Nie będę opisywać wszystkiego, bo tego jest za dużo.
Kilka tygodni temu doszło miedzy mną a partnerem do ogromnej kłótni. Z mojej winy. Powiedziałam słowa jakich się wstydzę i ich nie przytoczę.
Spakowałam się i poszłam do hotelu. Przez 4 dni leżałam, płakałam, nic nie jadłam. Obwiniałam go o to, a to przecież ja wywołałam klotnię (nawet nie wiem o co) i to ja się wyprowadzilam. Potem to do mnie dotarło. Przepraszałam ale on już nie chciał ze mną być.
Po tygodniu wróciłam. Szukałam mieszkania ale nie znalazłam a siedzenie w hotelu było bez sensu. Zgodził się mnie przenocowac. To jego mieszkanie. Nie wiem co sobie myslalam, ale miałam w sobie dużo nadziei. Mieliśmy porozmawiać.
Gdy weszłam zobaczyłam, ze nie ma moich butów. Wsztstkie moje rzeczy byly w workach na śmieci. Popłakałam się, on był zły. Mówiłam, że chce to naprawić. Ze widzę błędy, że żałuję.
Od kilku miesięcy działo się coś złego ze mną. Przestałam nad sobą panować, nie mialam hamulców. Nie wiedziałam co robić z moimi emocjami ani skąd one się biorą. Prosil zebym poszla do psychologa ale nie traktowałam tego zbyt poważnie.
Powiedział, ze jak zacznę się leczyć to możemy o tym porozmawiać, że chce miec ze mną kontakt, ze chce zebym byla jego koleżanką.
Znowu się rozplakałam, bo ja nie chcę byc jego koleżanka. Kocham go i nie chcę być znajomą.
Uznałam, że nie chcę zostawać. On i tak następnego dnia rano wyjezdzal. Nie chciałam byc sama. Wiedziałam, ze jak znajdę mieszkanie to będę w nim sama, opuszczona. Powoedzialam, ze wracam do domu rodzinnego i ze mnie nigdy nie zobaczy. Dzieli nas kilkaset km i ja nie mam czego szukać w tym mieście, bo nigdy go nie lubiłam i nigdy nie chciałam tam byc na stałe. I dodałam, że po co mowi ze do siebie możemy wrócić skoro nawet się nie zobaczymy, a on ze zycie zweryfikuje.
Rano przytulil mnie i powodzial, że kocha, że zobaczymy jak będę się leczyć, że nie jestem zwyklą znajomą, tylko jego byłą. To było okrutne, strasznie bolało.
Wróciłam do domu, stany depresyjne, zero jedzenia, zero snu. Wizyta u psychiatry.
Nie odzywal się. Wyslalam maila z wyrzutami, ze wyrzucil mnie jak smiecia, ze nie mam sily na nic, ze boli mnie ze gdy go tak bardzo potrzebują on mnie olewa.
Napisał, ze mu przykro ale to jedyny sposób, żebym zaczęła się leczyć.
Potem znowu cisza.
W sobotę mam urodziny. Wczoraj zapytał czy będę w domu. No tak. To on mi przywiezie prezent. Ja szok, i piszę żeby nie mieszał mi w głowie, bo do zwykłej znajomej nie jedzie się pol polski zeby dać prezent, ze dla mnie takie coś jednak cos oznacza, ze zrobi mi nadzieje i nie wiem jak to zniosę.
A on na to: ale co zniesiesz? Ze dam ci prezent? To juz nie mozemy się widywac? Nie kazda znajoma jest osobą, która kocham ale jest tak nieznośna, ze musiałem z nią zerwać, żeby zauważyła problem i zaczęła się leczyć.
Jak mam to rozumieć? Nie chcę robić sobie nadziei. Ja to rozumiem tak, ze on to zrobil zeby zmusić mnie do leczenia i nie chce się ze mną rozstawać. Ale juz nie wiem czy to może byc prawda, czy jako naiwna osoba widzę tylko to co chcę. Nie mogę się doczekać tego spotkania, ale moze lepiej odwołać, żeby potem się nie rozczarować, bo może on wcale nie chcę być ze mną, tylko po prostu kupił prezent przed rozstaniem, jezdzic lubi, sobota to dzień wolny i moze to po prostu nic nie znaczy dla niego