Witam Was.
Jest to mój pierwszy post na tym forum. Zarejestrowałam się tutaj, bo szukam wsparcia i porady.
Mam 34 lata i prawdopodobnie jestem desperatką, a przynajmniej tak usłyszałam od kilku postronnych osób, więc może mają rację.
Zupełnie niedawno przeżyłam bardzo przykrą historię z mężczyzną, o którym sądziłam, że jest mną zainteresowany. Zostałam po prostu przez niego odepchnięta, mimo że wcześniej proponował mi spotkanie. Do końca nie znam motywów, którymi się kierował, jednak na 90% obstawiam, że to ja zawaliłam sprawę przez moją nachalność. Tak strasznie boli mnie, że straciłam z nim kontakt.
Zawsze byłam samotnikiem, nawet jako dzieciak w zerówce, a później nastolatka. O chłopakach nie było mowy, koleżanek też nie miałam zbyt dużo. Nie umiem wyjaśnić, czemu tak było. Częściowo pewnie przez kompleksy ( paskudny trądzik, dręczenie w szkole z powodu rudych włosów ) Oczywiście, to są może dziecinne powody do zamykania się w sobie, ale wówczas nie garnęłam się do ludzi, chociaż z drugiej strony bardzo chciałam mieć towarzystwo. I tak już zostało do dzisiaj - nieumiejętność nawiązania kontaktów z innymi. Mam normalnych rodziców, tzn. żadnej patologii, zawsze bardzo mnie kochali i wspierali. Nikt w domu nie podkopywał mojego poczucia własnej wartości.
Trądzik dawno zniknął, włosy uważam za moją ozdobę, wyglądam całkiem zwyczajnie jak tysiące innych dziewczyn na ulicy, ani lepiej, ani gorzej. Nie ukrywam, że chciałabym zakochać się z wzajemnością w porządnym i dobrym człowieku.
I tu pojawia się sprawa, o którą jestem na siebie wściekła i której się wstydzę, ponieważ nieraz już narobiłam sobie mnóstwo nieprzyjemnych sytuacji. Było w moim życiu tak mało chwil, w których jakiś mężczyzna zdradzałby zainteresowanie mną, że gdy w końcu coś takiego się trafi, to robię wszystko (może prawie wszystko), by go nie stracić. I tym psuję całość. Strasznie to głupie z mojej strony. Po prostu najpewniej widać jak na dłoni moje pragnienie zatrzymania go. Starałam się analizować moje postępowanie, widzę wyraźnie desperację. A taka osoba działa na innych jak płachta na byka. Potem jest tylko smutek, łzy, no i wstyd, że jak mogłam być taka głupia i tak się ośmieszyć. Nie mam o to pretensji do nikogo oprócz samej siebie. Paradoksalnie, zamykam się przez to jeszcze bardziej w sobie. Nie ma mowy o tym, żebym sama nawiązała rozmowę z jakimś facetem, właśnie w obawie, żeby nie wziął mnie za "nawiedzoną". Boję się zrobić pierwszy krok, żeby się nie ośmieszyć. Natomiast kiedy ktoś zacznie wykazywać najmniejsze objawy sympatii względem mnie, to jest to dla mnie tak cenne, że za nic nie chcę tego stracić.
Jak sobie z tym poradzić? Chciałabym podchodzić na chłodno do każdej nowej relacji, nie obiecywać sobie Bóg wie czego, nie odpychać ludzi swoją postawą. Być może to kwestia zaniżonego poczucia własnej wartości lub też jakiś głębszy problem natury psychologicznej.
Czy ten problem da się rozwiązać własnymi siłami, czy też trzeba udać się do psychologa bądź psychoterapeuty?