Poznajemy się przypadkiem. Oboje lekko po 30-tce. Nikogo nie szukałam, nie spodziewałam się, że tu i teraz poznam kogoś, kto mnie zainteresuje. Ale zaczynamy się spotykać. Początkowo staram się trzymać dystans, mówię sobie: nie będę się zbytnio angażować, zobaczymy jak to będzie. Gdzieś w głębi duszy boję się zranienia. A jednak coraz bardziej się do siebie zbliżamy. Świetnie się dogadujemy, czuję się przy nim tak dobrze…
Mijają jakieś dwa miesiące. Wydaje się, że wszystko jest ok. Pewnego dnia mówi, że bardzo mnie lubi, ale nie czuje się zakochany. Że chce się ze mną nadal spotykać, ale nie jest pewien, czy to ze mną chciałby spędzić całe życie. Czuję się zaskoczona, myślę: to raczej normalne, że po takim czasie się takich rzeczy przecież jeszcze nie deklaruje. Uśmiecham się i mówię: spotykamy się przecież tak krótko, po prostu zobaczymy, jak dalej będzie.
Za jakiś czas temat się powtarza. Potem dzwoni do mnie skruszony, że strasznie mu przykro, że mi coś takiego powiedział, ale po prostu musiał. I że w tej chwili tak źle się z tym czuje, że tak bardzo by chciał się teraz ze mną zobaczyć i mnie po prostu przytulić. Jestem trochę zdezorientowana, nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.
Niedługo potem wyjeżdżam na dwa tygodnie do moich rodziców. Dzwoni codziennie. Rozmawiamy jak zawsze. Gdy wracam, dzwoni, że tęskni. Gdy na drugi dzień się spotykamy mówi, że chciałby ze mną porozmawiać. Że dużo się zastanawiał i chce być ze mną szczery i że mnie bardzo lubi, ale nie jest we mnie zakochany. Że jego celem jest zakochać się, stworzyć stały związek, założyć rodzinę. W miarę możliwości być z kimś do końca życia. Ale nie wie, czy ja jestem tą osobą. Że z jednej strony chce się ze mną spotykać, bo mnie lubi, ale z drugiej strony nie chce mnie zranić. Że nie wie, co zrobić. Płaczę. Mówię, że w takim razie dla mnie to nie ma sensu i że nie chcę się z nim już spotykać.
Mijają dni. Tęsknię. Nie umiem sobie znaleźć miejsca. Tysiące myśli przebiega mi przez głowę. Myślę: spotykamy się niecałe cztery miesiące, może potrzeba więcej czasu, może za szybko odpuściliśmy. Zależy mi na nim. On chce poważnego związku, ja też. Skoro jest między nami przyjaźń, jest między nami namiętność, on mnie lubi, ba, ja się już chyba zdążyłam zakochać, to może z czasem coś z tego będzie? Dlaczego nie? Przecież nie oczekuję, że on mi obieca na tym etapie miłość po grób. Może po prostu nie myśleć za dużo o przyszłości, cieszyć się tym co jest teraz, po prostu zaryzykować, spróbować, dać sobie szansę.
Po ponad tygodniu dzwonię do niego i umawiamy się na spotkanie. Po rozmowie decydujemy się jeszcze spróbować, choć przez głowę przelatuje mi myśl, że może tylko mi na tym zależy. Ale kilka dni później on proponuje, żebym pojechała razem z nim na weekend do jego krewnych. Jestem zaskoczona, ale i ucieszona. Mówi, że nie wie, co z nami będzie, ale że chce próbować i myśli, że to nam dobrze zrobi, że spędzimy trochę czasu razem…
Spędzamy naprawdę miły weekend, czuję się szczęśliwa. Po powrocie stwierdza, że musi znowu ze mną porozmawiać. Że owszem, było fajnie, ale on ma nadal te same odczucia, że on mnie lubi, ale mnie nie kocha. Że myślał, że jak gdzieś wyjedziemy i spędzimy trochę czasu razem gdzieś w inny sposób, to będzie jakoś inaczej, ale nie czuje się tak do końca szczęśliwy. Że możemy dalej próbować, ale to nie byłby prawdziwy związek, bo on przyszłości ze mną nie widzi. Mówię, że mam poczucie, że on chce zakończyć ten związek, tylko chce, żebym ja to powiedziała. A on na to, że on nie wie. Że z jednej strony nie chce się ze mną rozstawać, bo lubi ze mną spędzać czas i nie chce być sam, ale z drugiej strony nie chce mnie skrzywdzić, bo nie chce, żebym się coraz bardziej angażowała, podczas gdy on się nie zaangażuje. I że czuje, że wcześniej czy później i tak pewnie by ten związek zakończył. Mówię, że chcę, żeby to on podjął decyzję. Czy chce ze mną być, czy nie. Miota się. Że on nie wie. Że nie potrafi powiedzieć, żebyśmy się już nigdy nie spotkali. Ale w końcu mówi, że na dzień dzisiejszy będzie chyba lepiej, żebyśmy zakończyli, albo chociaż zrobili sobie przerwę. Zamiast powiedzieć, żeby sobie poszedł, płaczę i pozwalam, żeby mnie przytulał. On, że mu przykro, że nie chciał, żeby tak wyszło. Ja, że nie mam żalu, że tak bywa, jego decyzję szanuję i akceptuję. Jeszcze długi czas nie potrafimy się rozstać.
Parę godzin później, wieczorem, dzwoni do mnie i mówi, że tak źle się z tym wszystkim czuje. Że nie wie, czy podjął dobrą decyzję. Że już za mną tęskni. Że tak bardzo chciałby mnie teraz zobaczyć. Mówię, że to nie jest dobry pomysł. On, że to jest wszystko takie trudne. Ja, że to normalne, że potrzeba czasu. On, że może podjął złą decyzję, że może da się to jeszcze naprawić. Ja, że jestem już tym zmęczona, że mam dość, żebyśmy zrobili sobie dłuższą przerwę, że nie chcę na razie kontaktu, żeby się zastanowił, nie będąc ze mną, co do mnie czuje, czy mnie potrzebuje itd. On, że dobrze, że postara się nie dzwonić przez parę dni.
Jestem kłębkiem nerwów. Nie jem, nie śpię. Ale dochodzę do wniosku, że do jakich by on nie doszedł przemyśleń, to ja przecież wiem, że to już nie ma sensu.
Odzywa się po ponad tygodniu. SMS. Co słychać. Odpisuję, że wszystko w porządku. Pytam co u niego. Odpisuje, że dużo myśli i że nadal nie wie, co ma zrobić.
On nie wie. Ale ja już wiem.
Następnego dnia proponuje spotkanie. Zgadzam się. Chcę powiedzieć, że to już koniec. Chcę być twarda, ale na powitanie zbiera mi się na płacz. Pyta co się stało, przytula. Pytam, po co chciał się ze mną spotkać. On, że za mną tęsknił. Pytam, czego ode mnie chce, on, że właściwie nie wie, że dużo o nas myślał… Mówię, że ja już tego nie widzę. Że ja chcę czegoś więcej. Że chcę normalnego związku. Że chcę być szczęśliwa. Że nie potrzebuję ciągłego stresu, nie wiedząc, czy zostawi mnie jutro, czy za tydzień. Że na dzień dzisiejszy nie widzę żadnego fundamentu, na którym można by budować prawdziwy związek. Mówię, że to koniec. On, że on tego nie powiedział. Ale ja to powiedziałam. Pyta, czy nie chciałabym się od czasu do czasu spotkać, zobaczyć, może jednak mogłoby coś z tego być. Mówię, że nie, nie chcę się spotykać.
On nie potrafił podjąć decyzji, musiałam ją podjąć za niego.
Mija parę dni. Dzwoni wczoraj. Pyta, czy nie miałabym ochoty pójść na spacer. Uprzejmie, ale zdecydowanie odmawiam. Choć głupie serce znów zaczyna bić szybciej, szepcze: on myśli o mnie, może mu jednak zależy… Ale wiem, że muszę być silna. Zdecydowana. Konsekwentna.
Po co to wszystko tu opisałam? Nie wiem, może po prostu potrzebuję się wygadać. A może potrzebuję obiektywnego spojrzenia z boku, może potwierdzenia słuszności swojej decyzji, może konstruktywnej krytyki, może jakiegoś kopa, żeby mnie czasem coś nie podkusiło, żeby się znowu wycofać, żeby się złamać, jak któregoś dnia znów zadzwoni stęskniony, budząc głupie nadzieje, że może jeszcze moglibyśmy mieć na coś szansę… Wiem, że na tym forum jest wiele silnych kobiet, chyba potrzeba mi trochę takiej siły…