Nie mam z kim się podzielić moim problemem, więc napiszę tutaj.
Mam 22 lata i nigdy tak naprawdę nie miałam chłopaka.
Dwa lata temu zakochałam się "na zabój" w trzy lata starszym koledze. Poznaliśmy się, gdy ja na wakacjach przebywałam poza domem (w Polsce, on jest polakiem). Okazywał mi zainteresowanie, mogliśmy przegadać cały dzień i nikogo wokół nie zauważać. Ogólnie podrywał mnie. Ale to trwało tylko tydzień a ja, głupia, tak się nakręciłam na tę znajomość
.
Po moim przyjeździe do domu kontakt powoli się urywał, z czasem pisaliśmy coraz mniej, aż w końcu on znalazł sobie dziewczynę i kontakt został zupełnie zerwany.
Przepłakałam chyba z miesiąc, dzień w dzień rycząc w poduszkę.
Teraz nic już do niego nie czuję poza sympatią czysto koleżeńską choć i tak nie mam kontaktu.
Od ponad roku czuję ogromną pustkę w sercu. Mam przyjaciół i znajomych, z którymi spędzam dużo czasu ale...no właśnie, chciałbym kogoś pokochać...z wzajemnością.. ![]()
Jest kilku facetów, którzy mi się podobają ale są dla mnie nieosiągalni..
Z drugiej strony, znam z widzenia jednego faceta. Z uczelni. Za każdym razem, gdy pojawię się w zasięgu jego wzroku się na mnie wpatruje (w czasie roku akademickiego) . Wpatruje i nic. Nie podejdzie, nie zagada.. Podoba mi się z wyglądu. Ale jakimś cudem dotarłam na jego bloga i z jednego wpisu wynika, że ma kogoś.
Może moim problemem jest wzrost (184)?
Na co dzień o tym wszystkim nie myślę i ogólnie jestem znana z poczucia humoru ale przychodzą takie dni jak ten. Płakać się chce.
Gdy czuję ogromną pustkę i potrzebę miłości w sercu.
Dziękuję za wysłuchanie moich żali i proszę o jakieś rady bo wydaje mi się czasem, że "stara" a głupia jestem.
Dlaczego ja zawsze muszę mieć takiego pecha?? ;/??