Witam wszystkich. Chciałbym opisać państwu mój obecny związek jaki tworze z dziewczyną. Proszę o radę i obiektywne oceny. Mam lat dwadzieścia sześć natomiast moja obecna partnerka ma lat dwadzieścia dwa. Razem tworzymy prawie od pięciu lat związek (jesteśmy razem, mieszkamy oboje z rodzicami). Od samego początku spotykamy się dość często czasami codziennie po kilka godzin. Aktualnie oboje pracujemy. Ale na chwilę wrócę do początku. Więc na początku było chyba jak u każdego, pięknie słodko, zauroczeni, zakochani, pożądaliśmy siebie. Ciągle chcieliśmy przebywać ze sobą i oczywiście tak było, oboje tego chcieliśmy. Dużo czasu spędzaliśmy razem na dworze, w domu, wszędzie gdzie się tylko da. Byłem jej pierwszym chłopakiem z którym kochała się. Było cudownie. Na początku związku pojawiły się niekiedy kłótnie wtedy tłumaczyłem sobie tym, że po prostu przesadzam z alkoholem. Wtedy uważałem, że to ja wszczynam kłótnie jak się później okazało po jej przyznaniu (z racji tego, że mało pamiętałem) to ona specjalnie prowokowała pewnymi zachowaniami, wtedy mi przysłowiowo odbijało i oczywiście ona czuła się w tym wszystkim pokrzywdzona. Przychodziłem, przepraszałem, kupiłem raz miśka. Potrafię się przyznać w tamtych czasach, trochę balowałem z kolegami. Często się z nimi spotykałem, piliśmy. To był początek naszego związku. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że takie balowanie ze znajomymi idzie w złą stronę, że nie tędy droga. Doszedłem do tego, że kompletnie się nie rozwijam.
Tak przyszedł czas na odstawienie alkoholu i papierosów, zajęcie się rozwojem osobistym, sportem, swoimi pasjami, które kiedyś miałem tylko w głowie. Czy byłem bądź jestem alkoholikiem? Przecież żaden się nie przyzna. Myślę, że mając dwadzieścia jeden lat chciałem się zwyczajnie wyszaleć. Wtedy miałem coraz częściej poczucie winy, że niszczę sam ten związek. Budziłem się na kacu i miałem za każdym razem ogromnego moralniaka, że znów poszedłem do dziewczyny pijany, że znów się awanturowałem. Przyznam się, że kilka razy może i mi odbiła palma ale wiem doskonale, że niekiedy ona celowo prowokowała w czasie kiedy przyszedłem do niej po kilku głębszych. Dlaczego to robiła? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Rzuciłem papierosy i ograniczyłem alkohol. W zasadzie zrobiłem to dla siebie, jestem tego świadomy. Dzięki temu, że odstawiłem używki, zaraziłem się strasznie sportem. Pierw były to sztuki walki, aktualnie dużo biegam, dużo ćwiczę na miejskich siłowniach. Dla siebie, dla lepszego samopoczucie, dla zdrowotności. Sport pomógł w fazach krytycznych gdy nie miałem co robić w weekend a byłem przyzwyczajony do wieczornego piątkowego balowania do rana i leżeniu całej soboty w domu na kanapie z bólem głowy. Sport wyciągnął mnie z papierosów, z alkoholu z fałszywych przyjaźni. Zajął mi czas. W ten sposób ukształtowałem sobie psychikę jestem zdyscyplinowany, wstaje rano nawet gdy mam na popołudnie do pracy. Mam energie na cały dzień. Sport nagle mi uświadomił, że w sumie wszyscy moi koledzy byli kolegami od kieliszka. Wracając do sedna sprawy bo chodzi mi tutaj głównie o moje relacje z moją dziewczyną. W całym naszym prawie pięcioletnim związku pojawiały się kłótnie, czasami bywało lepiej czasami gorzej. Do tej pory uważałem, że tak wszyscy mają po jakimś czasie, że trzeba się dotrzeć ale teraz zastanawiam się, że coś jest nie tak. Mało się kochamy od roku, prędzej mieliśmy więcej okazji bo mieliśmy częściej mieszkania wolne (nie było rodziców) teraz jest z tym rzadziej a jak już jestem to mam wrażenie, że gdy ja nie zacznę to nie będzie nic. Jakby brak inicjatywy z jej strony. Czasami czuje się jak jakiś zboczeniec. Oczywiście rozmawiałem z nią na ten temat kilka razy, pierw w bardzo delikatny jak tylko potrafię sposób. Oczywiście wszystko zostało zwalone na brak wolnego mieszkania itp. Raz dosłownie kilka tygodni temu zrobiłem po prostu zwyczajnie awanturę. Zapytałem się wprost czy ja ją jeszcze podniecam, czy ona mnie pragnie i dlaczego jak ja nie zacznę to nie ma nic. Dlaczego ja zawsze muszę zaczynać. Powiedziała, że przesadzam i patrzała na mnie jakbym był jakimś wariatem, jak ja mogę o takie coś awanturę robić ?że nie ma kochania, nie ma bzykania, nie ma seksu?. Przed tą awanturą doszło do bliskości, zaczeliśmy się przytulać gra wstępna itd. Ona chciała być na mnie i nagle wstała i zaczeła się ubierać z fochem. Zapytałem o co chodzi a ona na to, że za szybko próbuje w nią wejść (przepraszam za takie słownictwo ale inaczej nie potrafię tego opisać) a ona nie jest gotowa- czy to jest powód do tego, żeby tak szybko rezygnować? Wiedząc, że nie zawsze możemy razem na luzie się kochać bez zmartwień, że za chwile rodzice wejdą. W tym samym czasie było kolejne zbliżenie. Byliśmy u mnie, rodziców nie było. Ona siedziała u mnie w pokoju, ja poszedłem pod prysznic. Wymyśliłem, że nie ubiorę się i przyszedłem do pokoju, po chwili i ona była też nago. Dotknełem jej ciała a ona z fochem dosłownie z fochem, że mam bardzo zimne dłonie i nic z tego nie wyszło zresztą. Zdążyłem jej tylko powiedzieć, że może przecież to normalnie powiedzieć i, że mogłaby np. powiedzieć ?kochanie ogrzejmy dłonie- cokolwiek? ale ona jakby się pogniewała. Więc się ubraliśmy. Czy to jest powód do tego, żeby tak reagować? Obrażaniem się dlatego, że mam zimne dłonie. Doskonale rozumie, że było to dla niej jakiś tam szok i dyskomfort ale czy na pewno tak powinna zareagować? Jak Ty byś zareagowała wiedząc, że masz ograniczony dostęp do kochania się ze swoim facetem....
W ostatnim czasie też napotkała mnie dość dziwna sytuacja mianowicie wracałem z nią z knajpy, przejeżdzaliśmy przez parking tam ujrzała jakiegoś gościa i zaczeła się dziwnie zachowywać, odwróciła się w moja strona (jechaliśmy samochodem ona siedziała z przodu na miejscu pasażera) usłyszałem, że powiedziała ?to on, lepiej, żeby mnie nie widział?- jechałem dalej ale troche zwolniłem mój samochód od tego gościa był dosłownie o metr usłyszałem ?ciekawe czym jeździ?, spojrzała się na niego dość nerwowym tikiem widziałem dokładnie na jej twarzy najpierw wyraz jakby przerażania, później jakby uśmiech do tego gościa i wtedy już normalnie patrzała przed siebie. Zapytałem się co to był za gość. Chciałem się dowiedzieć wszystkiego bo jej zachowanie było bardzo dziwne jak dla mnie. Opowiedziała mi, że ten gość to taki jeden typek co przyjeżdża do niej do firmy czasem z jakimś produktami. Zapytałem się też co jej zachowanie miało znaczyć ale nie potrafiła mi w jakiś sposób logiczny wytłumaczyć tego. Opowiadała też, że rzekomo wszystkie dziewczyny z pracy mają ubaw z tego gościa. Czy powinienem w to wszystko wierzyć? Dziwne na pewno było jej zachowanie, przeciez nikt się tak nie zachowuje widząc znajomego, najpierw chęć ucieczki, ukrycia się nagle uśmiech a potem, że niby wszyscy mają z niego ubaw. Co o tym myślicie?
Czasami w tym wszystkim mam wrażenie, że zbyt bardzo się poświęcam temu wszystkiemu. Bardzo często po nią jeżdziłem po jej pracy mimo tego, że sam od rana byłem na nogach. Jeździłem nie tylko dlatego, że ją kocham nie tylko dlatego, że ją chce zobaczyć ale dlatego, też, że bałem się o nią. Nie chciałem, żeby wracała sama w nocy do domu. Mimo, że bardzo blisko ma z pracy do domu. Nie raz i nie dwa byłem wręcz wykończony. Nie chce się żalić czy coś w tym stylu ale byłem potwornie zmęczony, pojechałem po nią (sytuacja sprzed kilku dni) mimo zmęczenia cieszyłem się, że jadę po nią. Miałem doskonały humor. Jak wracaliśmy nie rozmawialiśmy o czymś konkretnym a raczej luźna rozmowa. Do momentu kiedy powiedziała coś co wywołała u mnie dosłownie atak nerwów. Znów była zazdrosna o jakieś dziewczyny, którym ja mówię tylko zwyczajne ?cześć? czasem parę razy wymienimy po dwa zdania. I tyle. Nic więcej. Te dziewczyny nie są kompletnie w moim guście i ona doskonale o tym wie dlatego, że ten temat jest wałkowany co najmniej od roku. Na początku było miło, że jest zazdrosna. Potem zacząłem olewać jej docinki na temat tych dziewczyn. Ale teraz to już staje się nie do zniesienia wręcz. Potrafi to wtrącić jak tylko rozmawiamy o czymś poważnym o czymś co dotyczy jej samej. Po ostatniej takiej docince, że mogę iść do tych dziewczyn dostałem po prostu ataku furii. Dłużej już tego po prostu nie wytrzymuje. Tak z innej perspektywy mogę napisać, że wszystko rozumiałbym gdyby te dziewczyny były w moim guśćie, żeby były dla mnie jakoś atrakcyjne a nie są bo lubię kobiety w czarnych włosach z lekką opalenizną, malutkie (jeżeli chodzi o wygląd) a w charakterze musi być to coś tak po prostu. A te dziewczyny to blondynki. Oczywiście nie chce wyjść na takiego co patrzy tylko na wygląd. Chodziło mi tylko o zrozumienie sytuacji. Ona doskonale o tym wie, sama taką jest, niejednokrotnie rozmawiałem z nią na ten temat, że tylko ona dla mnie się liczy. Ale dłużej już nie wytrzymuje tych bezpodstawnych docinek. Bardzo zdenerwowałem się, jechałem po nią wykończony ale z pozytywnym nastawieniem a jak zwykle wyszło tak jak wyszło. Bo to nie jest pierwszy raz kiedy po nią przyjeżdżam, żeby nie wracała sama, żebym ją zobaczył, żebyśmy się spotkali i zaczynamy się kłócić. Jak nie chorobliwa zazdrość to coś innego.
Czy wychodzimy gdzieś teraz? Niestety nie. Dlaczego? Dlatego, że kiedyś jak wychodziliśmy i byliśmy np. w knajpie i przechodziła moja jakaś znajoma (z która nic mnie nie łączyło) zaczeło się z mojej dziewczyny strony wypytywanie, a kto to jest, a jak długo się znacie co dla Ciebie znaczy. I tak za każdym razem. Rozumie ciekawość ale czasami czułem się jak na jakimś policyjnym przesłuchaniu. Jestem taki, że zawsze wolałem się cieszyć, że wspólnie gdzieś wyszliśmy. Teraz obawiam się, że znów gdzieś wyjdziemy i znów jakaś znajoma będzie przechodzić i zacznie się przesłuchiwanie. Po prostu zwyczajnie, nie jest to miłe. Oczywiście rozmawiałem z nią na ten temat ale może to się powtórzyć. Czasami brakuje mi z jej strony jakiejś inicjatywy. Jak Ja chcę, żebyśmy zostali w domu, zostajemy jak jedziemy gdzieś tam to jedziemy. Zawsze coś muszę wymyślić bo ona jakby była bierna albo obojętna co będziemy robić.
Bardzo dużo się kłócimy ale ostatnio coraz częściej.
Aktualnie tak się zdenerwowałem na nią po tych jej docinkach i chorobliwych zazdrościach, że nie odzywamy się drugi dzień do siebie. Już tak nie raz było.
Proszę Was o jakieś rady. Nie jestem idealny, też mam wady. Ale przy niej czuje się dosłownie wykończony psychicznie.
Aha sprawa wspólnego zamieszkania. Oczywiście ja bardzo chciałem bynajmniej do tej pory, lecz ona nie była gotowa. Nagle coś ją olśniło, że tylko coś tam załatwi i wtedy ona może, ma policzone kiedy, w którym miesiącu. A ja się czuje troche zdziwiaczało w tym temacie dlatego, że jak prędzej rozmawialiśmy na ten temat to było katygoryczne ?nie? z jej strony a teraz nagle ma wszystko wyliczone kiedy możemy. I czuje się tak, że nie planujemy tego razem tylko wtedy kiedy ona będzie chciała to zamieszkamy. Jeszcze jedną sprawą jest to, że czasem dopowiada sobie jakieś słowa, które niby ja powiedziałem w trakcie kłótni wszystko tylko po to, żeby mnie obarczyć winą za cała jakąś kłótnią. Nie raz rozmawiałem z nią na temat odstawienia tabletek antykoncepcyjnych i papierosów. I dalej mam wrażenie, że jak ona powie, że nie odstawi to koniec i kropka. A ja w większości jakiś tam spraw muszę iść na kompromis i koniec i kropka. Zawsze chciałem mieć zdrowe dziecko.
Nie chce patrzeć egoistycznie ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że oprócz niej, nie mam nikogo. Przez częste kłótnie jestem wrakiem człowieka, może tego nie widać z zewnątrz ale w wewnątrz jestem facetem z wszystkimi możliwymi zaburzeniami lękowymi. Jestem znerwicowany tak, że niekiedy dostaje bardzo silne napady lęku. Zawsze boli mnie po kłótniach lewa strona brzucha. Byłem na badaniach, miałem robione usg, wszystko w normie, miałem badaną morfologie wszystko w normie. Przez te kłótnie jestem innym człowiekiem niż wcześniej. Kiedyś miałem mnóstwo znajomych z którymi mogłem wyjść, ale moja obecna dziewczyna zawsze miała jakieś obiekcje do tych wyjść, zawsze kończyło się to ?łótniami. Teraz mam problem z poznawaniem ludzi, ograniczam się do tych do których muszę. Rodzina, praca. Zero innych znajomych z którymi mógłbym wyjść gdzieś, coś porobić. Z tymi z którymi ćwiczę także jestem tylko na cześć. Mam lęki, tylko sport mi pomaga. Spotykając mnie na ulicy nigdy nikt by nie pomyślał, że mam jakieś problemy. A jest zupełnie inaczej. Dlaczego ona nie chce zauważyć tego, że oprócz niej nie mam nikogo innego. Jestem za dobry? A może ja czegoś nie dostrzegam.
Co o tych sytuacjach myślicie. Proszę o konkretne wypowiedzi, szczere bo bólu ale beż uszczypliwych żartów.