Witam... pisze tutaj , bo juz nie wiem co robic... mam nadzieje, ze mi pomozecie..ale od poczatku.
Niecały rok temu poznałam faceta. Od poczatku miedzy nami iskrzyło. Byłam ostrozna, poniewaz wielu ludzi ostrzegalo mnie przed nim. Mowili ze to taki typ ktory ciagle zalicza kolejne laski a jak z kims jest to zdradza , oszukuje, ma sie za niewiadomo kogo.. chcialam mu dac szanse bo chyba kazdy na nia zasluguje...
I tak w koncu bylismy razem , czulam sie wyjatkowo, nawet jego znajomi mowili ze odkad mnie poznal to chyba zwariowal...tylko ze szybko tez sie przekonalam jak to wyglada kiedy cos jest nie tak. Kiedy nie pasoeala mu najdrobniejsza rzecz to nawet nie bylo rozmowy.. od razu mnie zostawial, jechal do siebie lub do znajomych i potem pisal mi ze to moja wina. I tak co dwa tygodnie. Zostawial mnie i wracal. Najdluzsze takie rozstanie trwalo ponad miesiac. Nie odzywalam sie w tym czasie do niego a on oczywiscie zajal sie soba ale w koncu sobie o mmie przypomnial. Zaczelismy rozmawiac. I wlasnie wtedy dowiedzoalam sie ze jestem juz w 3 miesiacu ciazy. Powiedzialam mu o tym a on do mnie ze mam usunac ze nie moze byc ojcem. Dalam mu czas, zajelam soe soba nadal namawial mnie na usuniecie, spotkalismy sie po kilku dniach i powiedzial ze bedziemy razem....a potem? Znowu mnie zostawil...bo narzekalam ze ze mna nie rozmawia..ze nie spedza ze mna czasu... zaczal sie ze mna klocic , wymyslac jak co zrobimy, mowic ze jestem beznadziejna , ze niczego nie ogarniam...potem wyjechal na miesoac do pracy i pisal do mnie tak jakby nic sie nie stalo. Planowal wspolne mieszkanie, wychowywanie dziecka...wrocil i bylo dobrze...dwa dni..pozniej znowu sie ze mna poklocil. I zostawil. Spedzal czas ze znajomymi, pil z nimi, smial sie, jezdzil...a ja bylam sama... i zaczelismy znowu rozmawiac znowu spedzalismy razem czas... przyczepilam sie do niego ze nie ma dla mnie czasu ze mnie zbywa a on.. znowu mnie zostawil tylko klocac sie ze mna strasznie. wmawial mi ze jestem nieogarnieta, ze niczego nie rozumiem ze nie pasuje mu moje zachowanie i to jak zyje...dzwonil do mnie ciagle, krzyczal na mnie o obarczal cala wina..dodam tylko ze teraz chce tego dziecka, tylko jak twierdzi nie chce mnie..a to wszystko dzialo sie w przeciagu ponad dwoch miesiecy... postanowilam nie odzywac sie do niego w ogole.... tylko co z tego..? Dalam mu bardzo duzo czasu na wszystko. Mam przezywac kolejna jego chec powrotu do mnie a potem kolejne rozstania? ...:((( nie wiem juz co robic..
Zle mi z tym ze go nie ma.. chcialam miec pelna rodzine, chcialam z kims przezywac to wszystko.. kupowac razem potrzebne rzeczy , patrzec jak rosnie brzuszek , chodzic razem na badania, miec kogos kto mnie wesprze..a tymczasem zostalam sama...tesknie za nim ale jednoczesnie czuje ze nie dba o mnie zupelnie.. ja mowie o moich potrzebach a on ze nie mam racji, ze je zaspokajał, ze sie staral ze robil wszystko a mi dalej nic nie pasowalo...
Ehhh...pomóżcie, doradźcie..