Czy uważacie, że tylko "księżniczki" wymagają od faceta, by on po nie przyjeżdżał?
Trochę się jak frajerka czuję. Koleś, z którym aktualnie kręcę, wymaga ode mnie, bym do niego jeździła. Nie mam samochodu, więc jeżdżę autobusem i pociągiem. Wracam od niego w taki sam sposób. On uważa, że wszystko ok. Moim zdaniem to facet powinien po mnie przyjeżdżać, zwłaszcza, że on ma samochód i jego droga do mnie zajmuje 2 razy mniej czasu niż moja droga do niego. Koleś otwarcie mówi, że mógłby po mnie jeździć, ale mu się nie chce.
Kiedy umawiamy się gdzieś w okolicy mojego domu, to ok- albo spotykamy się w umówionym miejscu, albo on po mnie przyjeżdża. Gdy w grę wchodzą okolice jego zamieszkania, a najczęściej on właśnie tam chce się spotykać, to wymaga, bym sama przyjechała do niego (60km w jedną stronę), on wychodzi po mnie tylko na dworzec.
Póki co nie robię z tego problemu, ale zaczyna mnie to irytować. Ostatnio obiecał, że mnie odwiezie od sb do mnie pod sam dom, ale w końcu odstawił mnie tylko na dworzec. Kiedy się dzisiaj umawialiśmy na spotkanie, zapytał do której mam zajęcia. Do 15tej. On opiekuje się dzieckiem brata do 15tej, więc powiedzał, żebym od razu po zajęciach poszła na pociąg i dzięki temu będziemy mieli dla siebie więcej czasu.
Innym razem byłam po 4godzinnej podróży i byliśmy umówieni u mnie w mieście na 18tą. Z walizką sama miałam się doczłapać do siebie, bo na miejscu byłam już o 16tej. W toku rozmowy doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie się spotkać u niego. Wtedy stwierdził, żebym od razu po tej 4godzinnej podróży z ciężką jak cholera walizą i laptopem wsiadała w pociąg do niego, a gdy się nie zgodziłam, zmienił zdanie "pozwalając mi" odwieźć walizkę do domu, ale kazał odpuścić sobie kąpiel i obiad, żebym zdążyła na wcześniejszy pociąg i na 18tą była już u niego. Gdy, powiedziałam, że muszę odpocząć, zjeść, odświeżyć się, że bez tego ani rusz, to grymasił, że przez to będziemy mieli mniej czasu dla siebie. A przecież mógł po prostu przyjechać do mnie na tę 18tą tak jak było wcześniej ustalone.
Nie czaję tego. On zamiast powiedzieć, że wyjedzie po mnie, żebym nie dźwigała tej walizy, oczekiwał, że z wywieszonym jęzorem, głodna i spocona szybciutko pojadę do niego, bo jemu się nie chce jechać do mnie.
Mój poprzedni chłopak sam z siebie by mnie odebrał, zawiózł do mnie, a potem do siebie samego, a co najlepsze oni jeżdżą tymi samymi modelami samochodu (więc palą tyle samo) i mają zbliżoną drogę do pokonania (60km i pięćdziesiąt kilka km).
Czy to ja przesadzam?