Cześć.
Od 2 lat jestem z chłopakiem w związku. Oboje mamy po 21 lat.
Poznaliśmy się przypadkowo, potem się zgadaliśmy i już na 3 spotkaniu całowaliśmy się i ustaliliśmy, że jesteśmy parą (a jeszcze prawie w ogóle się nie znaliśmy, tyle co kilka rozmów). Nigdy nie było takiego ,,wow", żadne z nas nie oszalało na punkcie drugiego - po prostu ,,to co? jesteśmy w związku?" i byliśmy.
Bardzo się różniliśmy. On był trochę sztywny, bardzo porządny, żadnych imprez, zero hobby. Wstawał, szedł do pracy, wracał, jadł obiad, odpoczywał i szedł spać. I tak codziennie. Życie dla życia, trochę nuda.
Natomiast ja miałam mnóstwo zainteresowań, mnóstwo energii do spożytkowania, lubiłam się śmiać z głupot. Bardzo dobrze się uczyłam w szkole, miałam o czym rozmawiać, uwielbiałam dyskusje.
W ciągu tych dwóch lat obydwoje zmieniliśmy się w swoją stronę - on stał się delikatnie luźniejszy i coś tam zaczęło go interesować, a ja... sztywniejsza i bardziej nudna.
W ciągu 2 lat tylko 4 razy spotkaliśmy się z moimi albo jego znajomymi - zwykle chodzimy sami na takie spotkania (ja na swoje, on na swoje). Dla mnie jego znajomi to straszni nudziarze, ciągle by rozmawiali o alkoholu i grach, tylko i wyłącznie. Natomiast ja na ,,swoje" spotkania go nie zabieram, bo on się słowem nie odezwie, będzie tylko siedział i się nudził, a ja denerwować.
Nie byliśmy też nigdy na żadnej wspólnej imprezie, nie byliśmy razem na rowerze, łyżwach, rolkach, na siłowni. Biegaliśmy razem RAZ, ale on woli monotonnie, a ja interwałowo, więc i z tego zrezygnowaliśmy.
Nasze wspólne spędzanie czasu to oglądanie filmu w domu, granie w gry na kompie/planszowe i spacer. I rozmowa na temat tego co ja dzisiaj robiłam, co on dzisiaj robił i co się dzisiaj wydarzyło na świecie. Bez dyskusji, bo on nie lubi ze mną dyskutować.
Nie chodzę na imprezy, bo potem widzę, że jemu się wydaje, że wszyscy dookoła mnie podrywali i moje jedno wyjście = jego zły humor przez kolejny tydzień.
Znajomych też nie mam zbyt wielu, bo w tym momencie jestem za sztywna i wydaje mi się, że jak się do kogoś odezwę to patrzy na mnie jak na idiotę. To takie ,,jego" myślenie - mówić tylko wtedy, kiedy ma się coś do powiedzenia (przeszło na mnie). Więc nowych znajomości też nie zawieram.
I co mogę powiedzieć - czuję się samotna w związku. I jest mi strasznie nudno. Nie mam z kim wyjść, bo on na połowę wyjść się nie pisze (na rowerze nie lubi jeździć, śpiewać się wstydzi, gotować nie potrafi). Nie mamy żadnej wspólnej pasji. Nie dość, że ten związek to nie był grom z jasnego nieba, to w dodatku nie jest też moim kompanem.
Ale mimo tego wszystkiego - jednak coś do niego czuję. To nie jest miłość na zabój, ale zależy mi na jego szczęściu, chciałabym, żeby czuł się przy mnie dobrze. On mnie natomiast kocha bardzo, strasznie o mnie dba. Wystarczy, że powiem, że jest mi zimno i nagle wszystkie okna są zamknięte, a ja siedzę otulona kocem w jego ramionach. On jest w stanie zrobić dla naszego związku wszystko. Wszystko. Każda nasza kłótnia dla niego jest bardzo bolesna. A ja nie chcę, żeby go bolało.
Czy widzicie w tym wszystkim jakieś rozwiązanie?