Witam wszystkich...Postaram się jak najkrócej ująć moją sytuację...Jestem w 6 miesiącu ciąży i z chłopakiem związana 7 lat, jest ode mnie starszy o 10 lat i ma już na koncie jeden rozwód i trójkę dzieci...Tak związałam się z takim mężczyzną...z szalonej miłości. Kochałam go bardzo mocno (on mnie też)ale sytuacja jego "dorobku" z przeszłości często mnie przerastała...byłam tak zaślepiona miłością i tak naiwna, że nawet wybaczałam mu zdrady...nie wiem sama tak naprawdę ile ich było...na pewno 3...przez ten cały czas jak jesteśmy razem to nie zliczę ile razy odchodziłam od niego...cierpiałam kochałam i ...wracałam bo on nie pozwalał mi odejść z "miłości" ...i cierpiałam bo mu nie ufałam i nie ufam do tej pory!starałam się zapomnieć o tych zdradach ale nigdy tak naprawdę nie wybaczyłam i wiem że nie jestem w stanie mu tego wybaczyć, cały czas mam podejrzenia (On twierdzi że się zmienił że zrozumiał swoje błędy ale ja nie potrafię wierzyć w jego słowa...strasznie mnie to męczy)
Ostatni raz chciałam odejść od niego przed latem...i to tak serio...znowu ten sam scenariusz...on ze łzami w oczach proszących...mimo że nie chciałam to przyjeżdżał, dzwonił, robił się nadto troskliwy...ja twardo stałam przed tym że to i tak koniec, było mi lżej w tamtym czasie podjąć tą decyzję bo wyjeżdżałam na obóz żeglarski..no ale tak w swojej oziębłości wytrzymałam 2 dni na obozie, potem rozmawiałam z nim normalnie...czyli wrócił stan "jest ok" Po powrocie on już z utęsknieniem czekał...potem miłe chwile, gorące noce i z jednej z nich(dobrze wiem kiedy) on specjalnie nie zdążył (uprawialiśmy przerwany sex)
Wiem to głupie i zawiłe wszystko...
ale ja na to do niego : -Ja nie chcę mieć dziecka (w myślach tylko nie z Tobą) a On -Fajnie będzie, będziemy mieć dzidziusia...nic się przecież nie stanie. Pamiętam to dokładnie, obróciłam się do niego plecami i chciało mi się strasznie beczeć...
Po 3 tyg.okazało się że jestem w ciąży...Dla mnie rozpacz...bo mimo tego że jestem z nim 7lat to zawsze miałam nadzieję że odejdę od niego i nie będę się już tak męczyć...a teraz to maleństwo przyjdzie na świat i nie chcę go pozbawiać ojca...poza tym boję się że nie poradzę sobie finansowo...I tkwię tak teraz już dla tego maluszka w tym...na siłę wmawiam sobie że będzie ok chociaż tak naprawdę jest coraz gorzej...bo on wie że ma mnie już w garści...że dziewczynę z brzuchem to już żaden inny nie będzie chciał...bo tego chyba tak naprawdę on się bał i nie mógł znieść myśli że mogłabym być z innym...taki typ Pies ogrodnika.
Co najgorsze, że teraz gdy ja zaczęłam na poważnie się starać stworzyć dom temu dziecku...to on mnie coraz bardziej zlewa i mam wrażenie że oddala się...nie mieszkamy razem bo na razie nie ma takiej możliwości...plan jest taki że w przyszłości dobudujemy się do mojego domu...ale to nie istotne...problem tkwi w tym, że gdybym teraz postanowiła odejść od niego z tym brzusiem to jestem pewna że on by mnie w ogóle nie zatrzymał....zaczyna się wszystko walić na łeb...już mu nie zależy jak jeszcze 5 miesięcy temu...nie interesuję się mną za bardzo, zajął się swoją praca...już nie chce przyjeżdżać do mnie i zostawać na noc...teraz kiedy potrzebuję wsparcia od niego( bo będzie dziecko..moje pierwsze) to on mnie olewa...dosłownie.Już zaczęłam znowu podejrzewać że sypia z inną...bo mnie nie chce już nawet przytulić żadnego czułego gestu z jego strony...nie mówiąc o tym że często chciał się kochać a teraz nie....zapytałam się jego wprost czy moje ciało jego brzydzi w takim stanie..? wyparł się tego, postukał się w czoło i znowu usłyszałam że coś wymyślam...Nie czuję żadnego wsparcia z jego strony...to mnie dobija, nie dawno otworzył bar i pracuję w nim 12h codziennie i mogę liczyć tylko na jeden tel. od niego w ciągu dnia...i ta rozmowa nawet nie klei się bo ja jestem rozżalona...i mam pretensję do niego o to że ma mnie...gdzieś. Znowu chcę uciec od niego...on jest beznadziejny...1 dzień na 3 czuję że jakoś wytrzymam a resztę dni czuję beznadzieję.... Powinnam się cieszyć że niedługo zostanę mamusią...ale nie potrafię....czasami mi się wydaję że dam radę sama...ale chyba jestem za słaba psychicznie...
Wiem miało być krótko...nie wiem czy komuś się tyle będzie chciało czytać...ale to zaledwie kropla w morzu tego toksycznego związku...