Był dość opryskliwy, a krytyka to jego drugie imię. Potrafił mi nawet w towarzystwie powiedzieć takie rzeczy jak: masz się tak nie śmiać, nie gadaj tak do swojego rodzica bo nie okazujesz mu szacunku, nie rób tak, nie odzywaj się już bo nie znasz się na tym, nie wymądrzaj się, przestań się nakręcać na temat, zepsułaś specjalnie telefon bo masz kupę kasy i masz pretekst, żeby kupić nowy. A wierzcie mi przytoczone przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej, ciągłe krytykowanie jak jeżdżę autem i co robię. Traktował tak samo swoją rodzinę, według niego jak kogoś się dobrze nie "zje***" to nie będzie wiedział na czym stoi. Jak tylko widział, że ja dobrze się bawię w towarzystwie to od razu miał minę i wszystko mi psuł. Wiele osób z mojego otoczenia właściwie wszyscy, nawet ci którzy widzieli mnie z nim parę godzin było zszokowanych jak on się do mnie odzywa. Tutaj jednak biorę odpowiedzialność za związek też na siebie, bo ja się na to godziłam, myślałam, że tak po prostu musi być. Gwoździem do trumny było to, że ciągle też budował uczucie swojej wartości podrywając wszystko co było wokół niego...
Nie twierdzę, że ja byłam idealna, wiele jego zachowań próbowałam odreagować po prostu się nie odzywając do niego i nie tłumacząc dlaczego mam focha... Wiele razy kłóciliśmy się bardzo o to, że odzywa się do mnie, ze mnie tym przytłacza to on uważał "bo jak tobie się inaczej powie to ty nawet nie będziesz wiedziała o co chodzi". Potem próbował coś zmienić, ale po jakimś miesiącu wszystko wracało do normalności. Do tego jestem dość emocjonalna i jak już wybuchałam to kładłam mu na tacę wszystkie żale, oczywiście nic się z tego nie robił.
Ciągły był problem też z tym, że miałam swoje pasje, które realizowałam, spotykałam się ze znajomymi (ale tylko dziewczyny, nie miałam go jak zaprosić na wspólne babskie piwo...), a on siedział w domu i nic. Spotykaliśmy się 3-4 razy w tygodniu, pisaliśmy do siebie ciągle, także to nie jest tak, że dla niego czasu nie miałam. Dowiedziałam się, że przez to jestem egoistyczna i to przez to się rozstaliśmy, nie przez to że mnie zdradził a ja robię z siebie ofiarę.
Skończyło się tak, że spotkał się z kimś z Internetu twierdząc, że rozmawia się z nią o wiele lepiej, ale absolutnie nie było to zastępstwo za mnie. Pytając się go czy on chce z nią być określił to, że "może za jakiś czas"... Zastanawia mnie tylko jedno, czy pod wpływem tej, czy innej osoby, toksyczny człowiek może się zmienić? Wiem, że to już nie ma znaczenia, ale po prostu boli mnie, że teraz kogoś będzie traktował o wiele lepiej ode mnie, mimo że próbowałam z nim to przepracować i nie było efektu. Pewnie wiele forumowiczów uzna, że takie rozważania są w ogóle nie potrzebne, no cóż myślę że nie byłoby ich, gdybyśmy się rozstali jak ludzie, tzn. po prostu powiedziałby mi że nie chce już ze mną być z takich i takich powodów, a nie kłamiąc mnie i potem na odchodne zrzucić winę na mnie i mówiąc "wypier***". Wszystko to po 7 latach. Winy na siebie absolutnie nie biorę (bezpośredniej), ale czy "faktorem" jego toksyczności mogła być moja osoba? Boje się teraz przyciągać takich ludzi, człowiek po takim czymś myśli że chyba z nim coś jest nie tak... To był mój pierwszy związek, tak właściwie nie wiem jak powinien wyglądać zdrowy, nie chcę brnąć znowu w to samo.