netkobietyWszystkie działy
Psychologia

koniec

21 odpowiedzi6 316 wyświetleńzałożony przez Averyl, 07.09.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » koniec

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 22 ]

1

Temat: koniec

Zdarza wam się myśleć o śmierci - nie chodzi mi o myśli samobójcze, chodzi mi o śmierć jako koniec tego, co wypełnia życie, jakby misje życiowe (w stylu wychowanie dzieci, itp) dobiegły końca, a śmierć jako naturalna konsekwencja.
Nie wiem jak się zachowam, gdy zdarzy mi się taka sytuacja, ale często myślę, że gdyby okazało się, że jestem poważnie chora, to nie chciałabym podjąć leczenia. Nie chciałabym pozyskać kilku dni/miesięcy/lat życia w zamian za leczenie, za tracenie czasu na kurację, za przeżywanie nadziei i rozpaczy uda się/ nie uda się. Wolałabym się pogodzić, że zostało mi niewiele czasu i po domykać moje sprawy, relację z ludźmi, pomyśleć o tym, co mnie czeka po śmierci, zastanowić się "czy świat umrze trochę kiedy ja umrę"

2

Odp: koniec

Myślałam, myślę i myśleć będę.
Dzięki temu wiem, jak chciałabym umierać. Świadomie, przytomnie, bezboleśnie, otoczona życzliwymi osobami, które nie będą obarczać mnie swym bólem i cierpieniem. Umierać chciałabym godnie, by nikt nie odebrał mi (albo nie próbował odebrać) szacunku i godności.

Czepiać się życia nie mam zamiaru (piszę to teraz, gdy śmierć - mam nadzieję - nie stoi w mym progu), nie chcę ratowania mego życia za wszelką cenę, trzymania mnie na tym świecie, gdy będę nieprzytomną a powrót do sprawnych będzie niemożliwym. Wiem, że nie chcę być warzywem. Wiedzą też o tym moi bliscy. Wiem, że nie postąpią wbrew mej woli.

3 Ostatnio edytowany przez Rumunski_Zolnierz (2015-09-07 23:18:18)

Odp: koniec

Każdego dnia myślę o śmierci, dla mnie śmierć zawsze będzie rzeczą nie do ogarnięcia a to dlatego, że może zaatakować każdego nie zważając na wiek, płeć, miejsce, czas czy okoliczności.
Umrzeć można dosłownie wszędzie, potykając się na schodach albo dławiąc się poranną drożdżówką.
Najbardziej boję się raka, umiera na niego coraz więcej osób a producenci żywności dbają o to aby ta tendencja się nie zmniejszała. Nie wyobrażam sobie mieć raka, umierać samotnie w szpitalu gdzie ból nie odpuszcza. Wolałbym się chyba targnąc na własne życie w takiej sytuacji.

4

Odp: koniec
Wielokropek napisał/a:

Myślałam, myślę i myśleć będę.
Dzięki temu wiem, jak chciałabym umierać. Świadomie, przytomnie, bezboleśnie, otoczona życzliwymi osobami, które nie będą obarczać mnie swym bólem i cierpieniem. Umierać chciałabym godnie, by nikt nie odebrał mi (albo nie próbował odebrać) szacunku i godności.

Czepiać się życia nie mam zamiaru (piszę to teraz, gdy śmierć - mam nadzieję - nie stoi w mym progu), nie chcę ratowania mego życia za wszelką cenę, trzymania mnie na tym świecie, gdy będę nieprzytomną a powrót do sprawnych będzie niemożliwym. Wiem, że nie chcę być warzywem. Wiedzą też o tym moi bliscy. Wiem, że nie postąpią wbrew mej woli.

Pięknie powiedziane...uchwyciłaś istotę tego zagadnienia  w 100%.
Szacunek...

5 Ostatnio edytowany przez Nataliii (2015-09-08 13:44:57)

Odp: koniec

Każdy czasem o tym myśli szczególnie kiedy kogoś straci lub jest blisko czyjejś tragedii... Śmierć czeka każdego, każdy "kula" życie własnym torem... Ja osobiście chciała bym zapewnić swoim dzieciom  ( których jeszcze nie mam smile ) stabilizacje w życiu typ - mieszkanie, mały zapas gotówki na czarna godzine...
Niestety nikt nie zna dnia ani godziny, życie jest ogromnym darem który jest bardzo kruchy, a nasz los w dużej mierze zależy od tego co siedzi nam w głowie..
Jak to kiedyś ktoś powiedział " CIESZ SIĘ KAŻDYM DNIEM JAKBY MIAŁ TO BYĆ DZIEŃ OSTATNI " myśle że jest w tym dużo racji

6

Odp: koniec
Nataliii napisał/a:

Jak to kiedyś ktoś powiedział " CIESZ SIĘ KAŻDYM DNIEM JAKBY MIAŁ TO BYĆ DZIEŃ OSTATNI " myśle że jest w tym dużo racji

... a jeśli nie cieszysz się, bo czujesz, że już wszystko było, już twoje misje życiowe się skończyły.
OK, można nakręcać się myślą o zakupie nowego gażetu, nowej podróży, nowego... aż w końcu stwierdza, że już wszystko masz, już wszystko zrobiłaś, że właściwie to możesz sobie uprzyjemniać egzystencję czytając dobre książki, spędzają czas ze znajomymi, czy robiąc inne przyjemne rzeczy, ale w gruncie rzeczy nie jest to treścią życia, nie jest to nic na tyle wartościowego, by trwać dalej.

7

Odp: koniec

Nie ma nic pewniejszego na tym swiecie, niz to, ze kazdy umrze. W swietle tego faktu jest wlasciwie zupelnie niezrozumiale to, ze zdecydowana wiekszosc ludzi to po prostu ignoruje.
Swiadomosc wlasnego przemijania moze dac zupelnie inny wymiar zyciu.
Jesli jak piszesz nie cieszysz sie kazdym dniem, bo gadzety Cie juz nie kreca, cele sa osiagniete, a uprzyjemnianie sobie egzystencji innymi dosc pustawymi zajeciami takze nie jest trescia zycia, to znaczy ze doszlas w zyciu do punktu, w ktorym zrozumialas, ze te rzeczy zewnetrzne sa tylko uzywkami, ktore w gruncie rzeczy tylko odurzaja, ale sensem zycia nie sa.
Czyli pewnie przyszedl czas na odkrycie tego, co moze miec wartosc.
Ci, ktorzy maja smierc przed oczami, bedac na przyklad ciezko chorymi, czesto zmieniaja automatycznie system wartosci.
Ci, ktorzy nie sa bezposrednio dotknieci, maja niejako trudniej. Ale mozna sie zainteresowac tym, co maja do powiedzenia ci, ktorzy sa juz blizej konca. Albo wyobrazic sobie, jakby to bylo, gdy by dostalo sie wiadomosc o chorobie. Czyli skonfrontowac sie ze smiercia jako egzystencjalnym zjawiskiem.

Ja ciesze sie zyciem z wielu roznych powodow. Na przyklad z tego, ze nie jestem chora, mam dwie sprawne nogi, nie jestem sparalizowana i mam swobode poruszania sie, widze swiat naookolo w przeciwienstwie do wielu niewidomych na tym swiecie, slysze i potrafie docenic dobra muzyke, nie umieram z glodu, jak miliony innych ludzi na swiecie..... Zwyczajne rzeczy, na ktore nie zwraca sie uwagi, gdy funkcjonuja.
Powodow do cieszenia sie zyciem jest mnostwo. Trzeba tylko przestac je traktowac jako same przez sie zrozumiale. Zaczyna to byc mozliwe, gdy zyje sie w kazdej chwili, czuje sie swoje cialo, odbiera swiadomie bodzce zmyslowe...wtedy czuje sie milosc do zycia. A jest ona tym wieksza, im wieksza swiadomosc, ze nie bedzie to trwac wiecznie, pod warunkiem oczywiscie, ze nie zagluszy sie tego strachem przed smiercia. Jesli sie jednak nieunikniony koniec po prostu zaakceptuje, to wtedy strach traci moc, a radosc z zycia mocy nabiera.
Jak powiedzial Wiktor Hugo  - "Umierac - to nic; straszne jest nie zyc".
Moge polecic lekture ksiazki Eckarta Tolle pt. "Potega Terazniejszosci". Tam jest to dobrze wytlumaczone, co mozna uzyskac poprzez swiadome przebywanie w chwili obecnej.

8 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2015-09-09 09:44:23)

Odp: koniec
Averyl napisał/a:
Nataliii napisał/a:

Jak to kiedyś ktoś powiedział " CIESZ SIĘ KAŻDYM DNIEM JAKBY MIAŁ TO BYĆ DZIEŃ OSTATNI " myśle że jest w tym dużo racji

... a jeśli nie cieszysz się, bo czujesz, że już wszystko było, już twoje misje życiowe się skończyły.
OK, można nakręcać się myślą o zakupie nowego gażetu, nowej podróży, nowego... aż w końcu stwierdza, że już wszystko masz, już wszystko zrobiłaś, że właściwie to możesz sobie uprzyjemniać egzystencję czytając dobre książki, spędzają czas ze znajomymi, czy robiąc inne przyjemne rzeczy, ale w gruncie rzeczy nie jest to treścią życia, nie jest to nic na tyle wartościowego, by trwać dalej.

Podobno najtrudniejszą rzeczą dla niektórych jest stwierdzenie bycia niepotrzebną. Bo po latach pracy 'dla innych', gdy wszyscy wokół są samodzielni, można zająć się własną osobą. Można? Rany! Tylko... jak? Nie umiem! Nie wiem, co to znaczy! Jak po latach przekonać się, że warto siebie lubić, dbać o siebie i siebie rozpieszczać? Jak po latach niedoceniania siebie i patrzenia na siebie przez pryzmat bycia przydatnym innym stwierdzić, że jest się wartościową osobą? Jak po latach zajmowania się kimś innym, po latach pogoni za czymś, żyć spokojnie?


Receptą na to jest zdrowe podejście do życia od samego początku, cenienie siebie na równi z innymi, dbanie o siebie na równi z innymi,  szanowanie siebie na równi z innymi, rozwijanie swoich zainteresowań i pasji na równi z dbaniem o rozwój zainteresowań innych osób. Inaczej: życie swoim życiem, nie zaś życie życiem innych, choćby najukochańszych osób. By można tak żyć, trzeba zauważyć, że jest się wartościową osobą, że stoi się na własnych nogach, że nie potrzeba uwieszać się na kimkolwiek innym, że nie warto przesłaniać sobie świata żadną osobą.


Ważne, by na początku dorosłego życia (a może wcześniej) zastanowić się nad schyłkiem owego życia i ustawiać sobie swoje cele. W tym miejscu przypomnę wielokrotnie cytowane przeze mnie zdanie:

Pema Cziedryn w książce "Miejsca, które budzą lęk" napisał/a:

(...) Dziewczynko, nie pozwól, by życie sprawiło, że twoje serce stwardnieje. (...)

9

Odp: koniec

Marajka - ciekawie piszesz, ale... chyba jest dokładnie na odwrót.
Owszem jest taka popularna teoria, która mówi: ciesz się życiem, żyj chwilą tu i teraz. Generalnie jest OK, ale gdyby głębiej się zastanowić, to raczej trudno cieszyć się, że się ma dwie nogi i jest się zdrowym, owszem na zasadzie porównania można myśleć, że taki niepełnosprawny na wózku, to dopiero ma ograniczenia, ale czy to oznacza, że jesteś w stanie doświadczyć, wyobrazić jak to jest mieć sparaliżowane nogi? Cieszyć się, że możesz biegać? Że bycie sprawnym jest radością życia?
Można się cieszyć np. z jedzenia jeśli się doznało głodu, albo nawet z pieniędzy, jeśli doświadczyło się biedy, można się cieszyć z dwóch nóg, jeśli np. towarzysz osobie niepełnosprawnej i stykasz się z jej problemami, ale nie wierzę, by bez tych doświadczeń, doznań same przemyślenia mogły być sensem życia, radością życia.
W wielu poradnikach np. wyliczają ile pieniędzy można zaoszczędzić nie paląc. Ja nigdy nie paliłam, myślisz, że zaglądając do portfela widzę te kwoty zaoszczędzone i się z nich cieszę? że cieszę się, że dzięki temu mam zdrowe płuca? Nie, bo pieniądze na papierosy nigdy nie były moim wydatkiem i nie zdziwią mnie problemy z płucami, bo w dzieciństwie nawdychałam się wystarczająco dużo dymu papierosowego. Ile razy rozmawiałam z ludźmi, którzy narzekają na biedę, że w Anglii czy Niemczech to..., a jak daje im przykład, że jesteśmy bogatym krajem, że raczej zdecydowana większość nie głoduje, mamy wysokie PKB, że gdyby porównać to z sytuacją za wschodnią granicą  na Białorusi, czy na Ukrainie, to jesteśmy szczęśliwym, bogatym krajem. Zazwyczaj słyszę, że to co innego, że ten świat za wschodnią granicą, to zupełnie inny świat. Jak myślisz ilu Polaków budzi się rano i cieszy się, że nie ma wojny? Czy może być coś straszniejszego niż wojna, wojna domowa?

Ja inaczej rozumiem słowa "Umierać - to nic; straszne jest nie żyć".

10

Odp: koniec

Jak często ludzie nie cenią tego co mają. I jak często zaczynają doceniać, gdy utracili.

11 Ostatnio edytowany przez Marajka (2015-09-10 00:58:17)

Odp: koniec

Averyl, teoria jest to tylko dla kogos, kto tego nie zna.
Sprobuje wytlumaczyc.
Nie trzeba doswiadczac, jak to jest miec sparalizowane nogi, zeby wiedziec, ze zdrowe sa cennym darem, zwlaszcza gdy sie widzi sparalizowanego czlowieka.
Nie znasz momentow, ze cieszy Ci po prostu Twoje cialo? Poruszanie sie, bieganie, jazda na rowerze, taniec, czucie zywotnosci w ciele przy tym wszystkim i chec kosztowania tego... Jesli znasz, to sama mysl, ze mogloby byc inaczej powoduje, ze sie to ceni, co sie ma  - pod warunkiem, ze nie ma sie sklonnosci robic z tego obaw przed utrata. Ale jak to juz kwestia wlasnego wyboru, ten ma sie zawsze.
Nie zdarza ci sie jesc czegos bardzo dobrego i rozkoszowac sie tym, mimo, ze moze nigdy w zyciu nie zaznalas glodu?
Czy nigdy nie zdarzylo Ci sie odczuwac po prostu radosci istnienia? Tak po prostu, bo akurat jest ladna pogoda, naokolo piekna natura, wewnatrz przyjemne odczucia...i nagle zjawia sie radosc bez konkretnego powodu? O to cieszenie chodzi, o bycie w momencie.
Nie wierze, ze tego nie znasz, ale jesli nie, to warto sie tego nauczyc. W sumie bardzo proste, trzeba tylko skupic sie na tym, co sie akurat czuje, zamiast myslec.

W chwili obecnej zyja dzieci, ciesza sie glupotami, dla nich wszystko jest nowe.
Wraz z dorastaniem i coraz wiekszym przejmowaniem spolecznych norm i zachowan zazwyczaj sie to traci, w mniejszym czy wiekszym stopniu i zamiast tego przejmuje sie zwyczaj ocenianie i zamienia sie ta zyciowa radosc na wyobrazenia o niej. Radosc z zycia zamieniamy na radosc z gadzetow i osiagniec, czy innych spolecznie uwarunkowanych wartosci. Zamieniamy spontanicznosc na obowiazek i to, co sie powinno.
Uzalezniamy od tego wszystkiego wlasne szczescie, ktore zazwyczaj w ten sposob staje sie czyms, do czego trzeba dazyc i co bedzie dopiero w przyszlosci.
Pogon za szczesciem to swietny sposob na prowadzenie nieszczesliwego zycia, na "nie zycie".

Mozna sie cieszyc z samego faktu zycia i tego wszystkiego, co napisalam.
Wiem, ze tak jest, bo ja wlasnie tak mam. Skad mam? Nie wiem, ale wlasnie ta swiadomosc, ze nie jest to samo przez sie zrozumiale, ze jestem na przyklad zdrowa, daje mi ta radosc i wdziecznosc za taki dar.
A poza tym wlasnie ta swiadomosc, ze nic nie jest to wieczne, swiadomosc przemijania...ta tez mi juz zawsze towarzyszyla.
Moze bylo to pomoca, ze w jakis sposob juz zawsze zdawalam sobie z tego swiadomie sprawe? Nie wiem. Tak po prostu u mnie bylo, oczywiscie nie bez przerwy. Zdarzalo sie to po prostu.
Dopiero pozniej zrozumialam ten mechanizm, zrozumialam, co to znaczy byc obecna w terazniejszosci, w miedzyczasie zajmowalam sie roznymi kierunkami, m.in. buddyzmem. I od czasu jak zrozumialam, w jaki sposob sie to osiaga, nie jestem juz zdana na przypadek, ze mi sie to przytrafi, tylko wystarczy, ze wroce do chwili obecnej, ze przypomne sobie, jak dobrze mam wlasnie w porownaniu z innym, albo i bez tego porownania, ze dobrze jest tylko tak po prostu poczuc siebie sama.

To byl oczywiscie proces, to zdobywanie zrozumienia, co to znaczy "straszne jest nie zyc". To "nie zyc" ja rozumiem wlasnie w ten sposob, ze wielu ludzi przechodzi przez zycie w wiecznym transie i nie zaznaje tego, o czym powyzej napisalam, nie zaznaje zycia. I jesli w momencie smierci sobie to uprzytomnia, to musi to byc straszne.

A tak na marginesie, to moj czas wolny poswiecam czasem na siedzenie przy umierajacych jako wolontariuszka. I nie jest to nic przygnebiajacego ani strasznego. Od umierajacych emanuje czesto silna zyciowa energia, ktora mocno czuje. Bo oni sa wlasnie w stanie skupienia, sila zyciowa nie rozproszona na codzienne sprawy w glowie, a przyszlych celow tez juz zadnych nie ma. Jest tylko tu i teraz. Pisze o ostatnim stadium, ostatnich dniach, bo takich dotyczy moja rola, gdy przestalo sie walczyc z nieuniknionym i przychodzi spokoj. Nie kazdy tak ma, ale wielu. W takich sytuacjach tez wiele ucze sie o zyciu.

12

Odp: koniec

Ciekawe, co piszesz, zwłaszcza jeśli wcielasz to w życie.
Jak ma się 20 lat, to tak jak napisała Wielokropek człowiek ma wiele celów w życiu – ma dzieci do wychowania, dom do zbudowania, objechanie całego świata, itd Są to poważne etapy życia, coś co może być celem/sensem życia. Trudno sobie wyobrazić, że  dzisiaj jesteś matką, a jutro już nie, jeśli masz dzicko to chcesz mu coś przekazać, nauczyć go czego – jest to jakieś duże dzieło życia... no ale żyć dla przysłowiowego „kotleta”? Owszem jest smaczny, sprawia przyjemności podniebieniu, ale by było to sensem życia???
Jest pewna przestrzeń między „można”, a „jest”. Można objadać się marchewkami, bo są zdrowe, ale jeśli ci nie smakują, to nie możesz sobie powiedzieć, że lubisz jeść marchewki. To nie jest kwestia tego, co logicznie sobie wytłumaczysz, tylko tego co czujesz, co doświadczasz. Możesz powiedzieć, że jest piękna pogoda, że masz śliczne, sprawne nogi, ale czy to jest dobry powód, by powielić kolejny dzień?
Po przeczytaniu Twojej odpowiedzi przyszedł mi na myśl Iyengar - przeżył ze swoją żoną kilkadziesiąt lat, razem rozbudowywali szkoły jogi, a gdy ona umarła, on dalej robił to samo, nie zmienił swojego rytmu dnia. Nie chcę go oceniać, niektórzy potrzebują właśnie codzienności, by przetrwać takie trudne wydarzenia, a może po tylu latach, nie zrobiło mu to różnicy, nie wiem, ale to co mnie uderzyło – to brak czegoś takiego, co u nas nazywa się żałobą. Owszem joga potrafi zharmonizować, wyciszyć, z relaksować, ale nie chciałabym aż tak wyciszyć emocji. To dzięki konstrastom wiadomo, że coś jest dobre, a coś jest złe, miłe/nieprzyjemne, że coś jest ważne/nieistotne, itd. Ten element doświadczania jest bardzo istotny, nie wystarczy powiedzieć cieszę się życiem, bo świeci słońce, bo jestem sprawna, bo nie ma w moim życiu kataklizmów - to jest teoria, a nie treść/sens życia.
Marajka każdy jest inny, nie odbieraj mojego stanowiska jako formę kwestionowania twojego życia, twoich słów. Trochę czuję, że powielam dni i dlatego tak myślę.

13 Ostatnio edytowany przez Marajka (2015-09-10 16:37:22)

Odp: koniec

Averyl, absolutnie tak tego nie odbieram jako kwestionowanie. Wiem, ze kazdy jest inny.
Ja tez nie chce przekonywac do mojego sposobu na zycie, tylko probuje przekazywac moje wlasne doswiadczenie, bo doskonale wiem o co Ci chodzi w tym co piszesz. Mialam tez i takie okresy w zyciu, bo wydawalo mi sie czesto, ze cos ze mna nie tak, gdy niekoniecznie podzielalam odczucia ludzi naokolo mnie, a oni tego ode mnie oczekiwali. Zaczelam sie przystosowywac, ale wtedy zaczelam wpadac w depresje wlasnie z tego powodu, ze nic z tego, z czego skladalo sie to zycie, nie wydawalo mi sie sensem wartym kontynuacji.
Uwierzylam, ze radosc z tego powodu, ze swieci slonce, jest czyms tak banalnym, ze nie ma w zyciu znaczenia i wtedy zaczelam takze i to tracic.
Wiele ludzi przezywa cale zycie i nigdy nie ma takich problemow.
Ale sa tacy, ktorzy maja i ja do nich naleze.
A Ty zadalas tutaj wlasnie takie egzystencjalne pytanie, ktore jest mi znane, stad moja odpowiedz smile

To co piszesz o przezywaniu emocji, ma oczywiscie swoja racje bytu. Ale i emocje to tez cos, co przemija i ciagle sie zmienia.
Czy rzeczywiscie koniecznie trzeba przezywac zalobe? Niby dlaczego? To tak, jakby kazdy musial sie cieszyc z tych samych powodow i smucic z tych samych.
A tak przeciez nie jest. To tylko ukondycjonowane myslenie sklania nas do przyjmowania takich zalozen, ze na okreslone sytuacje powinnismy reagowac okreslonymi emocjami.
Zwroc uwage, ze dzieci, zyjace jeszcze w chwili i jeszcze nie ukondycjonowane na schematy spoleczne, tez niekoniecznie reaguja tak, jak dorosli by tego oczekiwali. W zwiazku z czym ci dorosli zaczynaja dzieciom wpajac, jak powinny sie zachowywac i co gorzej - jak powinny czuc. I tak sie tego uczymy.
Poza tym jesli nawet czuje sie zalobe, to czy trzeba ja w jakis okreslony sposob okazywac? To tez byloby tylko oczekiwanie, ze taki czlowiek ma odpowiadac okreslonym wzorcom zachowania, chodzic w czerni i z zapuchnietymi oczami i na kazdym kroku podkreslac, jak bardzo cierpi.
A czy kontynuacja zyciowego zadania zmarlej osoby nie jest najlepsza forma wyrazenia swojego szacunku i milosci do tej osoby?

Poza tym czlowiek, ktory tyle lat uprawiam joge i zyl, rozwijajac swiadomosc, odbiera swiat zupelnie inaczej. Emocje, ktore w przewazajacej wiekszosci sa ukondycjonowane w naszej podswiadomosci w pierwszych latach zycia, sa w takim przypadku wyzwolone i nie musza byc powtarzane. Na ich miejsce przychodzi spokoj, radosc i uczucie milosci nie skierowanej na konkretny objekt, ktore w coraz silniejszym stopniu zaczynaja stanowic tlo wlasnego odczuwania.
Buddyzm nazywa to czystymi, pierwotnymi uczuciami, w przeciwienstwie do tych ludzkich ukondycjonowanych emocjonalnych reakcji, ktorych uczymy sie dopiero w ciagu naszego zycia.
To jest po prostu inny stan ducha, oczyszczony z emocjonalnych reakcji. Absolutnie nie pusty, tylko wlasnie dajacy poczucie spelnienia. Wtedy wcale nie teskni sie za emocjami.

Tak, ten dualizm, o ktorym piszesz uczy rozrozniania. Ale przeciez kazda zywa istota na tym swiecie jest wyposazona od urodzenia juz w zmysly, ktore potrafia zupelnie bez swiadomych dzialan rozroznic, co jest dla tej istoty dobre, a co zle, co jest dla niej wazne, a co nie istotne.
Prawda jest taka, ze wiekszosc tych rozroznien jest biologicznym wyposazeniem, takze czlowieka. Czlowiek tylko dodal do tego elementy socjalne. Ale te wystepuja w okreslonych formach takze wsrod zyjacych stadnie zwierzat. Takze bezposrednie emocje na bodzce - np. strach czy agresja w przypadku zagrozenia - sa biologicznym wyposazeniem, bo sa to reakcje na bodzce z otoczenia i jako takie maja zapewnic przezycie, bedac informacja dla organizmu, co jest dla niego dobre a co zle i jak powinien sie zachowac w danej sytuacji. Sa wiec tak samo malo lub duzo sensem zycia, jak zjadanie marchewki.
Najwieksza przeszkoda do odczuwania radosci zycia sa zazwyczaj koncepty w glowie, co jest tego warte a co nie. Gdy sie o nich zapomni, chocby na chwile, swiat zaczyna inaczej wygladac. Przynajmnie jest to moje doswiadczenie i tych ludzi, z ktorymi je dziele wink

Pozdrawiam smile

14 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2015-09-10 19:31:42)

Odp: koniec
Averyl napisał/a:

(...) Jak ma się 20 lat, to tak jak napisała Wielokropek człowiek ma wiele celów w życiu – ma dzieci do wychowania, dom do zbudowania, objechanie całego świata, itd Są to poważne etapy życia, coś co może być celem/sensem życia. Trudno sobie wyobrazić, że  dzisiaj jesteś matką, a jutro już nie, jeśli masz dzicko to chcesz mu coś przekazać, nauczyć go czego – jest to jakieś duże dzieło życia... no ale żyć dla przysłowiowego „kotleta”? Owszem jest smaczny, sprawia przyjemności podniebieniu, ale by było to sensem życia??? (...)

No własnie. Jeśli ktoś swoimi celami ustanawia inne osoby, to dramat zaczyna się w momencie, gdy ów cel rozpocznie samodzielne życie. Gwałtu, rety! Cel uciekł! Wówczas albo niektóre osoby czepiają się uciekającego celu (wcześniej starając się, by ów cel nie był samodzielną istotą), albo popadają w depresję. Pomocnym z wychodzenia z takich stanów depresyjnych jest uświadomienie sobie tego, że nic mi się nie należy, że wszystko jest darem. Wówczas, wbrew pozorom, łatwo zachwycać się życiem i mieć cel do końca swych dni.

Sposób myślenia i życia opisany przez Marajkę (chapeau bas!) nie jest związany z wiekiem (można mieć lat 20, można 60, można jeszcze więcej) lecz z wyborem - na co kierujemy swą uwagę.

Carpe diem!



Edit:
Nic nie dzieje się przypadkiem. smile
Przed chwilą znalazłam w Internecie kilka zdań:

Danielle Quinodoz w książce STARZENIE SIĘ – PRZYGODA ŻYCIA, KTÓRE TRWA napisał/a:

(...) Starzenie się często napawa lękiem. Trzeba stawić czoła utratom: ciało i umysł nie funkcjonują tak sprawnie jak dawniej, bliscy odchodzą. Niektóre osoby sprawiają jednak, że człowiek ma ochotę się starzeć: choć nie ominęły ich trudne doświadczenia, traktują ostatni etap jak przygodę życia, które trwa. Udaje im się bowiem zachować na planie wewnętrznym cenne dobra utracone w zewnętrznej rzeczywistości. Co więcej odkrywają nowy rodzaj swobody. Być może potrafiliby nawet utracić wszystko, nie tracąc siebie? Być może starzenie się to dla nich okazja, by nauczyć się lepiej kochać siebie i innych? (...)

15

Odp: koniec

No tak, to jest indywidualna kwestia i samy powinniśmy mieć prawo o tym decydować, a bliscy uszanować to. Moja mama pod koniec lipca zmarła na raka, niestety sad Zachorowała w 2010 roku, miała też około roku czy dwóch lat remisji, dokładnie mi się miesza, ale coś takiego. Oczywiście każdy z nas myślał, że będzie już dobrze, bardzo ją kochaliśmy, kochamy i nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że może odejść, walczyliśmy razem z nią. Nie robiliśmy nic wbrew jej woli, bo ona sama chciała walczyć do końca. No chociaż oczywiście trudno patrzeć na bliską osobę zmęczoną chemioterapiami, ale wiedzieliśmy, że ona chce walczyć, sama chciała też i prawie do końca była świadoma, próbowała różnych metod leczenia. Obwiniałam siebie o to, że mamę w szpitalu potem już za bardzo nie odwiedzałam, dlatego, że było to dla mnie tak trudne psychicznie. Nie jeździłam do niej, tylko odsuwałam od siebie myśli, że może coś się stać, bo jej stan jest gorszy, tylko po prostu uznałam, że jak zawsze wróci do domu. To chyba była reakcja obronna dla mnie, teraz już staram się o to nie obwiniać, zwłaszcza, że na pewno też wiele innych osób mogło mieć podobnie i bliskich osób w szpitalu nie odwiedzić, bo tak trudne to przeżycie. Tylko tutaj oczywiście żałuję, bo przez to mamie za bardzo wtedy nie pomagałam, tylko inni tata, siostra, ale no wiem, że nie ma co się obwiniać, bo to reakcja psychiki i moja mama wiem, że to rozumiała.

Jak ja bym chciała sama to nie wiem. Boję się śmierci, jak każdy raczej bym chciała bez bólu, ale czasem tak się nie da. Najlepiej byłoby tak jak ktoś zasypia i spokojnie umiera, ale to jest chyba rzadkie. Nie ma co dokładnie o tym myśleć moim zdaniem, bo nie da się tego do końca zaplanować. W chorobie myślę, że walczyłabym o życie, jakby była szansa. U mojej mamy była długo szansa, więc wcale nie dziwię się, że walczyła. Tylko, że jedna osoba ma spore szanse i przeżyje, inna niby ma spore szanse, a nie przeżyje. No bo początkowo ten rak był średniozaawansowany raczej do wyleczenia, ale jak widać mimo dobrych rokowań nie udało nam się go wyleczyć. Czasem statystki się nie sprawdzają i ktoś nawet z niezbyt zaawansowanym rakiem jak widać może nie móc się wyleczyć jak widać po mojej mamie. A czasem ktoś ma gorszą sytuację, a przeżyje. Dlatego ja bym chciała walczyć też, ale dokąd, to ciężko powiedzieć, póki starczyłoby mi sił i miałabym nadzieję i chciałabym walczyć. No ciężko tak powiedzieć dokładnie.

16

Odp: koniec
Averyl napisał/a:

Zdarza wam się myśleć o śmierci - nie chodzi mi o myśli samobójcze, chodzi mi o śmierć jako koniec tego, co wypełnia życie, jakby misje życiowe (w stylu wychowanie dzieci, itp) dobiegły końca, a śmierć jako naturalna konsekwencja.

Myslę ,że na ten temat zdania będą rózne w zależności od wieku/przezytych doświadczeń w zyciu itp.
Mając 20 lat  na  pytanie o śmierc odpowiesz inaczej niż majac lat 70. Inaczej na smierc patrzy człowiek młody( w zasadzie to młodzi są nieśmiertelni-i dobrze),inaczej w podeszłym wieku.
Mysle ,ze kazdy napisze "chcę umrzeć bezboleśnie, godnie,spokojnie, pogodzony..."Ale tak naprawdę nikt w swoją smierc nie wierzy.
Każdy swoją smierc moze opisać( wyobrazić sobie) z pozycji świadka, a nie uczestnika. A jak bedzie naprawdę przekonamy się o tym w tej ostatniej chwili życia.
Mysle ,ze dzisiejszy styl zycia( konsumpcyjny, szybki, agresywny)sprawia,że ludzie na co dzień w ogóle nie myślą o smierci.

Z mojej strony mogę napisać ,ze ja bardzo, bardzo chciałabym już odejść.

17

Odp: koniec
Jola1 napisał/a:
Averyl napisał/a:

Zdarza wam się myśleć o śmierci - nie chodzi mi o myśli samobójcze, chodzi mi o śmierć jako koniec tego, co wypełnia życie, jakby misje życiowe (w stylu wychowanie dzieci, itp) dobiegły końca, a śmierć jako naturalna konsekwencja.

Myslę ,że na ten temat zdania będą rózne w zależności od wieku/przezytych doświadczeń w zyciu itp.
Mając 20 lat  na  pytanie o śmierc odpowiesz inaczej niż majac lat 70. Inaczej na smierc patrzy człowiek młody( w zasadzie to młodzi są nieśmiertelni-i dobrze),inaczej w podeszłym wieku.
Mysle ,ze kazdy napisze "chcę umrzeć bezboleśnie, godnie,spokojnie, pogodzony..."Ale tak naprawdę nikt w swoją smierc nie wierzy.
Każdy swoją smierc moze opisać( wyobrazić sobie) z pozycji świadka, a nie uczestnika. A jak bedzie naprawdę przekonamy się o tym w tej ostatniej chwili życia.
Mysle ,ze dzisiejszy styl zycia( konsumpcyjny, szybki, agresywny)sprawia,że ludzie na co dzień w ogóle nie myślą o smierci.

Z mojej strony mogę napisać ,ze ja bardzo, bardzo chciałabym już odejść.

Czemu chciałabyś już odejść?

No tak, zwykle się o tym nie myśli i w sumie póki nie zdarzy się nic złego np śmierć w rodzinie jak u mnie, to wydaje się człowiekowi, że to go ominie. No nie wiem, jest takie wrażenie, ja kiedyś myślałam, że u nas się jak zdarzy to dużo, dużo później. No po prostu masz obok bliskie osoby i myślisz tylko o tym jak wspaniale, że je masz. No i fakt, gonią ludzie też za dobrami materialnymi, czasem nie mają czasu się zatrzymać i pomyśleć.

18

Odp: koniec

Strach przed bólem jest przesadzony. Nie boisz się, że będzie cię bolała głowa, chociaż osoby, które mają migreny, mogą o tym myśleć z niechęcią.
Czy osoba otyła boi się/myśli o tym, że zajadając smaczne jedzenie szykuje sobie śmierć w męczarniach? Z czasem pojawiają się bóle w stawach, w kręgosłupie, inne problemy ale one narastają stopniowo, stopniowo człowiek się przyzwyczaja, chociaż odczuwa coraz silniejszy ból, nie łączy przyczyny ze skutkiem. Jak to się ma do teorii, że nikt nie chciałby umierać w męczarniach, skoro wielu pracuje swoim trybem życia na taką śmierć? Chyba jednak gorszy jest ból psychiczny - aż trudno sobie wyobrazić taką mieszankę uczuć - od nadziej, po rozpacz w trakcie kilkumiesięcznej/-letniej terapii.
Czym jest przedłużanie agonii w nadziei, że może uda się o kilka dni/miesięcy/lat wydłużyć sobie cierpienia? Jaki jest cel takiej walki?

19

Odp: koniec

Nie boję się bólu. Znam go. Wiem, na czym polega ból przewlekły. Wiem, jak wówczas zmieniona jest świadomość, a i o przytomność bardzo trudno. Chciałabym umierać świadomie, przytomnie, bezboleśnie.

20

Odp: koniec
Averyl napisał/a:

Strach przed bólem jest przesadzony. Nie boisz się, że będzie cię bolała głowa, chociaż osoby, które mają migreny, mogą o tym myśleć z niechęcią.
Czy osoba otyła boi się/myśli o tym, że zajadając smaczne jedzenie szykuje sobie śmierć w męczarniach? Z czasem pojawiają się bóle w stawach, w kręgosłupie, inne problemy ale one narastają stopniowo, stopniowo człowiek się przyzwyczaja, chociaż odczuwa coraz silniejszy ból, nie łączy przyczyny ze skutkiem. Jak to się ma do teorii, że nikt nie chciałby umierać w męczarniach, skoro wielu pracuje swoim trybem życia na taką śmierć? Chyba jednak gorszy jest ból psychiczny - aż trudno sobie wyobrazić taką mieszankę uczuć - od nadziej, po rozpacz w trakcie kilkumiesięcznej/-letniej terapii.
Czym jest przedłużanie agonii w nadziei, że może uda się o kilka dni/miesięcy/lat wydłużyć sobie cierpienia? Jaki jest cel takiej walki?

Nie wiem, piszesz o mojej mamie też? Walczyła do końca, owszem, cierpienie też było, ale cały czas chciała walczyć. Wiesz, nigdy nie wiadomo czasem i ludzie z ciężkich raków wychodzą, więc no myślę, że też dlatego wolała walczyć i mimo wszystko miała jeszcze do tego siłę, mimo bólu. No jakby jej nie miała, to co innego. To indywidualna decyzja.

21

Odp: koniec

Truskaweczka19 nie to nie jest o Twojej mamie, to raczej moje odczucia - moje ważne misje życiowe dobiegają do końca, owszem mam jeszcze kilka rzeczy przed sobą, ale nie są to dla mnie tak ważne sprawy.
To nie jest tak, jak pisała Wielokropek, że nie mam pomysłu na własne życie, bo poświęcałam się dla innych, którzy mnie już nie potrzebują. Jakkolwiek zgadzam się z tą opinią - widziałam to u mojego ojca, jak przeszedł na emeryturę, nagle miał za dużo czasu, za mało ludzi wokół siebie, potrzebował trochę czasu by odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Zgadza się również z Tobą Truskaweczko - np. gdybym miała maleńkie dziecko, prawdopodobnie czepiałabym się najmniejszej nadziei, by żyć.
Nie jestem chora, nie zmagam się z cierpieniem, by chcieć skrócić sobie mękę.
To są takie moje przemyślenia, że mając prawie 40 lat naprawdę ważne misje życiowe już zrealizowałam. Trochę to głupie, bo przecież mogę jeszcze drugie tyle przeżyć. Wolałabym myśleć, że doświadczam wielkiego "daru życia", ale tak nie czuję.

22

Odp: koniec
Averyl napisał/a:

Truskaweczka19 nie to nie jest o Twojej mamie, to raczej moje odczucia - moje ważne misje życiowe dobiegają do końca, owszem mam jeszcze kilka rzeczy przed sobą, ale nie są to dla mnie tak ważne sprawy.
To nie jest tak, jak pisała Wielokropek, że nie mam pomysłu na własne życie, bo poświęcałam się dla innych, którzy mnie już nie potrzebują. Jakkolwiek zgadzam się z tą opinią - widziałam to u mojego ojca, jak przeszedł na emeryturę, nagle miał za dużo czasu, za mało ludzi wokół siebie, potrzebował trochę czasu by odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Zgadza się również z Tobą Truskaweczko - np. gdybym miała maleńkie dziecko, prawdopodobnie czepiałabym się najmniejszej nadziei, by żyć.
Nie jestem chora, nie zmagam się z cierpieniem, by chcieć skrócić sobie mękę.
To są takie moje przemyślenia, że mając prawie 40 lat naprawdę ważne misje życiowe już zrealizowałam. Trochę to głupie, bo przecież mogę jeszcze drugie tyle przeżyć. Wolałabym myśleć, że doświadczam wielkiego "daru życia", ale tak nie czuję.

No maleńkie dziecko to nie, ja mam 24 lata, siostra 29 lat, ale moja mama po prostu bardzo chciała żyć, miała 47 lat, to niewiele i niesprawiedliwe, że ktoś bardzo chce żyć, a tu rak zabiera powoli...
Niemniej oczywiście można mieć taki moment, że uważa się, że wszystko co się chciało już przeżyło, ale myślę, że więcej ludzi ma właśnie jednak tak bliżej emerytury. No, ale i wtedy można znaleźć sobie pewnie ciekawe zajęcia. To faktycznie szybko masz takie uczucie, skoro 40 lat. No chociaż ok, te ważne życiowe dla Ciebie rzeczy pewnie zrealizowałaś, ale to nie znaczy, że nie czeka Cię jeszcze wiele fajnych chwil, przecież one są podobnie ważne wink No, ale w sumie wiesz, sama nie wiesz jak zachowałabyś się w chorobie, można tylko gdybać.

Posty [ 22 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » koniec

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026