Witam wszystkich,
to mój pierwszy tego typu post na forum wiec bardzo proszę o wyrozumialosc.
Potrzebuje rady od osób postronnych, które ( mam nadzieje) spojrza na sytuacje obiektywnie.
Jestem ze swoim chkopakiem ponad 10 miesięcy, poznalismy się w pracy, zostaliśmy para po bardzo krótkim etapie randkowania. Od poczatku mialam pewne wątpliwości. Mimo tego, ze mój chlopak to bardzo dobry, pelen empatii i wrażliwy mężczyzna ma tez jedna wadę, która nie daje mi spokoju.
Oboje mieszkamy za granica, tyle, ze ja jestem tutaj sama od stosunkowo niedlugiego czasu, natomiast M. mieszka tutaj z rodzina od prawie 10 lat ( on 25, ja 26). Jednym z powodów dla którego wyjechalam do innego kraju byla chęć usamodzielnienia się i odcięcia od toksycznej rodziny, za która mimo wszystkiego zlego tesknie i z racji tego, ze jestem tutaj sama doskwiera mi samotność. Mój M. nadal mieszka ze swoja rodzina i jest z nią mocno związany, z moich obserwacji wynika, ze pelni role opiekuna ( tata alkoholik, na prawdę agresywny w stosunku do mamy, mama- nadopiekuńcza i uslugujaca wszystkim dookola). Gdy przedstawil mnie swoim rodzicom, z marszu wiedzialam, ze mnie nie polubili ( zwlaszcza mama, która sugerowala mi i jemu, ze mam zamiar zabrać jej syna). Nie mam będę opisywać konkretnych sytuacji i tekstów, ewentualnie później. Mój M. jest odpowiedzialny za wiele rzeczy w domu i poza, jako jedyny zna świetnie język wiec wszystkie sprawy zalatwia wlasnie on, pelni tez role kierowcy, dostawcy itp. Poza mama reszta nie robi praktycznie nic (brat 18, siostra 20 i jej chlopak-wszyscy mieszkają razem, teraz pracują, ale byl okres, ze nie robili nic). Sama pochodzenia z toksycznego domu i tez dawalam się wykorzystywać na rozne sposoby, tracąc przy tym siebie i widzę, ze mój chlopak ma tyle marzeń i planów, ale po prostu nie ma czasu i sily ich realizować. Staralam się z nim rozmawiać na ten temat, ale jego glowny argument to: Co zlego jest w tym, ze mam dobry kontakt z rodzina?
Czasami z tego powodu mam ogromne poczucie winy, ze odciagam go od rodziny, ale z drugiej strony wiem, ze to uczucie jest irracjonalne, bo to co dzieje się w jego rodzinie to chore relacje. Ale mój chkopak jest tak mocno w to wszystko zaangażowany, ze tego nie widzi. Albo widzi tylko polowicznie...
I teraz najważniejszą kwestia, mam w planach we wrześniu wyprowadzić się do innego miasta ( większe możliwości rozwoju), moj chlopak wiedzial o moich planach od samego poczatku. Kilka miesięcy temu dalam mu do zrozumienia, ze skoro oboje na dzień dzisiejszy mamy inne priorytety (wydaje mi się, ze on nie zostawi tutaj swojej rodziny) może powinniśmy się rozstać, żeby później oszczędzić sobie rozczarowan, on jednak stanowczo powedzial, ze nie... Mowil tez, ze jestem kobieta jego życia i chce ze mną spędzić resztę swoich dni ( caly czas to powtarza), mowil, ze ma nadzieje, ze prze te kilka miesięcy sytuacja w jego domu się unormuje( ja wiedzialam, ze nie, bo jakim cudem skoro trwa to juz kilkanaście lat?). Im bliżej wyjazdu, coraz bardziej wydaje mi się, ze on ze mną nie pojedzie, nigdy nie powiedzial tego wprost, ale wydaje mi się, ze nie jest gotowy na taka decyzje. Kompletnie nie wiem co mam robić, zostać z nim (bardzo go kocham) czy realizować swoje marzenia (w końcu!)? Czasami myślę, ze jestem skończona egoistka, ale skoro udali mi się wyrwać z emocjonalnego uzależnienia do swojej rodziny, to dlaczego mam tkwi w czymś takim z nie-swoja?
Bardzo przepraszam za chaos wypowiedzi i proszemo rady, bo na prawdę jestem strasznie zagubiona.