Chciałam prosić o szczerą opinię wszystkich, którzy zdradzili, a mimo to byli obiektem starań swoich bylejących (czyli stających się byłymi) partnerów o kontynuowanie/odbudowę/reaktywację związku. Pytań i wątpliwości mam kilka.
Po pierwsze. Czy pozostając po zdradzie w stanie rozchwiania (a o takim świadczy przewijająca się przez wiele wątków huśtawka pt.: "Sam(a) nie wiem, czego chcę", "Jednak Cię kocham, chcę wrócić", "Oj, jednak nie", "Ojejejejejej! Jednak tak...", "Y... a może nie?") czuliście, że to tylko chwilowe wątpliwości, bo w gruncie rzeczy związek albo był pogrzebany, albo czuliście, że będzie tylko gorszy?
Po drugie (głównie do mężczyzn). Czytając wątki osób (głównie kobiet), które zdecydowały się wybaczyć i budować związek dalej, zwróciłam uwagę, że często cała sytuacja staje się dla tych osób punktem wyjścia do ogromnej pracy nad sobą. Jak się z tym czujecie? Jakie uczucia to w Was budzi? Czy potraficie dać z siebie przynajmniej tyle samo? Czy nie opadacie z sił? Czy nie nachodzą Was refleksje o tym, że oto związek buduje się teraz na innych, bardziej przemyślanych (by nie rzecz: przeintelektualizowanych) podstawach? Czy denerwujecie się na partnerkę, że nie jest już z Wami w ten sam - ufny, niewinny czy pięknie naiwny sposób? A może raczej ujmuje Was, budzi szacunek i tkliwość taka postawa? Czy potraficie przekuć go na miłość?
Po trzecie. Skąd wiecie, jakimi tajemniczymi receptorami wyczuwacie, kiedy ex zaczyna wychodzić z choroby po Was i dlaczego właśnie wtedy lubicie o sobie przypominać?
Po czwarte. Czy nie jest tak, że wrócić chcecie właśnie wtedy, kiedy jest już pozamiatane? Skąd się to w nas, ludziach bierze, że dopóki - po wyrządzonym komuś świństwie - czujemy szóstym zmysłem, że na nas czeka, mamy go w głębszym lub płytszym poważaniu, a gdy jest już szczęśliwy z kimś innym, płaczemy za nim?