Witajcie, to mój pierwszy post.
Z tego, co widzę, podobne tematy były już poruszane, ale bardzo mało znalazłem w nich praktycznych wskazówek.
Jestem 28-letnim doktorantem w jednym z głównych ośrodków akademickich w Polsce i szukam partnerki w wieku 27-29 lat na stały związek. I tutaj pojawia się poważny problem, bo szukam osoby z pewnym poziomem kultury umysłowej, inteligentnej, mającej własne zainteresowania, które mogą być ciekawe do wysłuchania (np. literatura, krytyka społeczna, kulturoznawstwo - w tym stylu). Nie interesują mnie osoby w wieku 19-25. Wiek 26 to granica. Ponoć jest masa wolnych kobiet w wieku 27-29, a mimo to mało co się dzieje.
Co istotne, szukam partnerki w takim wieku, że zdaniem niektórych jest to już "ostatni dzwonek", bo lada chwila 30tka i spadek zainteresowania u mężczyzn. Nawet tutaj na forum jest masa osób o takim przekonaniu; ja się z nim nie zgadzam, dla mnie wykształcona kobieta w wieku 27-32 jest super (32 dlatego, że sam nie mam jeszcze 30tki i mogę być za młody dla np. osoby 35-letniej).
Niestety na studiach doktoranckich jest bardzo mało kobiet (przynajmniej na moich, choć to nauki społeczne), na innych (pokrewnych) kierunkach zapewne jest podobnie, ale problem w tym, że doktoranci są tak bardzo od siebie wyalienowani i zatomizowani, że praktycznie poza tymi, którzy się jakoś poznali na pierwszy roku nikt się z nikim nie zadaje. Sam w ten sposób poznałem dwie dziewczyny, w tym jedną chciałem "poderwać", ale nic z tego nie wyszło. Integracja nie istnieje, a im bliżej końca tym mniej wspólnych zajęć. Nie chcę też podrywać studentek, które uczę lub które zaraz mogę uczyć, bo wyznaję zasadę, że tam, gdzie się pracuje, to się nie podrywa i to jeszcze w sytuacji podległości formalnej (studentka-wykładowca), gdzie nigdy nie wiadomo, czy rozpad związku nie odbije się negatywnie na pracy. Dla zdrowia psychicznego i nie tworzenia sobie problemów, w miejscu, którego opuszczenie wiąże się w poważnymi konsekwencjami.
Wygląd nie jest ("aż tak") ważny dla mnie, mój ostatni związek miałem z inteligentną, fajną ale mocno pokręconą dziewczyną, którą inni nie uważali za ładną, ale mnie to ani trochę nie przeszkadzało i mnie się podobała, rzecz jasna. Piszę to po to by pokazać, że nie jest to czcza deklaracja. Podstawa to fajny styl ubioru i brak zaniedbania, ale to chyba nie są wymogi zbyt wygórowane. Jeżeli chodzi o seksualność nic nie działa na mnie lepiej niż inteligentna kobieta. I odwrotnie: kobieta głupia, chamowata, bez taktu etc. może być wizualnie świetna, ale nic poza tym i ja do takiej nie startuję i nie ?podrywam?. Nie i koniec, seks jest bardzo ważny, ale trzeba żyć poza łóżkiem.
Szukałem na portalach randkowych, ale ta forma jest skrajnie czasochłonna i przynosi kiepskie efekty. Byłem w związkach z tych portali, nie uważam, by były tam same "desperatki i frustratki", ale spora grupa kobiet, jakie tam są, szuka zupełnie innego typu osoby niż moja.
Tak, wiem, bardzo się tym wszystkim zawężam, ale jestem zwolennikiem poglądu, że para musi mieć coś wspólnego ze sobą, inaczej prędzej czy później się rozleci. Widać to też na randkach, zupełnie inaczej idzie, gdy mamy coś co nas łączy, a co innego, gdy są to dwa różne światy (banałem pojechałem).
Nie potrafię zagadywać do kobiet na ulicy i to jeszcze by to było zagadanie inteligentne, takie by się pokazać od dobrej strony. W księgarniach i bibliotekach podobnie, można podpatrzeć co dana pani czyta (tylko czy akurat się znasz na tym?), ale takie zagadywanie, by coś więcej z tego wyszło, mi zwyczajnie nie wychodzi. Nie rozumiem skąd się biorą mity o możliwości znalezienia miłości w kolejce do sklepu/w księgarni/na przystanku autobusowym - tam sukcesy odnoszą osoby, które nie potrzebują porad jak zagadać i zainteresować. Nie mam przysłowiowego "skila" do tego, choć później umiem (chyba) zainteresować kobietę rozmową. Dlatego też nie podrywam w knajpach, przy barach, w kawiarniach etc. I szukam na stałe, a nie na szybki seks. OK, może być szybki, nawet pierwszorandkowy, ale z osobą z którą po kilku godzinach wiem, że chcę z nią spróbować być. Miałem takie przypadki ;-), ale nie z knajp.
Dalej. Na konferencjach można, ale trudno jest przejść z poziomu naukowego do poziomu prywatnego z taką osobą, do tego dochodzi jeszcze bariera terytorialna, bo 90% osób jest spoza ośrodka, gdzie się konfa odbywa (nie jestem zwolennikiem związków na odległość, gdy żadna ze stron nie może się, np. z powodów zawodowych, przeprowadzić do drugiej).
Kurcze, nie wiem za bardzo co robić, by poznać ciekawą osobę. Przecież moja grupa docelowa nie jest marginesem marginesu społeczeństwa, a z tego co mi mówiono to odrażający też nie jestem. Nie wierzę w kiepskie powiedzonko "miej wyj**ne, a będzie ci dane" - gdybym miał "wyj**ne" to nie byłbym nigdy w żadnym związku, znam swoją praktykę w tym zakresie. No i fatalny jestem w gierki podrywowe w stylu kiedy się odzywać, kiedy nie, jak często pisać do kobiety, czy wywoływać tęsknotę, czy być blisko, jak blisko. Nienawidzę tego, gubię się w tym i uważam to za dość infantylne.
Czy aż taki ze mnie frustrat i przysłowiowy "przegryw"? Czekać na "szczęście" od losu, czyli odkładać wszystko ad calendas graecas, bo "każdy kogoś znajdzie"? U mnie to nigdy nie działało.