Długo myślałam nad rozpoczęciem tego postu. Sama tak naprawdę nie wiem w jaki sposób przekazać te myśli.
Kiedyś, jako nastolatka miałam problemy z akceptacją siebie, załamywałam się niepowodzeniami, popadłam w marazm itd, jednak sama później zrozumiałam, że trzeba stawiać czoła problemom i zaakceptować moje życie, jakim ono jest.
Trudno było mi zbudować związek, w sumie to moje wszystkie relacje damsko-męskie, które zapowiadały się na coś więcej były skomplikowane, nieokreślone.
Długi czas odpychałam od siebie wszystkich facetów, gdy zaczynało robić się poważniej, oni się angażowali to ja uciekałam. Bałam się. Bałam się zaangażować.
Od mniej więcej roku jestem w związku z wspaniałym mężczyzną. Generalnie, na początku byłam sceptycznie do tej relacji, gdy okazało się, że on chce czegoś więcej. Tak jak w przypadku innych, odpychałam go, ale on walczył, pamiętam,że powiedział mi, że to ja sama nie chce dać sobie szansy na miłość.
Postanowiłam dać temu wszystkiemu szanse, nie rozmyślać, nie analizować i nie bać się.
Tylko jak mówiłam, z mojej strony na początku nie było żadnych motyli w brzuchu, zauroczeń, ponieważ wcześniej dobrze się znaliśmy.
Jest dla mnie dobry, czuły, ciągle powtarza, że chce ze mną spędzić resztę życia (co mnie swoją drogą przeraża), ponieważ boje się przyszłości.
Ma wszystkie cechy dobrego mężczyzny,
Poświęca się i stara, ale czasami aż za bardzo tzn gdy się o coś pokłócimy, mimo, że to ja popełniłam błąd i powinnam przeprosić, to on pierwszy wyciąga ręke, chce by o tym zapomnieć itd.
Będąc z nim czuje się szczęśliwa, ale często łapie się na rozmyślaniu, czy to na pewno TO.
Myślę, jakby to było np. z kim innym, z mężczyzną o innym charakterze, czy także miałabym wątpliwości, czy nadal bym tak rozmyślała? Może to po prostu kwestia charakteru.
Zauważyłam, że od pewnego czasu też, mam bardzo pesymistyczne myśli nt wszystkiego.
Chodzę smutna, jestem jakaś rozdarta, nie potrafię cieszyć się z życia. Mój chłopak wie o moich problemach, stara się zrozumieć, powtarza, że kocha mnie mocno mimo wszystko, stawia mnie na nogi, jest w tym ze mną i dużo mi pomaga.
Zapewne, gdybym była z kim innym, przeszkadzałoby mi coś innego.
Dla przykładu- wcześniej łączyła mnie pewna relacja z innym facetem, połączyła nas wspólna pasja, słuchaliśmy tej samej muzyki , mieliśmy podobne charaktery, zachowania. Tyle, że on nie wykazywał jednoznacznych odpowiedzi na to, jaki ma do mnie stosunek. Jednego dnia, dawał wyraźne znaki, że zależy mu na mnie i jestem ważną osobą dla niego, a drugiego zachowywał się jak obca osoba, odpychał mnie itd.
Sam miał problemy ze sobą, i to ja wyciągałam go 'z bagna' , mimo, że sama jak napisałam wyżej mam skłonności do depresyjnych myśli. Czasami nie dawałam rady, bo słuchając jego, znowu nachodziły mnie te negatywne myśli. Więc było tak, że oboje sprowadzaliśmy się na dno. Zależało mi bardzo na nim, jak pisałam- lączyło nas wiele, jeżeli chodzi o poglądy, spojrzenie na świat, zainteresowania, mialam poczucie, że to moja bratnia dusza. Pomagałam mu, staralam się, a on potrafił nie dawać znaku życia, traktować mnie jak powietrze, a ja cierpiałam. Nie starał się, ale mimo to bardzo mnie do niego ciągnęło. Może to była tylko iluzja, że łączyło nas coś nieopisanego, jak wtedy myślałam. Wtedy żałowałam, że nie potrafi dać od siebie czegoś więcej.
Teraz mam wspaniałego mężczyzne, który zrobiłby dla mnie wszystko, a zamiast docenić to co, mam, wmawiam sobie różne rzeczy. Ostatnio np porównywałam go do Y, że z moim obecnym mamy zupełnie inne gusta muzyczne, zainteresowania, często spieramy się w kwestii róznorakich poglądów, co mnie drażni. No ale mimo to zawsze dobrze się dogadywaliśmy, dobrze się rozumiemy. Zdałam sobie sprawę, że nieważne z kim bym była to zawsze będę wynajdywać rzeczy, które mogłby być inne. Sama nie wiem. Nie wiem czego chce i bardzo mi to przeszkadza.
Jak byłam sama, mialam wiele czasu dla siebie, na spotkania ze znajomymi, poznawałam wielu ludzi, było mi dobrze, ale z drugiej strony żałowałam, że nie mam ukochanego mężczyzny przy sobie, brakowało mi tego.
Teraz, gdy to mam, tęsknie za tamtymi czasami...
Przyjaciółka dziwi się, że nie potrafie tego docenić, dała przykład, że ona i wiele innych dziewczyn natrafia wciąż na facetow, którzy po jakimś czasie stawiają spotkania z kolegami ponad swoje dziewczyny, okłamują je itd, że co mi to dało że z Y łączyło nas tyle, jak traktował mnie źle i sprowadzał na dno.
Co o tym wszystkim myślicie?