Opiszę po kolei moją historię. Z moim mężem zaczęłam spotykać się w wieku 18 lat po rozstaniu z chłopakiem, byłam bardzo zdesperowana, przestałam wierzyć w miłość, chciałam znaleźć kogoś kto wypełni pustkę w moim życiu. Pisałam przez wiele lat pamiętnik, dlatego teraz dobrze wiem co na różnych etapach mojego życia działo się. Zaczęłam spotykać się z kolegą z klasy, nie był w moim typie ani z wyglądu ani osobowością nie urzekał mnie. Dobrze dogadywaliśmy się. Po pół roku regularnego spotykanie się wyznałam mu miłość, on mi wcześniej. Poszliśmy razem na studia, były imprezy ze znajomymi, mieszkanie w akademiku, nam układało się dobrze, chociaż ja z wielu rzeczy musiałam zrezygnować, a o wiele walczyłam i osiągałam cel. Zawsze marzyłam o ślubie i o dziecku i te marzenia spełniliśmy, ale przez te wszystkie lata wielu koleżankom zazdrościłam fajnych facetów, tylko miałam sporo kompleksów i nie wierzyłam, że ktoś lepszy mógłby się mną zainteresować. Bałam się samotności. Czasem nawiązywałam bliższe kontakty z kolegami, często naszymi wspólnymi. Chyba miałam nadzieję, na znalezienie tego czego mi brakowało w związku. On był o mnie bardzo zazdrosny, ale co dziwne, bo dla mnie chyba nie jest przejawem miłości, bardzo dokuczał mi w kwestii mojej tuszy, jak tylko przytyłam 2-3kg zwracał mi uwagę, były takie momenty, że mówił "znowu jesz?","dupa Ci rośnie","brzuch Ci wystaje","kiedyś dbałaś o siebie a teraz nie zależy Ci". Na marginesie dodam, że przy wzroście 164cm w tamych momentach ważyłam 48-52kg, w skrajnym momencie doszłam do 45kg. Mam wrażenie jakby chciał abym wyglądała tak jak on sobie mnie wyobraził. Nigdy nie mówił, że jestem, piękna, śliczna, jeśli już to, że jestem ładna. Brakuje mi takich szczeryh komplementów nawet w zakresie jego spostrzeżeń co do mojej osobowości. Na studiach złościł się, że nie potrafię jakiegoś projektu zrobić, czy robię to zbyt długo. Lubi mnie krytykować, moje wrażenie, że chce poczuć się lepszy ode mnie. Moja jazda samochodem też zawsze go złościła i mówił, że nie umiem jeździć, a wszyscy inni mają zupełnie odmienne zdanie. Gdy wychodziłam na zakupy czy z koleżanką po chwili był sms "jak tam?", "kiedy wracasz?". Zawsze gdy wychodziłam gdzieś widziałam smutek na jego twarzy, miałam wyrzuty że go zostawiam, ale czasem potrzebuję babskiego spotkania. Było wiele takich sytuacji, które mogłabym przytoczyć. Ogólnie to widzę, że jest bardzo uzależniony ode mnie emocjonalnie, nie wychodzi nigdzie z kolegami, jego świat kończy się na komputerze. Kwestii ojcostwa nie będę poruszała, bo dla mnie to odrębna sprawa. Pół roku temu spotkałam się z facetem, w którym byłam szalenie zakochana przez pół podstawówki i gimnazjum, póżniej nie spotykałam go, on w czasach szkolnych nie był mną zainteresowany, jak to chłopcy w tym wieku, chyba nawet nie miał dziewczyn wtedy w szkole. Ma za sobą 4 związki. Teraz uświadomiliśmy sobie, że bardzo się kochamy, oboje czujemy, że chcielibyśmy być ze sobą. On jest wolny, kawaler, bez dzieci. Mieszka w innym mieście, sam bez rodziców, z pieskiem:) czuły, wrażliwy, szarmancki, przystojny taki mój wymarzony. Zawsze zamierałam gdy go spotykałam. Pomimo tego zauroczenia dostrzegam też jego wady i słabości, ale wiem, że z nimi mogłabym żyć. Mąż wie, że spotkałam się z nim parę razy i przez jakiś czas ze sobą pisaliśmy. Teraz myśli, że od ok. 2 miesięcy temat jest zamknięty i skupiamy się nas tym co dzieje się między nami. Mąż nie jest ulubieńcem, ani moich rodziców, ani koleżanek, jest takim ponurakiem, malkontentem. Teraz pytanie do Was co myślicie o następującej sytuacji:
Mąż wie, że nie kocham go, że nie jestem szczęśliwa w tym związku, że myślę o rozwodzie.
Powiedział, że kocha mnie mimo wszystko, że wybaczył mi kłamstwa. Mówi, że jemu niewiele potrzeba do szczęścia (barkuje mu tylko okazywania czułości z mojej strony, ale nawet gdy próbuję się przemóc i zmusić to za kilka dni czuję, że nie dam rady dłużej). Prosi aby zakochała się jeszcze raz w nim, pyta za co ja go tak traktuję, co on mi zrobił takiego, dlaczego dążę do szczęścia jego kosztem. Mówi, że on nie podda się i będzie walczył, bo nie wyobraża sobie życia beze mnie. Jesteśmy razem 9 lat, ja jestem jego pierwszą kobietą. Tylko gdzie w tym wszystkim jestem ja?? Moje szczęście?? Mam faceta, który mnie kocha, który mnie nie zdradzi i nie zostawi, ale nie czuję szacucnku z jego strony, zaufania (teraz dochodzę do wniosku, że nigdy go nie miałam, zawsze miał obawy, że mnie straci). Wzięliśmy ślub, urodził nam się syn, kupiliśmy mieszkanie bez kredytu - przez 3-4 ostatnie lata na tym się skupiałam, nasza relacja odeszła na dalszy plan, poprostu teraz czuję, że dobra materialne nie zastąpią mi tego uczucia, którego przez lata brakowało mi, tego, abym mogła kochać tak bardzo i cieszyć się swoim facetem, a nie tylko wszystkim co jest dookoła. Myślicie, że miłość jest czymś ważnym w życiu? Czy lepiej odpuścić i żyć dla dobra innych? Dodam jeszcze, że on z każdym problemem dzwoni do swojej mamy, o naszych problemach małżeńskich też jej powidział, nie pogadał z kumplem tylko z mamusią. Robi z siebie takiego biedaczka, którego trzeba pocieszać o wszystkim za niego myśleć. Jego siostra taka jest i ojciec też. Wszystko jest na głowie teściowej... W momencie gdy braliśmy ślub, nie byłam w stanie przewidzieć jak będzie wyglądało dorosłe życie. Był ktoś z Was w podobnej sytuacji?
Wracając do mężczyzny, którego kocham. Poznaliśmy się w podstawówce, pamiętam dzień gdy przyszedł do mojej klasy:) taki uroczy i pogodny chłopak, emanował entuzjazmem i radością, szczery otwarty. W IV klasie podstawówki chodziliśmy ze sobą może 2 miesiące, po raz pierwszy w życiu całowaliśmy się z języczkiem, przytulaliśmy pod kołdrą, jedliśmy razem zupkę chińską i pocałunkiem gdy jeden kluseczek połączył nasze usta. Nawe wzięliśmy ślub:) później związek jakoś rozpadł się, oboje nie pamiętamy jak. Ja byłam cały czas zakochana, a on zaczął dorastać i wtedy zabawy z dziewczynami były obciachem, był poprostu jednym z moich lepszych kolegów, a moje serce cały czas mocno przy nim biło. W czasie liceum i studiów nie miałam z nim kontaktu. Pół roku temu wysłałam mu zaproszenie na fejsie, on podziękowała i tak od słowa do słowa po kilku dniach spotkaliśmy się. Była wielka radość:) z jego strony zauroczenie moją osobą i wzajemnie ja oszalałam na jego punkcie. Nieopisane emocje towarzyszyły naszym spotkaniom i rozmowom na skype. Kocham go i teraz już ze wzajemnością. Uwielbia mojego synka, ma do niego świene podejście, a ja przy nim czuję się jak kobieta, doceniana, szanowana, otoczona troską, pomocą w każdej sytuacji, a jednocześnie jest moim najlepszym przyjacielem. Uczucia, które były skrywane głęboko w sercu odżyły ze wzmocnioną siłą. Tylko on źle się czuje z tym, że rozwala mi związek, wiem, że jest mu z tym ciężko. Teraz dostał propozycję wyjazdu do Kanady... Boję się, że stracę go teraz już na zawsze.