Drodzy,
Od 18. roku życia, a więc w ciągu ostatnich 6 lat byłem w dwóch związkach (4 i 2-letnim). Niestety ostatni związek skończył się 3 miesiące temu, gdyż była dziewczyna z dnia na dzień odeszła do innego. Bardzo to przeżyłem i przeżywam na swój sposób nadal.
Nie ukrywam, że te 6 lat (a szczególnie ostatni związek) to był wspaniały okres w moim życiu. Wiele się nauczyłem jeżeli chodzi o relacje damsko-męskie i w fantastyczny sposób spędzałem czas - czy to w domu dziewczyny oglądając film, czy też będąc z nią na wspólnych wakacjach. Obecnie bardzo mi tego brakuje. Choć zdaje sobie sprawę, że 24 lata to nie jest nie wiadomo jaki wiek i sporo jeszcze może mnie spotkać, to ostatnio trudno jest mi odnaleźć pozytywne myślenie. Skończyłem studia, zacząłem poważną pracę i choć sprawia mi ona przyjemność i daje satysfakcję, nie chcę aby była ona nadrzędną częścią mojego życia. Boje się, że kończąc studia zamknąłem pewien etap, w którym miałem okazję do poznawania ciekawych i wartościowych osób. Teraz natomiast tego nie ma. Moi rówieśnicy są już po ślubach, mają dzieci - bardzo im tego (w pozytywny) sposób zazdroszczę bo sam chciałbym już założyć rodzinę.
Dodam, że nigdy nie miałem problemów z relacjami z kobietami. Z reguły było nawet tak, że to one inicjowały kontakt ze mną. Niemniej, po ostatnim rozstaniu bardzo spadło moje poczucie własnej wartości. Czuję się gorzej sam ze sobą, choć znajomi mi mówią, że nie mam ku temu powodów. Zawsze chyba jednak tak jest, kiedy ktoś odstawia Cię i sięga po kogoś innego.
Dojrzałem do myśli, że ewentualny powrót byłej dziewczyny nie wchodzi w grę. Mam do niej zbyt dużo żalu i wiem, że z czasem wszystko by ze mnie wyszło. Nie ukrywam natomiast, że chciałbym żeby żałowała. Mam wrażenie, że stanowiłoby to dla mnie formę wewnętrznego odrodzenia.
Czy Wy również mieliście kiedyś podobne myśli? Jak to się u Was potoczyło?