Od czego tu zacząć.. OK, może najpierw od tego, że pokrótce całą historię postaram się opisać jak najbardziej obiektywnie... Postaram się...
Poznałem ją przypadkowo. Jest starsza 6 lat. Ja 20, Ona 26... To był listopad 2013... Była moderatorką pewnego forum dot. pewnego schorzenia... Ja też tam pisywałem... Przyszła odwiedzić mnie w szpitalu, jak leżałem po zabiegu. Kolejny raz spotkaliśmy się w marcu 2014... Byłem na kontroli. Przyszła, pogadaliśmy dwie godziny...
Napisałem do Niej w lipcu 2014, zaczęliśmy zarywać noce na Skype... Zaprosiła mnie do siebie... Siedzieliśmy na ławce, sami - przytuliła się... Ja się zakochałem, wtedy się zakochałem... Powiedziałem jej o tym, nie oczekiwała tego... Prywatnie zdradziła komuś, że niepotrzebnie mnie zapraszała, bo się zakochałem... Mimo tego ciągle byliśmy dzień w dzień na skype, na SMS... Kochałem ją bardzo, w końcu zacząłem lekko oszukiwać, że kocham ją jak przyjaciółkę - nie chciałem, by przestraszyła się mojego uczucia i nie uciekła...
Nie uciekła: miała i ma swoje problemy, wspierałem ją dzień w dzień. Byłem dla niej codziennie. Pojechałem dla niej 400 km w jedną stronę by się spotkać... Samochodem, nie patrząc na koszta.. Stwierdziła, że gdybym tylko był lekko starszy... Ja ciągle mówiłem o uczuciu jak do przyjaciółki, że kocham ją jak córkę... W istocie kochałem ją jak kobietę, jak partnerkę... Wspierałem ją, dzień w dzień dla niej byłem... Ona też była, też się kontaktowała.. Widać było, że przyzwyczaiła się do mnie... Codzienny kontakt był normą..Ona zniechęcała mnie do siebie dzień w dzień, że nie mam jej kochać, bo będę cierpiał, bo Ona jest trudna, bo ma problemy, że zniechęca po to, abym był świadomy, w co się pakuje.... Walczyła ze mną, z moim uczuciem... Poza tym rozmawiała, ja ją wspierałem, rozmawialiśmy - byliśmy...
W końcu coś pękło: stwierdziła, że przecież kocham ją jak partnerkę i oswoiła się z tym... A poza tym, Ona zaczęła coś czuć do mnie tylko jej własne problemy (jest borderline, DDA i ma chorobę dwubiegunową) nie pozwalają jej zidentyfikować tych uczuć... Czy mnie kocha... Powiedziała, że robiła wszystko, by się do mnie nie przywiązać... Że zniechęcała mnie na każdym kroku i widzi mój opór: że Ona się poddaje i nie walczy ze mną: że akceptuje moje uczucie i będzie się starała rozwijać swoje, tylko na razie nie wie co to za uczucie... Czy miłosne, czy niemiłosne...
Przyjechała w listopadzie na cały weekend... To było nie do uwierzenia, że ukruszyłem tak potężny mur... Spaliśmy ze sobą, było wszystko poza stosunkiem... Nie naciskałem... Przecież i tak sporo osiągnąłem: przyjechała, dla mnie!... i skoro pozwalała się rozbierać, całować, to faktycznie coś do mnie czuje.... W trakcie tego wszystkiego pytałem, czy w porządku, czy nie za szybko.. Stwierdziła, że nie, ze wszystko OK... Wyjechała. Krótko potem stwierdziła, że nie żałuje, ale że to dla niej było za wcześnie... że miała wyrzuty sumienia, że poszła ze mną do łóżka. Że chce zwolnić... To był jak cios w serce... Przecież tak się starałem, tak uwierzyłem, że ona coś do mnie ma, a teraz mówi takie rzeczy?
Nie określała się, kiedy przyjedzie znowu, ani kiedy ja mam wpaść do niej... Miała dużo pracy... Czasem nie odbierała telefonów, nie odpisywała - mówiła, wiarygodnie, że pracuje, że nie może i spokojnie: zadzwoni potem/wieczorem. Tu dałem plamę... Zawsze ją opieprzałem, że tak się nie robi, że nie mówi się że sie zadzwoni a potem się zapomni/nie da znać... Nie wyzywałem jej przy tym, zwracałem dość konkretnie uwagę, zaznaczałem moje prośby i moje granice. Że nie można tak robić drugiemu człowiekowi, trzeba o nim pamiętać... Wkrótce stwierdziła, że jestem zazdrosny, że ją sprawdzam, testuje... Fakt: czasem jej nie wierzyłem, że była w domu o tej i o tamtej godzinie, a przecież autobus wtedy nie kursował - ja głupi sprawdziłem to raz w internecie... Powiedziała, że to nie do końca wiarygodne, rozkłady bywają nocą różne... Znowu wtopiłem.. znowu jej zwróciłem uwagę...
Na początku stycznia 2015 stwierdziła, że powtórzyłaby to wszystko, co wydarzyło się w listopadzie. Że przemyślała i jest tego pewna... Ucieszyłem się: skoro powtórzyłaby takie rzeczy, to faktycznie musi być pewna swojego uczucia. Byłem bardzo uradowany.
Odnośnie sylwestra mówiła, że spędza go w domu, zawsze.. Sama.. Śpi. Taka jej tradycja. Uwierzyłem. Zadzwoniłem o 12:00 31 grudnia by złożyć życzenia. Mówiła, że jest nad morzem i jest cudownie: skoczyła z bratem, swoją najbliższą przyjaciółką i chłopakiem tej przyjaciółki. A że kocha morze, zrobiła to: spontan, zupełny spontan...
Lekko się obraziłem, chciałem z nią spędzić sylwestra... Powiedziała, że nie wie, że to było dla mnie takie ważne i że przeprasza... Stwierdziłem, że mnie nie potrzebuje, że widocznie nie jestem ważny... Więc usunę się z jej życia, nie będę ciężarem: zaproponowała, abym natychmiast przyjechał do niej, by mi wyjaśniła jak sprawy stoją, bo nie chcę, abym nie odebrał od niej już nigdy telefonu. 10 stycznia przyjechałem: powiedziała, że chce ze mną być. Tylko jeszcze nie teraz: że potrzebuje czasu.. Pół roku-rok.... Czas, proszę Cię o czas - tak mówiła...
Nie uwierzyłem... Codziennie dopytywałem, czy faktycznie się nie przesłyszałem, czy chce ze mną być? Zapierała się, że tak.. Mówiłem: nie wiesz co do mnie czujesz, więc jak możesz chcieć ze mną być? -To fakt, że nie wiem co czuje, ale chce, abyś mnie kochał... Więc to możliwe, byś był ze mną pomimo mojej niewiedzy odnośnie moich uczuć... - odpowiadała.
-Ale przecież żałujesz tych nocy które się wydarzyły...
-Nie żałuję...
-ale przecież traktujesz mnie tylko jak przyjaciela...
-czy przyjacielowi pozwala się na takie rzeczy w łóżku...?
-skoro pozwalasz, to czujesz... to bądźmy razem i bedzie wszystko OK
-potrzebuje czasu...
I tak wyglądały dialogi między nami przez następny tydzień... Zaczęła krzyczeć, że dopytuje o to codziennie: a ja dopytywałem, bo na przykład całowała się ze mną, ale robiła to niechętnie: mówiła, że ona za tym nie przepada.... W łóżku to ja działałem, ona tylko leżała.. Nic od siebie.. Stwierdziłem, że w takim razie chyba słabo do mnie czuje, skoro tak jest... Mówiła, że to problem w jej głowie... że kiedyś postara sobie z tym poradzić.
Dopytywałem tak przez tydzień i zaczęła na mnie krzyczeć: że traci cierpliwość, że nie chce już mi odpowiadać. A ja potrzebowałem by powtarzała, bym uwierzył w to, że nie zmienia zdania, że to trwałe, stałe i faktycznie tak jest. Jednego dnia po tym tygodniu tak się pokłóciliśmy, że wyrzuciłem jej wszystko: że nie respektuje moich potrzeb, że nie chce się ze mną widzieć nawet choć raz w miesiącu, bo bardzo tego potrzebowałem (zawsze mówiła, że nie może, że nie czuje się na siłach i możemy się widywać, ale raz na 2 miesiące: to bardzo mało przecież....). Potrzebowałem, a nie dostałem tego... Wszystko było pod jej dyktando... Akceptowałem i respektowałem każdą jej regułę, decyzję....
Po zaledwie tygodniu stwierdziła (a tylko dopytywałem o to co wyżej!), że nie chce się ze mną spotykać, że zmienia zdanie: nie chce ze mną być. chce być na razie sama, musi poukładać swoje sprawy... Że nie może mi dać tego czego ja potrzebuje więc nie może być na razie ze mną. I nie chce być na razie razem... Powiedziała, bez wyrzutu, że każdej nocy żałowała, że ze mną leży, że miała wyrzuty sumienia, że będąc niepewną swoich uczuć szła ze mną do łóżka.. Ze to niesprawiedliwe wobec mnie. Poczułem się strasznie oszukany, poczułem okropny żal... Prosiłem, by wrócić do tego co było w listopadzie: do spotykań, do rozwijania swoich uczuć... Prosiłem, błagałem o to... Oferowałem setki rozwiązań. Nigdy jej nie obraziłem... Szukałem rozwiązań.. Stwierdziła, że ostatecznie nie może mi dać tego czego ja chce i czego potrzebuje: po zaledwie tygodniu zmieniła zdanie o 180 stopni!
Czułem się okropnie... Jak ścierwo... Dzwoniłem i prosiłem, by mnie pocieszała, że potrzebuje tego pocieszenia. Była szorstka. Kopała mnie leżącego... Mówiła, że to nieodwzajemniona miłość, że na razie jestem tylko przyjacielem... i że mnie wcale nie potrzebuję. Mówiła, że mam się zachowywać jak dorosły a nie jak dzieciak, bo ma dość niańczenia dzieciaków i ona nie ma wpływu na to jak ja się czuję.
Jasne, że stwierdzenie i zmiana zdania po zaledwie tygodniu(!) - z chce z Tobą być na "nie chcę" nie mogła mieć na mnie wpływu.. I reszta słów bardzo krzywdzących też.... Przecież jestem ze skały i na taką wieść miałem skakać z radości. Akurat....
Kilka dni potem stwierdziłem, OK: zachowujesz się wobec mnie tak szorstko, że faktycznie musiało Ci przestać na mnie zależeć.. Więc odchodzę, bo nie widzę sensu kontynuacji.. Że jest mi trudno, ciężko.... Zablokowałem ją... Popłakała się, błagała, abym został: mówiła, że jak dam jej tylko trochę czasu, to będziemy razem (znowu zmiana zdania!), że ona ma na to nadzieję... Że jestem dla niej bardzo ważny, że ona potrzebuje mnie bardzo, że chce dzwonić, rozmawiać codziennie... Że nie wie czy mnie kocha, ale wkrótce się dowie (parę dni temu stwierdziła, że to nieodwzajemniona miłość!) Przyjąłem to... Powiedziałem, OK, zrobiło mi się żal: skoro tak mówi, to cholera: jej uczucia muszą być prawdziwe.... Skoro w obliczu takiej sytuacji mówi takie rzeczy, to zostaję, przepraszam: ciągniemy to dalej.
8 godzin później słyszę: musimy się rozejść na chwilę, proszę o przerwę, nie odzywajmy się do siebie na razie. Zarzuciła mi szantaż emocjonalny: że szantażuje ją odejściem, by wymóc na niej uczucia.... Powiedziałem, że czułem się fatalnie, że chciałem odejść bo nie widziałem sensu... że skoro to nieodwzajemniona miłość i skoro mnie potrzebujesz, to odejdę, nie będę cięzarem...
Nic już na niej nie robi wrażenia... Chciałem odejść, bo może tutaj by w końcu zastanowiła się nad tym co mówi, co czuje, jak się zachowuje niewłaściwie względem mnie.... Zmienia ciągle zdania, zmienia nastawienie z dnia na dzień... Czy to nie dziwne, że dopytywałem, skoro tak zmieniała non stop zdanie...? Oczekiwałem stabilności, pewności w tym co mówię: że cholera, chce z Tobą być, spotykajmy się i ciągnijmy to w dobrą stronę! A tu ciągle zmiany zdania... robienie ze mnie idioty.... A mnie chodziło i chodzi tylko o jedno: choć jest zaburzona, trudna, to chcę z nią być!
W tej relacji nigdy nie było tak, że poszła na moje potrzeby, na moje prośby... Nie spełniała ich nigdy: bo nie miała siły albo standardowa odpowiedź: "nie mogę teraz".
Powiedziałem wczoraj, po tym jak zmieniła po kilku godzinach stanowisko o 180 stopni, że czuję się fatalnie, boli mnie żołądek, głowa, wszystko... że znowu czuje się oszukany... Stwierdziła, że muszę zacząć żyć sam ze sobą, nie uzależniać swojego nastroju od niej(!), że sami decydujemy o tym, czy czujemy się też dobrze czy też nie i ona nie ma na to wpływu...(!)
Normalnie jakbym miał do czynienia z dwiema osobami w jednej postaci: aniołem i demonem. Raz jest dobrze, raz jest bardzo źle... Gdy już się czuje, że jest się na górze, że idzie wszystko w dobrym kierunku, to ona zmienia zdanie i zamiast przyjść szczyt: przychodzi głęboki dół. Istny rollercoaster! Sinusoida: rzeczy idą ku lepszemu po to, by potem zaliczyć efektowny upadek. Efektowne BUM. zawsze proponowałem jej sporo rozwiązań, ustępstw.. akceptowałem wszystko co mówiła... każdą jej decyzję... Po to, zeby teraz znowu przystać na jej decyzję o przerwie w tej relacji. Nigdy nie poszła i nie zgodziła się na moje prośby: na ani jedną.... Zawsze postawiła na swoim... Cholera... Najgorsze jest chyba to, że mimo moich zwracań uwagi, próśb, mówienia (bardzo wyważonym i spokojnym tonem) co mi się nie podoba, że jest rollercoaster i jest ciężko: stwierdzała: "no cóż! taka jestem! to Ty zdecydowałeś się mnie pokochać i wiedziałeś w co się pakujesz, jeśli masz z tym problem, poszukaj sobie kogoś innego. (!)"
Nigdy nie prawiła mi komplementów - przez całe 9 miesięcy intensywnej relacji chyba tylko dwa razy powiedziała "dziękuję że jesteś" - i to jeszcze po moich narzekaniach, że mnie nie docenia.. Nienormalne! Ludzie muszą się doceniać, mówić sobie miłe rzeczy... Dziekować za siebie... Ona powiedziała: "taka jestem! nic nie zrobię..." Kurde: doceniałem ją na każdym kroku, pocieszałem zawsze, doceniałem zawsze...
Nie do wytrzymania dla zdrowego człowieka. Nie daję rady... Boli mnie żołądek, drżą mi dłonie, wszędzie mam spięte mięśnie.
Powiedzcie mi, co o tym wszystkim sądzić...
Dziękuję...