Razem byliśmy 2 lata. Praktycznie cały związek coś było nie tak. Wiele razem przeszliśmy. Kochałam go i chyba nadal kocham, jednak to uczucie już się w 90 procentach wypaliło. Od początku byłam dla niego "nie taka". A to za gruba, nie tak ubrana.... Odejść próbowałam wiele razy. Teraz mi się udało. Nie wzbudziło to we mnie wiele emocji. Z kamienną twarzą odeszłam od niego. Zbyt wiele krzywd mnie ten związek kosztował. Nie potrafię zliczyć przykrości jakie on mi zadawał.
Wieczne poczucie winy towarzyszyło mi i nadal towarzyszy. Nie zdradziłam, starałam się zmienić ale przejrzałam na oczy i wiem, że na szczęscie zasługuję a nie na wieczne cierpienia i deptanie mojej godności. Nie oczekiwałam niczego innego tylko miłości. Akceptowałam go w całości.
I to naleganie na seks...Na szczęście nie uległam.
Na dodatek zauważyłam, że w ostatnich miesicach zaczął popijać alkohol. Kiedyś nie pił w ogóle a teraz zawsze pił kiedy był u mnie.
Z tego związku wyszłam z gównianą samooceną. Praktycznie zgliszcza z niej zostały. A ja czuje, że to wszystko moja wina.
Jedyne co to smutek i samotność zostały. Nikt nie pisze do mnie, nikt nie dzwoni. Jestem raczej samotnikiem, co pogłębiło się dzieki temu związkowi. Co zrobić w takiej sytuacji?
Samotność mnie zjada a wiem, że nie interesuje już żadnego faceta bo jestem gównem. W ogóle przed tym związkiem w życiu bym sobie tak o sobie nie pomyślała. A teraz czuje i mówie to codziennie. ..
Boję się, że się złamię i wrócę do niego. Znowu. A nie chce być z nim bo wiem, że się nie zmieni. Boli ale tak musi być a ja zostanę samotna na zawsze.
Wszędzie widze go i wszystko mi o nim przypomina...