Mam pewien problem, ponieważ z facetem jestem prawie 3 lata i w tym roku u niego w rodzinie będzie komunia i zapewne mój będzie chciał mnie wziąć ze sobą ale jest jedno "ale" - źle się czuję na takich spotkaniach rodzinnych. Jestem osobą nieśmiałą i ogólnie w rodzinie są konflikty i do rodziny od 6 lat nie jeżdżę i nie lubię takich spotkań. Część jego rodziny znam i są wporządku ale nie mogę złapać z nimi wspólnego języka i praktycznie nie odzywam się i tylko się nudzę. Jedynie z kim się lepiej czuję to z jego rodzicami. A druga sprawa to jest taka, że jestem tylko jego dziewczyną a to jest rodzinne spotkanie i czułabym się tam jak piąte koło u wozu. Jakbym przynajmniej była jego narzeczoną to już inaczej. Co o tym myślicie? jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać.
Podobne tematy
nie lubię takich spotkań. Część jego rodziny znam i są wporządku ale nie mogę złapać z nimi wspólnego języka i praktycznie nie odzywam się i tylko się nudzę. Jedynie z kim się lepiej czuję to z jego rodzicami. A druga sprawa to jest taka, że jestem tylko jego dziewczyną a to jest rodzinne spotkanie i czułabym się tam jak piąte koło u wozu. Jakbym przynajmniej była jego narzeczoną to już inaczej. Co o tym myślicie? jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać.
JA - nie lubię...
JA - się nudzę...
JA - bym się czuła jak 5 koło...
I TY się pytasz jak nie wyjść na dziwaka?
Jeśli MASZ zamiar "wejść" do rodziny, a TAK się stanie jeśli się zwiążecie np. wskutek zawarcia małżeństwa, bądź ogłoszenia narzeczeństwa, to jakoś będziesz musiała znieść związane z tym "wyzwania"(?)... czy NIEDOGODNOŚCI (?)
A teraz - GDZIE jego - twojego partnera, POTRZEBY?
W związku jest miejsce DLA potrzeb OBU osób czy tylko jednej?
CO przeważy - to będzie koronnym argumentem - do tych twoich "tłumaczeń" ![]()
3 2015-02-28 13:39:07 Ostatnio edytowany przez Sarcia_M (2015-02-28 13:41:03)
Ja jestem ze swoim facetem trzy lata i tez nie narzeczona, jakoś nie robie problemow kiedy chce mnie zabrac do swojej rodziny-wrecz przeciwnie..cieszę się ze tam jade bo bardzo ich lubie. A Ty jak nie chcesz to powiedz swojemu chłopakowi ze źle sie czujesz na takich spotkaniach i nie chcesz iść. No właśnie wypowiadasz sie tylko w tych kategoriach...JA,JA,JA... A pomyślałaś o nim ?
Tak pomyślałam o nim i byłam kilka razy u jego rodziny i robiłam to z myślą o nim. Dla was to może nie problem a dla mnie wielki bo jestem bardzo nieśmiała i w większym gronie nie wiem jak się zachować i co mówić. I serio bardzo mnie to męczy ale nie wiem jak to zmienić.
5 2015-02-28 14:52:06 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2015-02-28 15:02:16)
Dla was to może nie problem a dla mnie wielki bo jestem bardzo nieśmiała i w większym gronie nie wiem jak się zachować i co mówić. I serio bardzo mnie to męczy ale nie wiem jak to zmienić.
Któraś pisała o BRAKU problemu?
Czy może usiłujemy umiejscowić go w rzeczywistości?
TY masz problem - otoczenie GO nie ma. To RAZ.
DWA - otoczenia/przyjętych zwyczajów/rodzinnych rytuałów - NIE ZMIENISZ. Siebie TYLKO możesz. Czy chcesz TEGO dokonać?
Czy chcesz czegoś innego?
A jeśli tak, to czego?
"Kawa czy herbata? - Jak sobie radzić z nieśmiałością"? (z Mateuszem Grzesiakiem) widziałaś?
na youtube można obejrzeć
6 2015-02-28 15:11:11 Ostatnio edytowany przez smutna12345678 (2015-02-28 15:55:13)
Nie, żadna nie pisała o problemie ale z pisania wynika tak jakby żadna nie miała z tym problemu.
Oczywiście, że chcę zmienić- jakbym nie chciała to bym tutaj nie pisała.
Czego chce? tego, żeby nie być taka nieśmiała i jeździć z nim wszędzie gdzie chce. Bo jak mi proponuje jechanie do ciotki to wtedy mi sie stres uruchamia i się blokuję. Nie wiem czemu tak mam. Może dlatego, że kiedyś byłam z innym facetem u jego rodziny to jego mama mi zaczęła wytykać jaka to ja nie jestem. Zjechała mnie od góry do dołu. I teraz chcę się przypodobać a czym bardziej o tym myśle to tym bardziej się stresuję. Wiem, że unikanie to nie jest rozwiązanie, bo i tak kiedyś będę musiała tam pojechać. Nikt tam nie gryzie, są mili a ja mimo to nie chcę tam jechać. Czuje się jak jakiś dziwak a nie chcę tak się czuć.
Nie widziałam ale obejrzę. Czytałam jakieś książki to radzili zagadać na ulicy np która godzina itp ale z tym nie mam problemu bo wszystko potrafię sama załatwić czy kogoś poprosić o pomoc. Problem tylko się pojawia jak mam gdzieś z chłopakiem wyjść.
Obejrzałam to z Mateuszem Grzesiakiem i powiem, że podobało mi się. Daje do myślenie.
Jesteście razem 3 lata! Czasem trzeba się zmusić/przełamać do takich spotkań i załapać trochę dystansu. Możesz gadać o "wyższości pietruszki nad marchewką" nikogo i tak to nie obchodzi. Poza tym nie chodzisz na takie spotkania co tydzień tylko raz na rok więc odpuść i nie myśl tylko o sobie. Związek do czegoś zobowiązuje.
Czuje się jak jakiś dziwak a nie chcę tak się czuć.
JAK przestaniesz być dziwakiem, to może przestaniesz się tak czuć...
jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać.
Przecież nie musisz iść, jeśli nie chcesz.
Tyle tylko, że wtedy Twój chłopak może czuć się jak dziwak, jeśli na spotkaniu rodzinnym pojawi się sam, mimo, że wszyscy wiedzą, że od lat ma dziewczynę.
10 2015-02-28 21:42:56 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-02-28 21:44:20)
Mam pewien problem, ponieważ z facetem jestem prawie 3 lata i w tym roku u niego w rodzinie będzie komunia i zapewne mój będzie chciał mnie wziąć ze sobą ale jest jedno "ale" - źle się czuję na takich spotkaniach rodzinnych. Jestem osobą nieśmiałą i ogólnie w rodzinie są konflikty i do rodziny od 6 lat nie jeżdżę i nie lubię takich spotkań. Część jego rodziny znam i są wporządku ale nie mogę złapać z nimi wspólnego języka i praktycznie nie odzywam się i tylko się nudzę. Jedynie z kim się lepiej czuję to z jego rodzicami. A druga sprawa to jest taka, że jestem tylko jego dziewczyną a to jest rodzinne spotkanie i czułabym się tam jak piąte koło u wozu. Jakbym przynajmniej była jego narzeczoną to już inaczej. Co o tym myślicie? jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać.
Wytłumacz mu że masz niskie poczucie wartości, wstydzisz się nawiązywać kontakty z ludźmi ponieważ czujesz się GORSZA z powodu własnej skonfliktowanej rodziny i tego co z tobą zrobiło wychowanie w takiej rodzinie. Nie potrafiąc cieszyć się z bycia z ludźmi nudzisz się z nimi zamist poznać przyjaciół i zakumplować się z jak największą liczbą osób. Dodaj, że boisz się to zmienić i wolisz pozostać taka jaka jesteś. Sądzę, że zrozumie...
smutna12345678 napisał/a:jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać.
Wytłumacz mu że masz niskie poczucie wartości,.... Dodaj, że boisz się to zmienić i wolisz pozostać taka jaka jesteś. Sądzę, że zrozumie...
Owszem - dobra rada jeśli ma być osiągnięty cel bliższy. Nazwijmy to: rejterada (przed wyzwaniem)
A cel dalszy?
W postaci zwalczenia "swej gorszości" (niskiego poczucia wartości)?
Postawa zachowawcza raczej nie zmieni TEJ kwestii. A ona - jak jaka hydra łeb podnosić będzie...
Autorko, jaCiebie rozumiem. Nie cierpię zlotów nawet mojej rodziny, a co dopiero rodziny chłopaka. Jedyna rada jaka mi przychodzi do głowy, znajdź sobie zajęcie, z którego absolutnie nie dasz rady się wywinąć tego dnia (praca, choroba, wyjazd...) i przetrwaj. Mi został zapowiedziany już teraz zjazd rodzinny (rodziny od strony ojca) na jesień i gdy tylko będę znała dokładny termin spróbuję załatwić sobie na ten dzień wyjazd lub koncert...
Osoby, które piszą, że to raz na jakiś czas, Że wypada, że przeciez to rodzina i że jesteś dziwakiem nie mają tak naprawdę pojęcia, na czym polega Twój problem i jak ciężko możebyć spędzić kilka godzin w tłumie obcych osób, gdzie każdy będzie chciał ci podać rękę/uścisnąć/ w najgorszym wypadku oślinić policzek. Bleh.
Osoby, które piszą, że to raz na jakiś czas, Że wypada, że przeciez to rodzina i że jesteś dziwakiem nie mają tak naprawdę pojęcia, na czym polega Twój problem i jak ciężko możebyć spędzić kilka godzin w tłumie obcych osób, gdzie każdy będzie chciał ci podać rękę/uścisnąć/ w najgorszym wypadku oślinić policzek. Bleh.
Mam pojęcie, bo sama takich zlotów nienawidzę. Mało tego - dość długo ich unikałam. Bez kombinowania - argumentem "nie lubię i już". Aż wymyśliłam, że to do niczego nie prowadzi.
Autorka mówi, że "gdyby była narzeczoną". A co to zmieni? Rodzina będzie inna? Inaczej się będą do niej odnosić? Mniej nudno będzie?
Takie zloty są wpisane w polską tradycję i kulturę większości rodzin. Jeśli autorka będzie ich unikała - dostanie łatkę dziwaka. Taka łatka zacznie przeszkadzać w momencie, kiedy formalnie stanie się częścią rodziny. Wtedy dopiero zobaczy co to znaczy czuć się dziwnie na spotkaniach rodzinnych...
Autorka uniemożliwia sobie poznanie rodziny partnera i nawiązanie z nią więzi. Będzie się chować przez całe ewentualne przyszłe małżeństwo?
Jak już napisałam - nikt jej nie zmusza. Warto jednak świadomie podjąć decyzję i przeanalizować korzyści i straty z tej decyzji płynące.
14 2015-03-01 12:48:23 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2015-03-01 12:48:56)
Autorko, jaCiebie rozumiem.
Osoby, które piszą, że to raz na jakiś czas, Że wypada, że przeciez to rodzina i że jesteś dziwakiem nie mają tak naprawdę pojęcia, na czym polega Twój problem i jak ciężko możebyć spędzić kilka godzin w tłumie obcych osób, gdzie każdy będzie chciał ci podać rękę/uścisnąć/ w najgorszym wypadku oślinić policzek. Bleh.
Skąd wnosisz, ŻE osoby, które piszą INACZEJ niż Ty, nie wiedzą nic na przedmiotowy temat?
To ignorancja, wiesz?
Możę przeciwnie - "przerobiły" temat i... wyciągnęły wnioski (niekonieczne tożsame z twoimi)
Jak Vinnga zauważa: polityka strusia (uników) DONIKĄD nie prowadzi... prócz takich manipulacji jakie opisałaś.
Albo stajemy się częścią jakiejś społeczności (w tym wypadku rodziny) w drzodze własnej nad tym pracy, albo się alienujemy... Wtedy nie da się uniknąć TEGO, czego chce uniknąć autorka - łatki dziwaka (i pozycji outsidera w gronie rodziny).
15 2015-03-01 13:47:00 Ostatnio edytowany przez Ślimaczyca (2015-03-01 13:49:04)
Ślimaczyca napisał/a:Osoby, które piszą, że to raz na jakiś czas, Że wypada, że przeciez to rodzina i że jesteś dziwakiem nie mają tak naprawdę pojęcia, na czym polega Twój problem i jak ciężko możebyć spędzić kilka godzin w tłumie obcych osób, gdzie każdy będzie chciał ci podać rękę/uścisnąć/ w najgorszym wypadku oślinić policzek. Bleh.
Mam pojęcie, bo sama takich zlotów nienawidzę. Mało tego - dość długo ich unikałam. Bez kombinowania - argumentem "nie lubię i już". Aż wymyśliłam, że to do niczego nie prowadzi.
Autorka mówi, że "gdyby była narzeczoną". A co to zmieni? Rodzina będzie inna? Inaczej się będą do niej odnosić? Mniej nudno będzie?
Takie zloty są wpisane w polską tradycję i kulturę większości rodzin. Jeśli autorka będzie ich unikała - dostanie łatkę dziwaka. Taka łatka zacznie przeszkadzać w momencie, kiedy formalnie stanie się częścią rodziny. Wtedy dopiero zobaczy co to znaczy czuć się dziwnie na spotkaniach rodzinnych...
Autorka uniemożliwia sobie poznanie rodziny partnera i nawiązanie z nią więzi. Będzie się chować przez całe ewentualne przyszłe małżeństwo?Jak już napisałam - nikt jej nie zmusza. Warto jednak świadomie podjąć decyzję i przeanalizować korzyści i straty z tej decyzji płynące.
1. Po co kultywować tradycje, których się nie lubi i uważa za nudne/męczące/niepotrzebne? Bo wypada?
2. No tak, bo najważniejsze jest to, co inni pomyślą a nie daj boże powiedzą.
3. Też czułabym się nieswojo na spotkaniu rodzinnym rodziny mojego chłopaka, bo przed ślubem nie jestem rodziną nawet na papierku, chyba, że poznałaby, tę rodzinęwcześniej, nie na ogromnym zlocie, ale gdziej przy okazji i byśmy się polubili. Wrzucanie obcej osoby w duże, znające się towarzystwo jest dla niektórych szalenie stresujące.
@Anhedonia, to nie ignorancja, po prostu widać na pierwszy rzut oka, że częsć osób tutaj nie miała tego problemu w takim stopniu jak autorka. Ona nie uważa, że spotkania są nudne, tylko czuje emocje, które prowadzą do niemocy. To coś dużo głębszego niż zwykła nuda, czy ciotka, której się nie lubi. Jeśli ktoś ma podobnie, od razu to zauważy i nie napisze: no coś ty, raz do roku nie rób scen, nie bądź egoistyczna, bo to zupełnie nie to.
I to co napisalam wcześniej: zdanie innych i akceptacja wszystkich ciotek i kuzynów na pierwszym miejscu ![]()
1. Po co kultywować tradycje, których się nie lubi i uważa za nudne/męczące/niepotrzebne? Bo wypada?
2. No tak, bo najważniejsze jest to, co inni pomyślą a nie daj boże powiedzą.
3. Też czułabym się nieswojo na spotkaniu rodzinnym rodziny mojego chłopaka, bo przed ślubem nie jestem rodziną nawet na papierku.
(...)
I to co napisałam wcześniej: zdanie innych i akceptacja wszystkich ciotek i kuzynów na pierwszym miejscu
Tyle, że zazwyczaj nie chodzi o zdanie ciotek i kuzynów ale o zdanie partnera - tego, z którym planuje się wspólne życie.
Czy on się czuje komfortowo w sytuacji, kiedy na takich spotkaniach jest sam?
Czy lubi tłumaczyć nieobecność swojej dziewczyny na tego typu spotkaniach?
Czy dla niego ta tradycja jest ważna i wartościowa?
Czy zamierza żyć w oderwaniu od reszty rodziny?
Czy w rodzinie założonej przez siebie nie zamierza organizować żadnych spotkań rodzinnych?
Ślimaczyco, nikogo nie namawiam na uczestnictwo w rodzinnych zlotach po półrocznej znajomości. Ale 3 lata, fakt, że zna się jego rodziców i część rodziny - jednak do czegoś zobowiązują. Bez względu na to, czy się ma papierek, czy nie. Chyba, że dana rodzina uważa, że osoby bez papierka nie mają wstępu - ale tu raczej nie mamy do czynienia z taką sytuacją.
Na Twoje pytania, vinnga, może odpowiedzieć tylko autorka wątku
jeśli chodzi o mnie, miałam tyle szczęścia, że udalo mi się znaleźć chłopaka o podobnym stosunku do tradycji i rodzinnych spotkań.
Wymyślanie sobie planów na ten dzień? To jest rada? Do końca życie Autorka ma tak się zachowywać? Przecież to jest dziecinne. Też nie przepadam za spędami rodzinnymi mojego narzeczonego, których ludzi tam nie bardzo znam, a oni okazują mi sztuczne zainteresowanie. Wszystko ma aurę lekkiej fałszywości. Ale co mam zrobić? Czasem chodzę, czasem nie. Chcę wspierać mojego partnera. Wiem, że nikt mnie tam nie pobije jak coś to jedynie wkurzy...Ale takie jest życie. Trzeba nauczyć się sobie radzić z niewygodnymi sytuacjami. One nas umacniają. Jak będziesz się teraz chować to będziesz się chować przez całe życie.
@Anhedonia, to nie ignorancja, po prostu widać na pierwszy rzut oka, że częsć osób tutaj nie miała tego problemu w takim stopniu jak autorka. Ona nie uważa, że spotkania są nudne, tylko czuje emocje, które prowadzą do niemocy. To coś dużo głębszego niż zwykła nuda (...)
I to co napisalam wcześniej: zdanie innych i akceptacja wszystkich ciotek i kuzynów na pierwszym miejscu
Ok. Nie ignorancja.
W takim razie "zamiatanie sprawy pod dywan"
BO nie da się przejść przez życie WCIĄŻ robiąc uniki... to "zagonienie się w kozi róg".
A podejmując decyzję o związaniu się bierzemy na siebie pewne konsekwencje tego czynu (opisane przez Vinngę) i NIE DA się tego przeskoczyć bo własne ego tupie nóżkami. Źle to wróży. Nie ciotkom ni wujkom a ICH wspólnej przyszłości ![]()
Zupełnie nie rozumiem, po co utrudniacie sobie życie biorąc udział w czymś, czego nie lubicie.
Jawaisen, sama napisałaś, że takie spotkania trącą fałszem, po co się w to bawisz? Widzisz, ja nie potrafię się fałszywie uśmiechać i udawać zainteresowania dłużej niż kilka minut. Nie mam też zamiaru zmieniać tego i robić z siebie męczennicy dla mojego partnera, dlatego uważam, że trzeba szukać kogoś o podobnych priorytetach i podejściu do tak istotnych kwestii jak praca, rodzina wiara, itd.
Zupełnie nie rozumiem, po co utrudniacie sobie życie biorąc udział w czymś, czego nie lubicie.
Dla dobra związku?
Gdybym unikała wszystkiego, czego nie lubię to w zasadzie niewiele więcej bym robiła w życiu oprócz siedzenia na netkobietach...
22 2015-03-01 16:32:49 Ostatnio edytowany przez kejter (2015-03-01 16:40:11)
Sama sobie odpowiedziałaś na pytanie.
"jak facetowi to wytłumaczyć, żeby nie wyjść na jakiegoś dziwaka ale jakoś nie potrafię się przełamać."
Powiedz mu to, co nam-
"jestem tylko jego dziewczyną a to jest rodzinne spotkanie i czułabym się tam jak piąte koło u wozu. Jakbym przynajmniej była jego narzeczoną to już inaczej."
Ja bym na Twoim miejscu się cieszyła, że facet Cię zaprasza, bo to znaczy, że Cię traktuje poważnie. Serio wolałabyś być wiecznie pomijana przy takich okazjach? Wtedy byś się poczuła jak dziesiąte koło u wozu.
23 2015-03-01 17:11:09 Ostatnio edytowany przez Ślimaczyca (2015-03-01 17:12:00)
Ślimaczyca napisał/a:Zupełnie nie rozumiem, po co utrudniacie sobie życie biorąc udział w czymś, czego nie lubicie.
Dla dobra związku?
Gdybym unikała wszystkiego, czego nie lubię to w zasadzie niewiele więcej bym robiła w życiu oprócz siedzenia na netkobietach...
No to nie ma się czym chwalić. Masz ponad 30 lat i pozwoliłaś sobie znaleźć się w sytuacji, w której jedną z Twoich ulubionych rzeczy jest forum internetowe? Nic dziwnego, że poświęcasz się dla dobra związku, rodziny, mieszkańców bloku, wcześniej rodzeństwa i klasy pewnie też. A gdzie w tym wszystkim jesteś TY? Gdzie TWOJE potrzeby, pragnienia, cele? To TY jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu, dlatego nie warto rezygnować z siebie.
Pewnie myślisz, że jestem egoistką i masz całkowitą rację. Inwestuję w siebie, robię rzeczy które lubię i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że dzięki takiej postawie lubię swoje życie. Lubię swoją pracę, studia, inne zajęcia.
Parafrazując Twoją wypowiedź: gdybym unikała wszystkiego, czego nie lubię, to w zasadzie w moim życiu niewiele by się zmieniło.
Rozumiem bardzo dobrze autorkę wątku. Sama nie znoszę spotkań w gronie rodziny mojego męża- poświęcam się a jakże tylko bardzo dużo mnie to kosztuje. I szczerze mówiąc czasem jestem wściekła, że nie mam odwagi powiedzieć mu, że ich nie znoszę.
Tak się akurat składa, że jestem drugą żoną mojego męża. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie napomknęła, jaka poprzednia była wspaniała. Czasem mam wrażenie, że ona dzieli życie na to jak B. żyła i na to jak już jej nie ma. I chyba nie do końca pogodziła się z jej śmiercią. W tym domu czuję się bardzo nieswojo. Nie przeczę, że pamięć o zmarłych jest ważna, ale niekoniecznie życzę sobie wspominania tego w momencie kiedy ja tam jestem.
Zatem doskonale rozumiem autorkę wątku- ja również nie znoszę spotkań rodzinnych mojego męża. A tego poświęcania mam serdecznie dosyć.
oczywiście tym wspominaniem zajmuje się moja teściowa.
Rozumiem bardzo dobrze autorkę wątku. Sama nie znoszę spotkań w gronie rodziny mojego męża- poświęcam się a jakże tylko bardzo dużo mnie to kosztuje. I szczerze mówiąc czasem jestem wściekła, że nie mam odwagi powiedzieć mu, że ich nie znoszę.
Tak się akurat składa, że jestem drugą żoną mojego męża. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie napomknęła, jaka poprzednia była wspaniała. Czasem mam wrażenie, że ona dzieli życie na to jak B. żyła i na to jak już jej nie ma. I chyba nie do końca pogodziła się z jej śmiercią. W tym domu czuję się bardzo nieswojo. Nie przeczę, że pamięć o zmarłych jest ważna, ale niekoniecznie życzę sobie wspominania tego w momencie kiedy ja tam jestem.
Zatem doskonale rozumiem autorkę wątku- ja również nie znoszę spotkań rodzinnych mojego męża. A tego poświęcania mam serdecznie dosyć.
Ślimaczyco, to nie jest wątek o mnie
Tak, mam ponad 30 lat i jedną z moich ulubionych rzeczy jest forum internetowe. I co z tego? Mój wybór, moje życie, moje konsekwencje tego wyboru. Nie mam z tym problemu.
Nie cierpię załatwiać jakichkolwiek spraw urzędowych i formalnych ( w tym wywiadówek).
Nie cierpię korzystać z pomocy lekarskiej.
Nie lubię spotkań z ludźmi, z którymi nie znajduję wspólnego języka.
Nie znoszę rodzinnych imprez.
Nie lubię sprzątać.
Nie lubię obcych dzieci.
Nie lubię rozmawiać przez telefon.
Mam dziecko, faceta i własną działalność. To również były moje wybory. Priorytetowe. W związku z tymi wyborami wykonuję wszystkie rzeczy z powyższej listy, których nie lubię/nie znoszę. To nie jest poświęcenie. To konsekwencja wyborów w sprawach dla mnie ważniejszych.
Ok, vinnga, zdanie: "Gdybym unikała wszystkiego, czego nie lubię to w zasadzie niewiele więcej bym robiła w życiu oprócz siedzenia na netkobietach..." Zabrzmiało dla mnie jak: nie lubię swojej pracy, ludzi mnie otaczających, nie mam hobby i w ogóle, gdyby była możliwość, to bym tylko w internecie całymi dniami siedziała, a niestety takich osób też jest co niemiara!
Tak jest, zaczekajmy na autorkę ![]()
w tym roku u niego w rodzinie będzie komunia i zapewne mój będzie chciał mnie wziąć ze sobą
Sie przyczepie, jeszcze nie chcial, jeszcze nic nie wiesz, wszystko jest na etapie zapewne, ale juz sobie wkrecasz jak to nie chcesz na ta komunie isc i co powiedziec chlopakowi. A co jesli on jednak nie zechce?
29 2015-03-01 17:33:47 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2015-03-01 17:34:33)
Ślimaczyco, nie zgodzę się z Twoimi wypowiedziami.
Są sytuacje, w których ''moje ja'' najmniej się liczy - jeśli Ty takich sytuacji nie masz, to jesteś egoistką nieprzystosowaną do życia w społeczeństwie.
Co byś zrobiła np. w mojej sytuacji - mój mąż ma brata, brat ma córkę, w maju owa mała ma komunię. Mąż jest chrzestnym. Ja nie przepadam za zlotami rodzinnymi, do tego ogólnie nie jestem zbyt rodzinna. Mam nie pójść i zrobić przykrość a) małej ''komunistce'', b) mężowi, c) szwagrom, d) reszcie rodziny? Czy warto ryzykować pretensje i konflikt, ''bo ja się źle czuję z jego rodziną''? ;-)
Są sytuacje, w których warto ustąpić. Właśnie ze względu na relacje międzyludzkie.
Wielu problemów udałoby się uniknąć, gdyby ludzie zaczęli uwzględniać w życiu fakt, że kobiety różnią się od mężczyzn...
1.To przede wszystkim dla kobiet jest ważne, czy ktoś komuś gdzieś towarzyszy, a jeśli nie to dlaczego, a jeśli tak to też dlaczego.
I postrzegają to jako swoistą deklarację i demonstrację czegoś tam.Przytłaczająca większość facetów na informację, że dziewczyna nie
nie ma ochoty iść z nim ja rodzinną imprezę wzruszy ramionami i na tym sprawa się zamknie.
2.Jak biorę pannę do swojej rodziny, to mój psi obowiązek średnio co minutę kontrolować czy się czuje dobrze i na luzie, a jeśli nie, to
interweniować.
3.W naszej kulturze zobowiązania towarzysko-rodzinne zaczynają się od narzeczeństwa wzwyż.Autorka ma rację- będąc w
randze 'dziewczyny' nie popełnia najmniejszej gafy towarzyskiej i spokojnie może olewać rodzinne imprezy swojego chłopaka.
Ślimaczyca - trącą fałszem i zdaję sobie z tego sprawę ale czasem trzeba przełknąć gorycz i też się uśmiechnąć. Nie chcę stawiać mojego partnera w sytuacji, gdzie ma się za każdym razem tłumaczyć dlaczego mnie nie ma i to nie jest związane z męczeństwem. On czasem także występuje w niedogodnej dla siebie roli kiedy robi coś dla mnie a nie ma ochoty. Na tym polega partnerstwo moim zdaniem.
32 2015-03-01 19:34:12 Ostatnio edytowany przez Ślimaczyca (2015-03-01 19:37:33)
Ślimaczyco, nie zgodzę się z Twoimi wypowiedziami.
Są sytuacje, w których ''moje ja'' najmniej się liczy - jeśli Ty takich sytuacji nie masz, to jesteś egoistką nieprzystosowaną do życia w społeczeństwie.
Co byś zrobiła np. w mojej sytuacji - mój mąż ma brata, brat ma córkę, w maju owa mała ma komunię. Mąż jest chrzestnym. Ja nie przepadam za zlotami rodzinnymi, do tego ogólnie nie jestem zbyt rodzinna. Mam nie pójść i zrobić przykrość a) małej ''komunistce'', b) mężowi, c) szwagrom, d) reszcie rodziny? Czy warto ryzykować pretensje i konflikt, ''bo ja się źle czuję z jego rodziną''? ;-)
Są sytuacje, w których warto ustąpić. Właśnie ze względu na relacje międzyludzkie.
O swoim egoiźmie napisałam kilka postów wyżej. Jeśli nie mam takich problemów i odpowiada mi taka egoistyczna/hedonistyczna postawa, otaczam się podobnymi ludźmi, to dlaczego jest zła? Dla zego brak problemów jest zły? Nie chcę być przystosowana do życia w społeczeństwie, które przyciąga problemy zamiast w prosty sposób ich unikać.
Moje ja liczy się zawsze najbardziej, także w Twoim przypadku. Nie jesteś mniejszą egoistką ode mnie, tylko swój egoizm kierujesz w inną stronę, niż ja. Dlaczego idziesz (bo zakładam, że pójdziesz na komunię) tam? Bo nie chcesz spowodować konfliktu wrodzinie, bo odbije się to na Tobie. Nie chcesz się kłócić z mężem, bo to odbije się na Tobie, swoją ustępliwą postawą ochraniasz swoje ja. Wszyscy jesteśmy egoistami, przykro mi
Co do samej sytuacji- odmówiłabym.
A) "komunistka" (świetne słowo
w ogóle jest słowo określające dziecko pierwszokomunijne?) prawdopodobnie nie zapamięta ani Ciebie, ani nikogo innego. Ile pamiętasz z własnej komunii? Potrafiłabyś wymienić członków rodziny, którzy się nie pojawili, a "powinni"? Ja nie.
B) mężowi- chyba nie od wczoraj się znacie i chyba on wie, że nie jesteś rodzinna i nie lubisz takich spotkań. Odwróć pytanie: czy Twój mąż może sprawiać Ci przykrość czyniąc presję na takie spotkania, choć wie, że źle się na nich czujesz?
C) nie wiem, jakie macie układy. Jeśli idące w stronę mocno przyjacielskich, to pewnie bym jednak poszła, jeśli raczej nijakie, to czemu ma im być przykro? Oczywiście powinnaś swoją nieobecność zgłosić wcześniej, żeby można było skorygować np. Ilosć miejsc, jedzenia itd.
D) reszta rodziny- czy reszta rodziny nie ma co robić w dniu "małej komunistki", tylko zastanawiać się, dlaczego ktoś nie przyszedł?
Teraz wyobraź sobie, że Twoje dziecko ma komunię i żona Twojego meża złasza, ze nie przyjdzie. Czy to naprawdę dla Ciebie problem i powód do "konfliktów rodzinnych"?
Podpisuję się pod postem pitagorasa, a pod pierwszym punktem rękami i nogami ![]()
33 2015-03-01 19:52:50 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2015-03-01 19:53:46)
A) "komunistka" (świetne słowo
w ogóle jest słowo określające dziecko pierwszokomunijne?) prawdopodobnie nie zapamięta ani Ciebie, ani nikogo innego. Ile pamiętasz z własnej komunii? Potrafiłabyś wymienić członków rodziny, którzy się nie pojawili, a "powinni"? Ja nie.
B) mężowi- chyba nie od wczoraj się znacie i chyba on wie, że nie jesteś rodzinna i nie lubisz takich spotkań. Odwróć pytanie: czy Twój mąż może sprawiać Ci przykrość czyniąc presję na takie spotkania, choć wie, że źle się na nich czujesz?
C) nie wiem, jakie macie układy. Jeśli idące w stronę mocno przyjacielskich, to pewnie bym jednak poszła, jeśli raczej nijakie, to czemu ma im być przykro? Oczywiście powinnaś swoją nieobecność zgłosić wcześniej, żeby można było skorygować np. Ilosć miejsc, jedzenia itd.
D) reszta rodziny- czy reszta rodziny nie ma co robić w dniu "małej komunistki", tylko zastanawiać się, dlaczego ktoś nie przyszedł?
ad. A) Zapamięta, to bardzo inteligentna dziewczynka, mąż jest chrzestnym, jak wyżej wspomniałam, więc najważniejszą osobą zaraz po rodzicach. Ile pamiętam z własnej komunii? Wszystko.
ad. B) Mąż wie, że nie przepadam za takimi imprezami, co więcej, sam też ich nie lubi. Ale tu chodzi o jego chrześnicę i bratanicę w jednym, którą uwielbia i idzie tam dla niej. Dlatego też ja zrobię to dla niego i tam pójdę. On zrobiłby to samo dla mnie, zresztą były już takie sytuacje, np. Boże Narodzenie u moich dziadków.
ad. C) Układy mamy po prostu rodzinne. Spotykamy się praktycznie codziennie (pracujemy wszyscy w jednej, rodzinnej firmie). Czy się lubimy - nie wiem, ale na pewno się szanujemy.
ad. D) Właśnie to jest taka rodzina z tradycjami, wszyscy są ze sobą b. blisko. Każdy każdego zna i o każdego się troszczy. Dlatego moja nieobecność uderzyłaby wszystkich.
I tu nie chodzi o strach przed konfliktem. Nie chcę po prostu nikogo zasmucić swoją postawą. To tylko parę godzin, jedno popołudnie. Nic mi się przecież od tego nie stanie.
P.S Nie, dla mnie to nie byłby problem, bo wyznaję inne wartości. Co nie oznacza, że wszyscy myślą tak, jak ja.
Tutaj wyżej Pani jest w związku małżeńskim więc to już w ogólne jest wyższy stopień wtajemniczenia i myślę, że nie ma sensu dyskutować.
Mimo, że nie jestem żoną to nie wyobrażam sobie, że mój partner (na którego zawsze mogę liczyć) powiedzmy w sytuacji gdy ślub bierze moja siostra nagle mi mówi "Sorry,nie lubię twojej rodzinki idziesz sama". No kurde...W takiej sytuacji nie dla mojej rodzinki tam idzie tylko dla mnie to oczywiste.
Nie przejmuj się tym, że jesteś "tylko dziewczyną" a nie co najmniej narzeczoną mimo tych 3 lat. Ja mam to samo mimo stażu 8 lat i jak bym chciała z tego powodu czuć się gorsza przed rodziną lubego to już dawno z byle powodu i byle uwagi jaką ktoś powie zapadłabym się pod ziemię. Przykład - ktoś zwraca się do mnie, że no ty to masz fajną teściową na co kuzyn mojego odpowiada przy 10 innych ludziach głośno dobitnie i z satysfakcją, że najpierw to ona by musiała byc tą teściową a na to się nie zanosi. Trzeba się umieć odgryźć za wszystko w odpowiednim momencie a jak Cię lubią to czego się obawiasz. Nawet jak jesteś nieśmiała i nie masz żadnego tematu to jak raz za jakis czas pojedziesz i zaznaczysz swoją obecność nawet nie odzywając się zbyt wiele to bedzie to jak najbardziej na miejscu - milczenie bywa złotem a ci co za dużo mówią czasem są odbierani jeszcze gorzej - przykład z wzięty prosto z życia bliskiej mi osoby. A jak Cie lubią to już tym bardziej. Mówisz, że źle się czujesz siedząc i milcząc - pomysl że inni wcale nie muszą odbierać Cie z tego powodu źle. Poważni ludzie rozumieją, że są różne temperamenty. Nie musisz udawać kogoś kim nie jesteś a nawet nie powinnaś tego robić. Wykręcając się ciągle od spotkania możesz dopiero pogorszyć opinie o sobie, czasem trzeba zachować trochę pozorów.
Tutaj wyżej Pani jest w związku małżeńskim więc to już w ogólne jest wyższy stopień wtajemniczenia i myślę, że nie ma sensu dyskutować.
Mimo, że nie jestem żoną to nie wyobrażam sobie, że mój partner (na którego zawsze mogę liczyć) powiedzmy w sytuacji gdy ślub bierze moja siostra nagle mi mówi "Sorry,nie lubię twojej rodzinki idziesz sama". No kurde...W takiej sytuacji nie dla mojej rodzinki tam idzie tylko dla mnie to oczywiste.
Nie zawsze byłam żoną, ale jakoś... też sobie tego nie wyobrażam. I nie wyobrażałam.
Bardzo dobrze rozumiem Twój problem, ponieważ też nie jestem rodzinną duszą. Raczej trudno mnie nazwać nieśmiałą, dużo nawijam, ale wśród osób, przy których czuję się swobodnie. Rodzina mojego faceta jest tradycyjna, często mają jakieś "zloty rodzinne". Moja nie.
To nie jest tak, że nich nie lubię, wręcz przeciwnie. Chłopak jest starszy ode mnie 4 lata,a z rodziny najmłodszy. Zarówno jego rodzeństwo, jak i kuzynostwo to są ludzie 30+. Żeby nie było- jasne, że to są młodzi, ale nie ukrywajmy- jesteśmy na różnych etapach życiowych. Oni mają już ugruntowaną pozycję zawodową, rodziny. Ja jeszcze jestem studentką coś tam sobie dorabiającą. W dodatku jestem raczej nieufną osoba i do innych podchodzę trochę z dystansem. Jasne, że zawsze można coś pogadać na jakieś neutralne tematy, ale najnormalniej w świecie lepiej się czuję w gronie osób w wieku bardziej zbliżonym do niego.
Co do imprez rodzinnych. Pamiętam pierwszą, na którą mnie facet wyciągnął. Wtedy nawet długo się nie spotykaliśmy, a on mnie rzucił na głęboką wodę. Przynajmniej z 10 osób poznałam naraz. Oczywiście, byłam "gwoździem" programu mimo,iż wcale na to nie miałam ochoty. Każdy przecież chciał mnie "poznać", choćby z ciekawości. Co więcej, próbowałam się wykręcić z tej imprezy, ale chłopak wszystkim już powiedział, że będę i cóż zrobić? Ano, przeżyłam. Teraz mnie te imprezy już tak nie ruszają. Nie powiem, że je ubóstwiam, ale wiem, że facetowi zależy na tym, żebym z nim poszła. Tak, nieraz to usłyszałam z jego ust. On też często robi dla mnie coś, na co nie ma ochoty tudzież idzie gdzieś, gdzie sam by nie poszedł, gdyby to od niego zależało.
Tak, całe życie się czegoś uczę. Choćby tego, że w związku trzeba szukać kompromisu. Raz na czas można przesiedzieć te kilka godzin i nawet się przenudzić. Jeżeli chcesz z tym facetem życie wiązać, to musisz sobie uzmysłowić, że bierzesz go z także w pakiecie z rodziną. Zdarzyło się, że nie przyszłam, nawet nie na jakąś wielką imprezę rodzinną, ale taką zwykłą popijawę rodzinną i już mój chłopak był zasypywany pytaniami typu "dlaczego x nie przyszła, może nas nie lubi bla bla". Tutaj też znowu ten "konflikt pokoleń" się pojawiał, bo nie każdy "wół pamięta, jak cielęciem był" i ciężko mu zrozumieć, że nie mam ochoty chlać w weekend, gdy jestem w środku sesji i za dwa dni mam poważny egzamin. Wiadomo, że wszystkich się nie da zadowolić i wcale nie mam takiego zamiaru. Trzeba do wszystkiego podchodzić z dystansem.
Myślę, że jednak trzeba docenić to, że ktoś bierze Cię pod uwagę i jesteś zapraszana. Szczególne, jeśli jest to jakaś ważna dla rodziny uroczystość. Fajnie byś się czuła, gdybyś była traktowana przez rodzinę chłopaka jak powietrze? Nie sądzę. Tak samo mnie "teściowa" na święta zaprosiła. Nawet by mi nie przyszło przez myśl odmówić. Pomijając fakt, że było bardzo przyjemnie, to taka odmowa zostałaby na pewno nie najlepiej przyjęta.
Jak już pisałam- jeśli wiążesz ze swoim facetem przyszłość, to kiedyś i tak wejdziesz w rodzinę. Nie da się ich wiecznie unikać. Chociażby na ślubie Cię dopadną. ![]()
Poniekąd rozumiem Twoje opory... Ale mogą oznaczać że nie traktujesz tego dość poważnie. Po niecałym roku "chodzenia" z chłopakiem dostałam zaproszenie na komunie jego brata i na ten moment uznałam że to uroczystość zbyt rodzinna żebym ja się już tam pojawiła tym bardziej że słowa zaproszenia były od niego nie rodziców i na drugi dzien miałam maturę więc się jakoś wymiksowałam motywując głównie pierwszym powodem. Teraz jestem w innym związku, dużo dłuższym poważńiejszym, nie miałabym oporów przed tego typu spotkaniem. Myślę że Twoja decyzja w tym wypadku jest raczej podyktowana że może w głębi serca nie czujesz poważnej relacji i nie chcesz się angażować w rodzinne stosunki, bo jednak po 3 latach nie było by to nietaktowne pójść.