Od zawsze interesowała mnie psychika ludzka i to, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują. Dzisiaj jakoś tak mimowolnie wzięło mnie na kolejne rozważania, no i... właśnie. Wiele razy słyszałem od kolegów i znajomych że największy psychopata to ten, dla którego życie straciło sens. Dajmy na to, megaprzystojny sportowiec, utalentowany, przed którym stoi świetlana kariera nagle uszkadza sobie kręgosłup w wypadku samochodowym i ląduje na wózku. Zmienia się naprawdę cały jego świat - marzenia lądują w gruzach, ze sprawności fizycznej nici, staje się w bardzo dużym stopniu zależny od innych, rzuca go dziewczyna bo nie była kompletnie przygotowana na takie coś. On nie ma pojęcia co ze sobą bo sport był całym jego życiem. Krótko mówiąc, lipa. I teraz zastanawia mnie czy to wszystko na raz nie ryje trochę psychiki, czy taki ktoś po prostu nie oszaleje z nienawiści do losu i całego świata? Jak myślicie, czy nie będzie niebezpieczny dla siebie i otoczenia, chociażby dla dziewczyny, która go zostawiła? Temat oczywiście hipotetyczny, takie moje luźne rozważania ![]()
Podobne tematy
Od zawsze interesowała mnie psychika ludzka i to, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują. Dzisiaj jakoś tak mimowolnie wzięło mnie na kolejne rozważania, no i... właśnie. Wiele razy słyszałem od kolegów i znajomych że największy psychopata to ten, dla którego życie straciło sens. Dajmy na to, megaprzystojny sportowiec, utalentowany, przed którym stoi świetlana kariera nagle uszkadza sobie kręgosłup w wypadku samochodowym i ląduje na wózku. Zmienia się naprawdę cały jego świat - marzenia lądują w gruzach, ze sprawności fizycznej nici, staje się w bardzo dużym stopniu zależny od innych, rzuca go dziewczyna bo nie była kompletnie przygotowana na takie coś. On nie ma pojęcia co ze sobą bo sport był całym jego życiem. Krótko mówiąc, lipa. I teraz zastanawia mnie czy to wszystko na raz nie ryje trochę psychiki, czy taki ktoś po prostu nie oszaleje z nienawiści do losu i całego świata? Jak myślicie, czy nie będzie niebezpieczny dla siebie i otoczenia, chociażby dla dziewczyny, która go zostawiła? Temat oczywiście hipotetyczny, takie moje luźne rozważania
Temat dośc głęboki i zakrawający na dłuższą dyskusję. Tyle, że niczego to nie wyjaśni: każdy przypadek jest inny, a wszystko zależne od psychiki danej osoby. Jedni w obliczu życiowej katastrofy znajduja w sobie ogromne pokłady negatywnych emocji, a inni potrafią się pogodzić, znaleźć jakieś pozytywne strony, a przynajmniej przestawić się na inne tory i dalej żyć. Kwestia osobowości, odpornosci psychicznej i umysłu.
Z tym założeniem, ze "największy psychopata..." to spore naduzycie, bo często prawdziwym psychopatą jest ktoś, komu najnormalniej sie wiedzie - ma tylko takie skłonności
A przy okazji - dla obalenia tej wydumanej teorii - wspomnę, że znam parę osób, którym dosłownie runęło zycie ( jeden nawet przemieszkiwał w noclegowniach i zywił sie tym, co znalazł...) a byli normalnie zachowującymi sie ludźmi, potrafiącymi nawet z siebie sie śmiać i pełni pozytywnej energi, skorzy do pomocy innym. Byłyby to wyjątki? Nie sądzę... I - na zasadzie przeciwieństwa - znałem też parę osób zyjących w luksusach, które wręcz ziały nienawiścią do innych i miały najwyraźniej skłonności psychopatyczne.
Jak więc widzisz nie ma reguły i gotowego szablonku, wedle którego można posegregować ludzi ![]()
A od siebie dodam: prędzej pomocnej dłoni zaznasz od zdruzgotanych życiem ludzi (którzy "nie mają nic do stracenia") niż od tych, którym "się udało i mają się dobrze". I obys o tym nie musiał nigdy przekonac sie na własnej skórze...
Masz rację, taka osoba zupełnie inaczej patrzy na otaczający go świat. Jednak myślę że postrzeganie takiej osoby w kategorii psychicznej o stanowiącej zagrożenie dla innych jest błędne.
Podam swój własny przykład. Trudne dzieciństwo, problemy finansowe rodziców, wieloletnie odrzucenie przez rówieśników. Koniec szkoły, frustracja związana z niemożnością złapania normalnej pracy. Próby poznania kogoś bliskiego, dziewczyny - kolejne porażki i odrzucenie.
To wszystko zaczęło sprawiać że nienawidziłem siebie - siebie i otoczenia. Czułem się brzydki, bezwartościowy i ... zdolny do wszystkiego.
Przestałem odczuwać strach. To uczucie stało mi się zupełnie obce. Mogłem umrzeć dziś, jutro - bez różnicy. Myślę że stwierdzenie "szukać śmierci" było dosyć trafne.
Teraz proste przykłady z życia wzięte. Przechodzenie na czerwonym świetle przez skrzyżowanie, czerpanie satysfakcji ze stania na zewnątrz podczas burzy z piorunami i ulewnego deszczu - oczywiście w podkoszulku. Zwykłe głupoty. Agresywne odnoszenie się do innych osób - mimo wrodzonej nieśmiałości. Takie poczucie "jestem Bogiem, mogę wszystko". Dziwnie to brzmi ale w takiej sytuacji rodzą się różne myśli w głowie. Z jednej strony bierność i poczucie że nic nie ma sensu, z drugiej los który mnie krzywdzi i tym samym egoistycznie usprawiedliwia wszystko złe co robię.
Ale czy wtedy byłbym zdolny zrobić drugiej osobie krzywdę? Myślę że nie - nigdy. Osoba skrzywdzona, raczej nie czyni krzywdy komuś innemu.
Nie wiem czy chodziło Ci o taką sytuację ale powiedziałem co mi przyszło do głowy ![]()
4 2015-09-24 21:56:37 Ostatnio edytowany przez kwadrad (2015-09-24 21:57:59)
To ogolnie chyba zalezy jak to sobie wytlumaczy.
Bo moze sobie to wytlumaczyc tak ze cały swiat jest przeciw niemu ale to trzeba miec jakas paranoje.
Moze sobie to tez wytłumaczyc ze nic nie jest dane na zawsze.
Wydaje mi sie ze nie jest do konca tak ze sportowiec po utracie mozliwosci uprawiania sportu nawet w taki sposob jak pieszesz bedzie sie zastanawial kto jest winien.
Moze byc np tak ze przywyczajenie do dotychczasowego trybu zyciu , ta euforia ktora miał,organizacja zycia , znajomosci .
Jezeli to straci to moze predzej wpasc np w depresje lub rozpacz.
Poniewaz nie ma czym tego zastapić .
Kiedyś czytałem o losach pewnego piłkarza ktory przeszedl na emeryture i nie wiedzial co z soba zrobic stad to spostrzeżenie.
"największy psychopata to ten, dla którego życie straciło sens"
Z tym sie nie zgodze bo to opisuje klienta na ktorego wszyscy maja gdzies i nie wiedzi on swoje wartosci.
On chyba swoimi metodami stara sie zwrocic na siebie uwage lub ta wartosc podniesc.
Natomiast skutkiem obocznym moze byc to ze uszkodzi sam sieibe albo wciagnie w cos postronnych.
To jest chyba kwestia wychowania ktoś bedzie atakował innych lub siebie a ktoś bedzie analizował zródło problemu.
Jednak jest tak ze w obliczu duzego zagrozenia i potencjalnej straty ludzie sa zdolni do rzeczy heroicznych czesto sprzecznych z moralnościa.
Trudno powiedzieć czy takie zatracenie siebie(nie mam nic do stracenia) to jeszcze jedna odmiana reakcji na zagrozenie i potencjalnej straty siebie na dobre.
To wszystko zaczęło sprawiać że nienawidziłem siebie - siebie i otoczenia. Czułem się brzydki, bezwartościowy i ... zdolny do wszystkiego.
Przestałem odczuwać strach. To uczucie stało mi się zupełnie obce. Mogłem umrzeć dziś, jutro - bez różnicy. Myślę że stwierdzenie "szukać śmierci" było dosyć trafne.Teraz proste przykłady z życia wzięte. Przechodzenie na czerwonym świetle przez skrzyżowanie, czerpanie satysfakcji ze stania na zewnątrz podczas burzy z piorunami i ulewnego deszczu - oczywiście w podkoszulku. Zwykłe głupoty. Agresywne odnoszenie się do innych osób - mimo wrodzonej nieśmiałości. Takie poczucie "jestem Bogiem, mogę wszystko". Dziwnie to brzmi ale w takiej sytuacji rodzą się różne myśli w głowie. Z jednej strony bierność i poczucie że nic nie ma sensu, z drugiej los który mnie krzywdzi i tym samym egoistycznie usprawiedliwia wszystko złe co robię.
Właśnie o coś takiego mi chodziło
To ogolnie chyba zalezy jak to sobie wytlumaczy. Bo moze sobie to wytlumaczyc tak ze cały swiat jest przeciw niemu ale to trzeba miec jakas paranoje.
Czy ja wiem czy paranoje? Nie zagalopowywał bym się tak. Powiedziałbym raczej że każdy ma inną wrażliwość emocjonalną. Jeden się podniesie i będzie szukał "światełka w tunelu", drugi będzie obwiniał Boga, los czy cokolwiek.
6 2015-09-25 12:45:46 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-25 12:47:57)
Nie, nie sądzę, by osoba była niebezpieczna tylko dlatego, że jej życie legło w gruzach. Miałam kontakt z ludźmi niepełnosprawnymi, których życie przewróciło się do góry nogami i opowiadali, że na początku byli źli na świat, ale potem sobie uświadamiali, że to tak naprawdę na siebie byli źli i to sobie musieli "przebaczyć". Świat zawsze najłatwiej obwiniać w mechanizmie obronnym. Jednak spokojna osoba nie stanie się nagle niebezpiecznym przestępcą, bo jej życie się zmieniło.
Ja powiedzenie "człowiek, który nie ma niczego do stracenia bywa groźny" rozumiem inaczej. "Groźny" w tym kontekście nie oznacza dla mnie osoby, która najchętniej wyrządzałaby innym fizyczną krzywdę. Taka osoba jest groźna, bo jest nieprzewidywalna. Przestaje ją obchodzić, co myślą ludzie, czasami przestają ją obchodzić społeczne konwenanse itp. To wszystko traci sens. Jeśli już, to taki człowiek pokaże swoje prawdziwe oblicze, a nie że cudownie się zmieni. Jeśli ktoś ma wrażenie, że wszystko stracił, to też jest bardziej skłonny do podejmowania ryzyka, odważnych decyzji. Przynajmniej ja tak mam. A jakie to będą decyzje i jakie będą ich konsekwencje, to już indywidualna sprawa. Niby dlaczego sportowiec, który traci wszystko miałby skrzywdzić swoją dziewczynę? To kompletnie absurdalne. Natomiast rozumiem, że rodzic byłby w stanie zabić mordercę swojego dziecka. I to nie każdy rodzic, bo większość jednak miałaby instynkt samozachowawczy mimo wszystko. Jeśli człowiek jest bardzo słaby psychicznie, to może robić różne głupoty, gdy świat mu się wali. Nie robiłabym z tego jednak reguły, bo to są pojedyncze przypadki. Inaczej codziennie słyszelibyśmy tysiące takich historii.
Ja powiedzenie "człowiek, który nie ma niczego do stracenia bywa groźny" rozumiem inaczej. "Groźny" w tym kontekście nie oznacza dla mnie osoby, która najchętniej wyrządzałaby innym fizyczną krzywdę. Taka osoba jest groźna, bo jest nieprzewidywalna. Przestaje ją obchodzić, co myślą ludzie, czasami przestają ją obchodzić społeczne konwenanse itp. To wszystko traci sens. Jeśli już, to taki człowiek pokaże swoje prawdziwe oblicze, a nie że cudownie się zmieni. Jeśli ktoś ma wrażenie, że wszystko stracił, to też jest bardziej skłonny do podejmowania ryzyka, odważnych decyzji. Przynajmniej ja tak mam. A jakie to będą decyzje i jakie będą ich konsekwencje, to już indywidualna sprawa. Niby dlaczego sportowiec, który traci wszystko miałby skrzywdzić swoją dziewczynę? To kompletnie absurdalne.
Widzisz, zgadzam się we wszystkim co napisałaś. Aczkolwiek skoro właśnie taki człowiek przestaje się liczyć z innymi ludźmi i jakoś odgórnie przyjętymi normami społecznymi, to co go właściwie powstrzyma przed takim "ukaraniem" (wziąłem w cudzysłowie żeby nie było że takie myślenie popieram) swojej ex-dziewczyny, kobiety którą kochał, a która co do czego odwraca się od niego gdy ten najbardziej jej potrzebuje?
Miałam kontakt z ludźmi niepełnosprawnymi, których życie przewróciło się do góry nogami i opowiadali, że na początku byli źli na świat, ale potem sobie uświadamiali, że to tak naprawdę na siebie byli źli i to sobie musieli "przebaczyć".
Możesz rozwinąć tę myśl? To bardzo ciekawe. Widzisz ja w liceum miałem w klasie niepełnosprawnego kolegę (już teraz nie żyje, choroba go dobiła), który od urodzenia cierpiał na dystrofię mięśniową. Miał całkiem sprawny umysł, bardzo dobrze się uczył. Niestety choroba sprawiła że wylądował na wózku. I też pamiętam doskonale z rozmów z nim jak żalił się na los, na Boga na życie, zastanawiał się każdego dnia "czemu ja?" Przecież nic nikomu nie zawinił, taki się urodził. Miał życiu za złe, że nigdy nie zatańczy z dziewczyną, nie pogra w piłkę, nie będzie miał normalnego życia. Dlatego Twoje słowa mnie zaintrygowały.
Możesz rozwinąć tę myśl? To bardzo ciekawe. Widzisz ja w liceum miałem w klasie niepełnosprawnego kolegę (już teraz nie żyje, choroba go dobiła), który od urodzenia cierpiał na dystrofię mięśniową. Miał całkiem sprawny umysł, bardzo dobrze się uczył. Niestety choroba sprawiła że wylądował na wózku. I też pamiętam doskonale z rozmów z nim jak żalił się na los, na Boga na życie, zastanawiał się każdego dnia "czemu ja?" Przecież nic nikomu nie zawinił, taki się urodził. Miał życiu za złe, że nigdy nie zatańczy z dziewczyną, nie pogra w piłkę, nie będzie miał normalnego życia. Dlatego Twoje słowa mnie zaintrygowały.
Każda historia jest inna i nie twierdzę, że każdy bez wyjątku jest tak naprawdę zły na siebie. Podam jeden przykład: młody chłopak miał wypadek, kiedy uprawiał coś, co go pasjonowało. Od tej pory stracił władzę w nogach. Dziewczyna go zostawiła, koledzy od wspólnej pasji się odwrócili. Bez władzy w nogach nie mógł wykonywać akurat tej pracy, którą wykonywał przed wypadkiem, więc go zwolnili. Na wszystkich był zły i pełen żalu, że świat mu się zawalił. Dopiero kiedy sięgnął dna, to uświadomił sobie, że to w nim tkwił problem. Dziewczyna rzuciła go dlatego, że od wypadku zachowywał się jak obrażony na cały świat dupek. Nie dlatego, że po prostu nie mógł chodzić. Ona już nie mogła znieść jego humorów i ciągłego wypominania "łatwo ci mówić, bo Ty możesz chodzić". W pracy zaproponowali mu inne stanowisko, za biurkiem. To on uniósł się dumą i pogardził propozycją, bo przecież jaki to ma sens, gdy on nie może robić tego, co lubi. Koledzy przestali się odzywać, bo kiedy go odwiedzali, to obwiniał ich o wypadek. Może nie tak do końca wprost, ale w sposób pasywno-agresywny. Ogólnie ludzie odwrócili się przez to, że on nie dawał sobie pomóc, wszystkich obwiniał i oczekiwał nie wiadomo czego. Łatwiej było mu przekierować gniew na nich, niż być złym na siebie, że nie umie się odnaleźć w nowej sytuacji. A tak naprawdę miał do siebie pretensje, że teraz nie zadowoli dziewczyny, obawiał się, że koledzy i tak przestaną się odzywać, skoro już razem nie mogą się pasjonować tym samym itp. Kiedy sam ze sobą doszedł do ładu, to wszystko inne też zaczęło się układać.
Nie uważasz, że tak często bywa? Ja sama łapię się na tym, że w trudnych chwilach zdarza mi się obwiniać świat i innych, ale to u mnie krótko trwa, bo szybko sobie uświadamiam, że tak naprawdę jestem zła na siebie. Jestem zła o to, że nie mogę niczego zrobić, że jestem beznadziejna, bezsilna, że nie umiem znaleźć rozwiązania itp.
No faktycznie tak jest, chyba każdy czasem tak ma ![]()
"Człowiek, który nie ma nic do stracenia bywa groźny" - tak czy nie?
Tak, chociaż nie do końca.
Może miec w sobie nawet mordercze myśli wobec osób, które w jakiś sposób mogły doprowadzic go do takiego stanu.
Ale samo myślenie, nie musi narobic jakichś szkód.
Bo od myślenia do działania czasem może byc długa droga, niekoniecznie do pokonania.