SKRÓT DLA TYCH, KTÓRYM SIĘ CZYTAĆ NIE CHCE:
Był chłopak, rzucił mnie, bo zachowywałam się wg niego jak księżna, on też nie był fair w stosunku do mnie, ale cudownie się nam rozmawiało i uprawiało seks. Powiedział, że może odezwie się w ciągu 3 miesięcy do mnie w kontekście dalszego randkowania. Czy czekać na niego? Czy warto? Zawsze, gdy kończy się związek spada mi kamień z serca, bo moje związki nigdy nie były udane, ALE chcę założyć rodzinę i wydawało mi się, ze on po dotarciu się mógłby być tym jedynym.
DŁUŻSZA WERSJA DLA AMBITNYCH:
Miesiąc temu rzucił mnie chłopak. Sama zastanawiałam się, czy go nie zostawić, bo zaczynał mega działać mi na nerwy. Postanowiłam, że z nim nie zerwę, bo rzeczy, które mnie wkurzały były do przepracowania, a chłopak naprawdę mi się podobał, świetnie się z nim rozumiałam, normalnie jedna dusza w dwóch ciałach.
Jednak on zerwał. Nie miał skrupułów. To był człowiek bardzo leniwy i próbujący mnie wytresować jak pieska, a z drugiej strony ja byłam taka sama. Ale on uznał, że mojego "księżniczkowania" nie zniesie (księżniczkowanie- chciałam, żeby mnie od siebie odwoził, z czym miał zawsze wielki problem; wolał, żebym wróciła tak, jak przyjechałam- pociągiem/ autobusem niezależnie od pory dnia; postawa roszczeniowa pt. facet płaci za wszystkie randki).
On natomiast miał ogromne problemy z byciem fair. Niby mówił głośno i pięknie o swoich uczuciach, ale jego czyny się z tym kłóciły. Zablokował mi wgląd w jego listę znajomych na fb, pisał z jakąś dziewczyną, miał aktywne konto na portalu randkowym, ale nie miał tam foto, skrupulatnie pilnował, bym nie zostawiła śladu swojej obecności w jego pokoju, nie potrafił mi powiedzieć, że chciałby, żebym ja też płaciła na randkach, nie dotrzymywał słowa (mówił, że mnie odwiezie, a potem zawsze znajdywał wymówkę dobrą albo słabą; raz mnie wystawił).
Kiedy zerwał prosiłam go, by się jeszcze namyślił. Stwierdził, że jeżeli w ciągu 3 miesięcy się nie odezwie, to znaczy, że nie chce więcej ze mną randkować i nie przebolał jeszcze tej mojej zbrodni jaką jest "postawa roszczeniowa".
Czy warto czekać na jego łaskawy znak? Czy mi on wgl jest potrzebny do życia? Przypominam, że naprawdę NIGDY w życiu nie rozmawiało mi się z nikim tak dobrze jak z nim i dopełniamy się w seksie. Koleżanki zgodnie twierdzą, ze ilekroć kończę związek lub po prostu jestem sama, rozkwitam i promienieję, jestem weselsza. No tak, każdy facet najpóźniej po 4 mies. randek zaczynał zatruwać mi życie (przestawał się starać, próbował mnie zmienić na siłę i w absurdalnych rzeczach, np. ubiór, makijaż, jadłospis).
Ale ja potrzebuję stabilizacji, bezpieczeństwa, dziecka, ciepłego domu, tyle że nigdy tego nie doświadczam od swoich (byłych) partnerów, bo żaden z nich nie myśli poważnie o życiu, jedynie ten ostatni, który ze mną zerwał, bo byłam ksieżniczką. On chciał dzieci, nie teraz, ale zawsze to już jakiś wstęp, był romantyczny i szukał kobiety na zawsze.
Czy mi oni są potrzebni? Czy mam czekać na niego? Pewnie dał mi złudną nadzieję, zebym mniej cierpiała? Co mi radzicie?