Żyjemy w konkubinacie od 2 lat, każdy po "przejściach", każdy ma swoje dzieci.
ja mam swoje 2 córki, jedna na studiach, druga była teraz u komunii.
Partner też ma 2 dzieci, syn na studiach, jego córka mieszka daleko i odwiedza nas raz na 3-4 miesiące.
Generalnie układa się na codzień dobrze, partner pomaga mi w wielu kwestiach łącznie z pomocą w wychowywaniu i opieką codzienną nad moją córką, którą jej prawowity ojciec absolutnie się nie interesuje, nie zna jej, nie odwiedza itp ....
Tworzymy nieformalną rodzinę.
Problem powstał na komunii a właściwie mój partner miał i ma do mnie pretensje, że nie siedzieliśmy razem, że ja siedziałam z moją córką i moją rodziną, on natomiast siedział na końcu stołu ze swoją córką, nawet za rodziną ojca mojej córki (był brat i dziadkowie, ojca mojej "komunistki" oczywiście nie było). Ma żal, że nie przesadziłam swojej rodziny, żebyśmy mogli usiąść razem, że swoją rodzinę przesadziłby w 5 sekund.
Mówi, że czuł się jak "serwisant obsługi rodziny" a nie jak członek rodziny i że to była najgorsza impreza na jakiej był i nigdy tak się nie czuł.
Uważam, że powinien sam zadbać o to, żebyśmy siedzieli razem mimo, że już moja rodzina zajęła miejsca blisko "komunistki" i nie było już dwóch miejsc dla niego i jego córki ...
Co o tym sądzicie ? mam wątpliwości czy facet jest niedowartościowany ?... czy ja powinnam przesadzić swoja rodzinę aby mógł usiąść przy mnie i mojej córce.. i tak naprawdę czy to może być aż taki problem ..?!