Witam wszystkie Forumowiczki.
Jestem 24 letnim facetem który niecałe 1.5 tygodnia temu rozstał się z kobietą swojego życia którą nadal bardzo kocham!
Byłem w związku, opartym na miłości, zaufaniu, wierności, namiętności i trosce o drugiego, trwającym 4 lata aż o końca czerwca..
Zacznę od początku.
Cały nasz związek mógłbym podzielić na 3 etapy..
I etap- to pierwszy rok naszego związku, gdzie poznawaliśmy się, uczucie kwitło.. piękny czas.. przeżyliśmy razem śmierć naszych najbliższych ( od jej jak i mojej strony). Wszystko było naprawdę super
II etap- zaczął się od miesięcznej przerwy spowodowanej tym iż nie poradziłem sobie z stratą bliskiej mi osoby..i pogubiłem się..
Ona była, czekała, wspierała jak mogła.. nie odpuszczała!
Po tej przerwie wróciliśmy do siebie wzmocnieni i pełni energii i miłości.. to był cudowny czas! co tu dużo mówić..
III etap - zaczyna się kiedy Ona wyjeżdża na 4 miesiące za granice, a ja na 5. Dzieli nas 1000 km. Utrzymujemy stały kontakt ze sobą, długie rozmowy, sms, staramy się przetrwać. Jednak z czasem temperatura troszkę spada.. Kiedy już wracamy do domów.. jest znowu ok ! nie możemy się nacieszyć sobą! ale wtedy nadchodzi czas wyjazdu do pracy. 190 km, spotkania jedynie w niektóre weekendy.. Przychodzi październik. Ona zaczyna studia i podejmujemy decyzję żeby razem zamieszkać. Jest świetnie.. ale z czasem zaczynamy się docierać.. kłótnie sprzeczki, każdy ustawia wszystko pod siebie...niedopowiedzenia.. Atmosfera robi się coraz bardziej gęsta. Ja wpadam w wir jakiejś dziwnej obojętności, przestaję doceniać moją Ukochaną, wkrada się rutyna, ochłodzenie relacji, brak okazywania uczuć z mojej strony, bardzo rzadkie zbliżenia..
Ona sygnalizuje mi że nie chce tak żyć.. żebym coś zmienił... ja nie reaguje.. i tak przychodzi maj/czerwiec.. i w końcu Ona mówi ze dalej tak nie może i potrzebuję odpocząć ode mnie i przemyśleć wszystko.. żebyśmy się rozstali dopóki się kochamy, a nie nienawidzimy.. Wszystko zbiega się z tym iż kilka dni po rozstaniu wyjeżdża do pracy za granicę na 3 miesiące..
Do mnie dopiero po tym wszystkim dotarło, co zrobiłem, jak się zachowywałem. Że byłem najgorszym partnerem, nie okazującym uczuć, nie starającym się. Zrozumiałem wiele rzeczy... Niestety kilka miesięcy za późno... Teraz nie mogę nic zrobić.. wpadłem w okropne rozżalenie..Płaczę, rozmyślam, staram się jakoś przekonać ja do siebie żeby dała nam 2 szansę... ale w odpowiedzi słyszę że na razie tam gdzie jest jest szczęśliwa, i nie może mi obiecać że wróci do mnie ale kocha mnie bardzo.. Rozumie ją w pełni, bo nie dawałem jej powodów żeby starała się uwierzyć w szczerość mojego uczucia!
Nie mogę pogodzić się z tym że zostałem sam, że kobieta którą kocham nad wszystko.. odeszła.. i jest jej lepiej beze mnie..
Czuję się że straciłem sens życia, marzenia które odeszły razem z Nią...
Proszę pomóżcie, co mam zrobić.. jak sprawić żeby znowu uwierzyła w Nas, w naszą miłość..