W wielkim skrócie: ja 19 on 21
prawie dwa lata razem, pierwsze 3 miesiące on odchodzil ode mnie co tydzien, ale wracal jak plakalam do telefonu, potem ja przestalam sie starac na 4-5 miesiecy, pozniej on znowu sie staral, ja odtrącałam, aby pokazać jaka jestem silna, wtedr zrezygnował. W styczniu 2015 odpuscil, ja cierpialam. Przestal sie starac, dzwonic (zwiazek na odleglosc) ale byly regularne spotkania. Az do czerwca tego roku. Wybieral sie sam na rozne imprezy czy to rodzinne czy z znajomymi, ja dzwonilam, pragnelam jego, jego wsparcia (mialam kilka problemow rodzinnych). Ale on udawal albo ze jest OK i wymagal wszystkiego ode mnie, potrafil o swoim zyciu opowiadac godzinami, o planach itd, a jak ja mowilam o problemach zbywal z tematu.
Kiedy mu mowilam, ze widze ze jest zamkniety w sobie, ze chce mu pomoc twierdzil ze ja wymyslam i dopowiadam. Potem sie przyznal ze potrzebuje czasu na otwarcie. Ja wiec powiedzialam, ze bede, bo rozumiem ze to przez mnie sie zamknal w sobie.
Ale czulam od pol roku ze juz zniknela ta jakby przyjazn, nie potrafilismy rozmawiac. Kiedys 2-3 razy po kilkadziesiat minud codziennie, od kilku miesiecy nawet nie 2 godz tygodniowo...
Nie dziownil, nie nalegal na telefony, na spotkania przyjezdzal jak go zaprosilam, ale bylo ciezko.
Byl uparty ja tez, ale ustępowałam, potem bolało, bo wiedzialam ze trace czesc siebie gdy pierwsza wyciągam rękę.
Jednak potrafil sprawic ze bylam szczesliwa, do teraz jestem nim ciagle zafascynowana. Ot zwykly chlopak, z praca i marzeniami, z zwyklymi zainteresowaniami i ze zwykla sylwetka, ale mnie krecilo w nim wszysko. Wszystko bylo wyjatkowe. Mialam od miesiaca watpliwosci, czy go kocham. Czy to nie przyzywczajenie, czy cos. Ale zrozumialam, ze to milosc, bo nadal sie o niego martwie, bo nie moge nic bez niego, wszystko bez sensu. Jak to jest ? Czy to milosc? Nie wyobrazam sobie nikogo innego, nie chce przyszlosci bez niego... Byl pierwsza miloscia, jestem bardzo niesmiala i niepewna siebie, ale pomogl mi z tym... Pewnie gdybym zamknęła się czasami nadal by byl MOJ... Ogolnie denerwowalo go ze ja kazdy temat rozmyslam na setki sposobow, że kazde jego slowo w mojej glowie roztrząsam.
Kiedy nie wytrzymywalam bylam okropna, uderzalam w jego kompleksy i najczulsze punkty aby odebrac mu pewnosc siebie.. Ale on zamykal sie coraz bardziej. Teraz tego zaluje. Wolałabym przemilczec dzien niz mowic to co mu powiedzialam na jego temat. Zaufana kolezanka powiedziala ze juz dawno powinnam to skonczyc, ale ona wyznaje zasade ze nie placze sie za facetem, bo nie jest tego wart, a ten co jest tego wart nie powoduje placzu.
Powiedzialam ze dam mu spokoj, ale ciagle do niego pisze, wspominam i mowie jak mi zle. Wiem zalosne.
Ale on napisal mi, ze mam sie odpier... że zniszczylam jego i nienawidzi mnie za to co twierdze na jego temat, że to co mowie nie jest prawda, bo on kochal wspieral i w ogole bylam zawsze najwazniejsza. (a czulam ze tak nie jest).
Ponadto ta historia jest zawila, ale szuka tu odpowiedzi co zrobic. Bo mimo ze mnie ranil, ze wiele razy gdy go potrzebowalam go nie bylo, olewal mnie (tak ja twierdze, on mowil ze sobie wtedy byla to moja wina, ale ja tego nie zauwazylam chyba ech ) ja chcialabym do niego, pragen tylko jego i wiem ze ta pierwsza milosc nie da mi zyc jak dawniej...
Meczyc go dalej, teraz jak minely 3 doby i jest ciagle w emocjach, czy dac spokoj na tydzien, dwa a potem ubiegac sie chociaz o spotkanie? (on zawsze przyjezdzal, ja nie mam jak, rozstalismy sie przez sms
)
Co zrobic? W gre nie wchodzila zdrada ani klamstwo, po prostu sie ranilismy ...