Witam.
Mam 25 lat, moja narzeczona (w tym roku bierzemy ślub) jest ode mnie o rok starsza.
Na wstępie dodam, że nigdy nie zdarzyło mi się pisać na takim forum, o takiej tematyce.
Jak już to fora dotyczące napraw sprzętów elektro (pracuję w serwisie komputerowym).
Jestem w kropce, więc postanowiłem po raz pierwszy napisać post w Waszej obecności.
Niedawno się dowiedzieliśmy, że będziemy mieć dziecko (ślub planowany od ubiegłego roku, więc wpadka przy pracy).
Nie ukrywam, że się cieszymy z tego powodu, chociaż moja druga połówka nie zawsze pała ogromnym entuzjazmem.
Myślę ze to przez hormony, bo sama chciała mieć dziecko i da się zauważyć u niej radość z tego powodu.
Jesteśmy ze sobą 2,5 roku, pierwszy rok był niesamowity, z tego względu, że uprawialiśmy seks nawet 2-3 razy dziennie.
To nie ja byłem prowodyrem, lecz ona.
Powiem szczerze, że nie zawsze miałem ochotę na codzienny seks, lecz jak to facet, "dotkniesz i ulegam".
Nigdy z resztą nie byłem w tak zaawansowanym związku i tak mocno przesiąkniętym seksem, nie byłem przyzwyczajony do tak częstych zbliżeń.
Apetyt w miarę jedzenia rośnie, więc zacząłem się do tego przyzwyczajać.
Mało tego, weszło mi to w krew.
Moja narzeczona przechodziła bulimię, pomagałem jej z tego wyjść, wspierałem ją wraz ze swoją rodziną.
Ciężko mi stwierdzić, czy zmiany jakie zaszły w naszym życiu, są właśnie z powyższego powodu.
Ponad rok temu moja ukochana się zmieniła, mimo że mieszkamy razem, spędzamy ze sobą każdą wolna chwilę po pracy, niechętnie podchodzi do współżycia..
Rozmawialiśmy o tym, przynajmniej ja próbowałem rozmawiać, u niej zaobserwowałem złość i wybuchy przy każdej próbie rozmowy.
Jestem cierpliwym człowiekiem, ale również mam swoje granice..
Nie raz taka rozmowa przeradzała się w kłótnię.
Jesteśmy w miarę zgodną parą, ostatnio praktycznie się nie kłócimy, może dlatego że często jej ulegam pod wieloma względami.
Wychodzę z założenia, że seks jest lekiem na wszystko.
Nie chodzi tu tylko o "wsadzenie i wytrysk", brakuje mi bliskości w sferze intymnej.
Oczywiście, codziennie się przytulamy oglądając telewizję, lubimy to oboje.
Nie całujemy się, oczywiście buziak jest, ale nic więcej.. Bo wg. niej jak się całować, to od razu trzeba przejść do seksu.
Nie wiem skąd u niej to stwierdzenie, w poprzednich związkach lubiłem się całować (same całowanie się) ze swoimi poprzednimi kobietami.
Oczywiście, miałem inne partnerki seksualne przed nią, ale nigdy nie było takiego pociągu seksualnego jak z moją obecną narzeczoną jeszcze ponad rok temu.
Jak wspominałem, od ponad roku praktycznie nie uprawiamy seksu.
Jak już, to cieszę się że po czterech dniach od ostatniego zbliżenia zaproponuje seks.
Przerwy trwają 7-14 dni, jesteśmy młodzi, nie wiem co się dzieje..
Odnoszę wrażenie, że jestem jej za przeproszeniem "dziwką".
Kochamy się tylko wtedy, kiedy ona ma na to ochotę.
Kiedy ja podejmuję próbę zbliżenia, 80% kończy się fiaskiem i wzmożonym stresem.
Zawsze po takiej odmowie, rozmyślam wpatrzony w sufit, kiedy ona już śpi.
Potrafię przeżywać to 2-3h zanim zasnę.
Poranek jest jeszcze gorszy, czuję się okropnie, odrzucenie daje się we znaki..
Od kilku dni odczuwam nerwowość, jestem podminowany (stały schemat, ponad tydzień bez zbliżenia), nie wiem co się ze mną dzieje.
Bym zrozumiał, gdyby to była jedna z kilku takich przerw, ale to trwa już ponad rok!
Nie wiem czy teraz się usprawiedliwiam, czy naprawdę zaczynam odczuwać złe skutki takiego traktowania przez moją kobietę.
Nie wiem czy jej się znudziłem (zaprzecza) czy nie jestem już atrakcyjny?
Śpimy razem codziennie, w jednym łóżku, dodam że jest atrakcyjną dziewczyną.
Naprawdę ciężko jest zasypiać przy takiej kobiecie, wiedząc, że na seks nie masz co liczyć.
Gdy zaszłą w ciążę, myślałem że wszystko się zmieni na lepsze.
Nie jestem ekspertem, ale nie raz dało się słyszeć że kobiety w stanie błogosławionym mają większe potrzeby seksualne niż przed ciążą.
W tym przypadku nic się nie zmieniło, może jest jeszcze gorzej?
Seks nie jest najważniejszy, ale wychodzę z założenia że TEŻ jest bardzo ważny.
Zawsze miałem powodzenie u dziewczyn, czułem się swobodnie w ich towarzystwie.
Nie byłem jakimś lovelasem, ale nie miałem problemu, byłem otwarty na rozmowę i nie raz kończyło się to podbiciem (nie zawsze celowo) jakiegoś serca.
Nie wychylałem się z tłumu, nie byłem podrywaczem w szkole średniej.
Naprawdę nie wiem gdzie uderzyć, strasznie mi jej brakuje, mimo że jesteśmy zawsze i wszędzie razem.
Boję się, że kiedyś właśnie przez to, nasze małżeństwo się rozpadnie i to ja będę zapałką, która wszystko podpali.
Boję się, że kiedyś skoczę w bok, że ją zdradzę..
Nie jestem napaleńcem, mimo że podczas pierwszego roku naszego związku czasami nie wyrabiałem, polubiłem tak częste zbliżenia.
Już teraz, kiedy spodziewamy się dziecka i niebawem ślub, patrzę z pożądaniem na inne atrakcyjne kobiety.
Może pożądanie z jej strony wygasło? Może uprawiamy seks wtedy kiedy ona chce, bo po prostu ma zachciankę?
Zacząłem się zastanawiać nad wizytą u psychologa, oczywiście tylko ja, nie chcę jej informować o tym, mimo że jej nie okłamuję, mówię jej dosłownie o wszystkim.
Nie jesteśmy nawet małżeństwem, a czuję się jakby to był okres jakiegoś przekwitania i monotonii.
Proszę Was o pomoc, jakąś poradę, czy ktoś z Was spotkał się już z czymś takim?
Zależy mi na tym, bardzo.
Pozdrawiam
unn90