Widzialam kilka watkow wczesniej podobny temat, jednak postanowilam napisac wlasny zeby opisac swoj problem szerzej. Od dwoch lat mam faceta. Nie mieszkamy razem, ja mieszkam z moja rodzina, on ze swoja. Poznalismy sie mniej wiecej wtedy, kiedy zdiagnozowano u mnie nerwice (mialam tez problemy depresyjne). Nie dokonczylam leczenia, poniewaz zwiazek ten przywrocil mi sily i szczerze mowiac wracalam do zdrowia. Przez pierwsze pol roku ukladalo nam sie w lozku, chociaz nie uprawialismy jeszcze seksu. Bylam w nim pewna siebie i szukalam nowych doznan. Jednak wciaz mialam jakies dziwne poczucie ze robie cos zlego, zaczynalam sie wstydzic, dziwnie sie czulam wracajac do domu, myslalam ze gdyby w domu wiedzieli co ja naprawde robilam.. Mieszkam z babcia ktora jest bardzo religijna i do tej pory nie wyobrazam sobie zeby mnie widziala nawet jak sie caluje. To wszystko brzmi niby smiesznie, ale naprawde tak bylo. W koncu zdecydowalismy sie na pierwszy raz, z mojej inicjatywy. Bolalo mnie tak, ze nie moglam powstrzymac lez. Za kolejnymi razami bylo podobnie. Zaczelam unikac kontaktow seksualnych. Przy rozmowie o tym z moim partnerem ustalilismy ze narazie wstrzymamy sie z seksem, zeby odbudowac bliskosc i zebym przestala sie bac. I tak ogien z mojej strony zaczal zanikac, nadal bylo dobrze ale to juz nie bylo to samo, wszystko dzialo sie coraz rzadziej. Potem doszlo do tego, ze jakiekolwiek kontakty zdarzaly sie sporadycznie. Ostatnio unikalam nawet pocalunkow, czulam sie w nich jakos nienaturalnie. Przyjaciolki namowily mnie do sprobowania po raz kolejny. Zaczely opowiadac o swoich doznaniach seksualych itd, co sprawilo ze przestalam miec wrazenie ze robie cos zlego. Spotkalam sie z nim wczoraj. Wrecz zszokowalo mnie, ze nie czulam zupelnie nic. W ogole nie czulam podniecenia. On bardzo sie staral ale ja nic nie czulam gdziekolwiek by mnie dotykal. Nawet nie potrafilam udawac. Patrzylam tylko w sciane, jego wlosy na mojej twarzy wrecz mnie draznily, bylo mi tak smutno ze mnie spotyka taka ozieblosc ze po policzkach poplynely mi lzy. Naszczescie on chyba tego nie widzial. Przeprosilam go ze bylam malo aktywna, on mowi ze rozumie, ale wiem ze cierpi. Nie wiem co mam zrobic, nawet nie potrafie sie zmusic. Mam wrazenie ze wszystkie problemy w naszym zwiazku wynikaly z tego mojego slabnacego libido. Myslalam, ze jesli mnie nie pociaga, to moze juz go nie kocham? Czy tak to wlasnie dziala?
Nie wiem czy to wyniklo z tego co napisalam ale spotykam sie z nim prawie codziennie, tyle ze prawie nigdy nie jestesmy sami. Kiedy czytam co napisalam brzmi to tak glupio. Jestem taka mloda a mam juz wrazenie ze jestem skonczona, cale zycie bede sie zmuszac i bede nieszczesliwa. Boje sie mojego pesymizmu, bo wiem ze mi nie pomaga.. Prosze, nie traktujcie mnie jak glupia.
Dodam ze on jest krotkodystansowcem i chociaz zdazalo sie ze nie bolalo przy duzej ilosci zelu nigdy nie zdazyl sprawic mi przyjemnosci. Na poczatku nawet nie bylo zle, bo wciaz wierzylam ze to moze byc fajne i staralam sie sie wczuc..