To będzie mało dyskusyjny temat, bo w sumie to mam tylko pytanie. Jak wydawnictwa reklamują książki? I czy wydanie ze współfinansowaniem autora (autorki!!!) ma tę reklamę gorszą, bo wydawnictwo chce tylko "wyciągnąć hajsy od debiutanta"?
Sytuacja wygląda tak, że jestem leniem, powieść zaczęłam pisać 100 lat temu i skończyć mi się nie chciało. W związku z tym wpadłam na jakże genialny pomysł, że wyślę fragment (niektóre/większość wydawnictw przyjmują również fragmenty) i jak ktoś będzie zainteresowany, to ja się zainteresuję ekspresowym tempem kończenia tego arcydzieła polskiej literatury (sic!). Jedno z wydawnictw odpisało. Wydają książki na koszt autora (prawie wszystkie), z różnej wielkości współfinansowaniem przez autora lub całkiem na swój koszt. Zaproponowali 25% - 30% wkładu mojego, 70% ich, bez przenoszenia praw autorskich, większy % zysku ze sprzedaży dla mnie niż przy finansowaniu całości przez nich, mniejszy niż przy finansowaniu całości przeze mnie. Do tego pełno ochów i achów na temat fragmentu.
To właśnie wzbudziło mój niepokój. Skoro faktycznie tekst jest taki och i ach, to dlaczego nie chcą sfinansować całości i zgarnąć praw do tekstu? Z drugiej strony, jeśli jest tak naprawdę słaby, to dlaczego ryzykują 70%, a nie napiszą, żebym spadała, chyba że sama sobie zapłacę? No i druga sprawa - czy ktoś ma jakieś doświadczenia z tym, jak wygląda reklamowanie książek w praktyce? Teoretycznie na stronie internetowej przedstawione to jest tak, że książki reklamowane są tak samo, niezależnie od metody wydania. Z drugiej strony napisać można jedno, zrobić drugie. Wiem, że dobra powieść obroni się sama, ale wbrew pozorom posiadam pewną dozę samokrytycyzmu. ;p No i jednak ciężko, żeby coś się samo broniło, jeśli nikt o tym nie będzie wiedział, a książka skończy w empikowym magazynie po wystawieniu na 3 dni w kącie.
Generalnie chciałam spytać ich, czy jest opcja, że wydadzą mi to na swój koszt już po zapoznaniu się z całością, jeśli przypadnie im do gustu, bo po fragmencie, to ja się niby nie dziwię... Nie chodzi nawet o mój wkład, bo raz w życiu z pieniędzy mogę wyskoczyć, po prostu byłabym spokojniejsza - im więcej oni włożą w to pieniędzy, tym bardziej się postarają, żeby książka się sprzedała, a tak chyba mogą mieć to w nosie. Chociaż zarabialiby na wyłudzaniu 30%, sami wykładając 70%? Może ja panikuję niepotrzebnie?
Tak czy siak, w ostateczności mam radców prawnych w rodzinie, więc nie dadzą mi krzywdy zrobić, ale to już bardziej w kwestii samej umowy, a nie działania wydawnictwa.