Jestem z moim chłopakiem już pół roku. Na początku spóźniał się max 10 minut, nie przeszkadzało mi to, bo rozumiałam że autobus mógł się spóźnić itp.
Ale teraz to już wychodzę z siebie. Od 2-3 miesięcy spóźnia się po 2-3 godziny. Np. jeśli umówimy się na 12 w weekend dzwonię o 12 - nie odbiera, telefon wyłączony do 14 a potem dzwoni mówi ze będzie za pół godziny. Tak jest ciągle. Probowałam robić już chyba wszystko. Najpierw się złościłam, to obiecywał, że już nie będzie, później rozmawiałam na spokojnie - słyszałam to samo, potem zaczęłam ogranizować sobie czas ale kiedy raz wyszłam z domu o umówionej godzinie (rozwialiśmy przez telefon - w przeciwieństwie do niego zawsze odbieram) i czekał na mnie 20 min to miałam taką aferę że go nie szanuję, ze mało co się nie rozstaliśmy. Ileż tak można? Codziennie coś. Ja potrafię czekać po 1,5 godziny na mrozie ( telefon oczywiście wyłączony),a on 10 minut na klatce przesiedzieć nie potrafi bo ja poszłam do sklepu? Jak go nauczyć żeby szanował mój czas? Prosiłam, groziłam, rozmawiałam i ciągle to samo - 'obiecuje, że to się nie powtórzy' ale powtarza się już 2-3 dni później. Co mam robić? ![]()
ja nie mogę nawet raz nie odebrać telefonu bo zaraz są wyrzuty, że mam go w dupie, ze on nie bedzie dzwonił i takie inne, ale kiedy on sam nie odbiera po kilka godzin to jest w porządku i jeśli ja się przyczepię to się złości, obraża i wychodzi na to, że ja przepraszam.