Jestem kilka lat po 30 urodzinach. Mam partnera, z którym jestem ok. 3lat. Mieszkamy razem już jakiś czas. Nie jesteśmy małżeństwem i nie mamy dzieci. Opiekujemy się wspólnie adoptowanym psiakiem, którego bardzo kochamy.
Wiem, że partner mnie nie kocha i nie pociągam go fizycznie. Przestałam go interesować jako kobieta. Głównymi jego pasjami są praca i spędzenie wolnego czasu na graniu w gry komp. Zachowuje się wobec mnie jak kolega - współlokator. Wypełnia swoje domowe obowiązki, opiekuje się psem itd... Jesteśmy jak dwie osoby mieszkające razem, ale kompletnie sobie obce.
Myślę że chętnie rozstałby się ze mną, ale musiałby wówczas wrócić do rodziców (mieszka u mnie). Poza tym sam kiedyś stwierdził że nie chciałoby się mu już nikogo szukać. Jest jak jest. Jemu z tym dobrze.
Ja mam dylemat...
Nie jestem już nastolatką, mam swoje lata i kilka kompletnie nieudanych związków za sobą. Kocham obecnego partnera, ale brak odwzajemnionych uczuć powoli gasi moją miłość do niego. Po pracy (oboje pracujemy) on zawsze wraca do domu, a ja czasem mam zajęcia dodatkowe. Uczęszczam na lekcje języka obcego, kursy itp. Gdyby nie on, nie mogłabym tego robić, bo musiałabym jechać prosto do domu zająć się zwierzakiem (nie zgodzę się aby siedział sam w domu ponad 8h, wzięłam go pod opiekę i ponoszę odpowiedzialność za niego).
Mam dylemat....
Zostać z partnerem z wygody czy rozstać się i tym samym zrezygnować z rozwoju, zajęć dodatkowych, szansy wręcz na lepszą pracę? Wiem, że on czeka na moją decyzję. Sam mnie raczej nie zostawi. Mnie coraz ciężej w takim układzie, ale nie dam rady sobie sama. Finansowo będzie mi ciężko utrzymać dom i zapewnić opiekę psu... Poza tym musiałabym zrezygnować z wszystkiego co robię po pracy.
Jak Wy to widzicie?