Od kilku miesięcy spotykam się z pewnym facetem. Dobrze się ze sobą dogadujemy, lubię z nim przebywać, ale... nie ma między nami chemii. Przynajmniej nie z mojej strony.
Od razu z możliwych przyczyn odrzucę kwestię atrakcyjności. Jest bardzo przystojny, dobrze zbudowany. W moim typie. Podoba mi się. Na początku, kiedy jeszcze nic między nami nie było, bardzo mnie do niego ciągnęło. Dopiero później, kiedy się do siebie zbliżyliśmy (dosyć szybko) ogień zaczął gasnąć.
To też nie kwestia małego libido. Nie uważam się za oziębłą, znam swoje ciało, nie mam problemu z dojściem sama. Z nim jest inaczej. Jest przyjemnie, ale nie określiłabym tego jako "dobrze". Powiedziałabym raczej, że jest "ok". A czasem bywa tak, że po dłuższym czasie, kiedy on mnie całuje czy dotyka zaczyna mnie to męczyć. Złapałam się na tym, że niekiedy w takich momentach zmuszam się do tego, by udawać po sobie jakieś reakcje, po to aby nie sprawić mu przykrości albo nie wyjść w jego oczach na zupełną "kłodę". On się bardzo stara, żeby mi też było dobrze, jest czuły, do niczego mnie nie nakłania.
Nie wiem jaka może być przyczyna, ale nie daje mi to spokoju. Zależy mi na nim, dlatego chciałabym, żeby w sferze łóżkowej również nam się dobrze układało. Może powodem jest fakt, że stosunkowo późno miałam swój pierwszy kontakt mężczyzną (w wieku 21 lat). A może po prostu miałam za duże wyobrażenia co do tego jak wygląda seks i w rzeczywistości nie jest aż tak fajnie?