Cześć wszystkim.
Ja mam 18 lat, mój partner 22. Nikogo przed sobą nie mieliśmy. Współżyjemy od roku z kawałkiem.
Przejdę do sedna... Na początku się 'napalam', mam na niego ochotę, ale jak już przystępujemy do wszystkiego to jakoś czar pryska. Gra wstępna prawie w ogóle mnie nie podnieca (oprócz całowania po uszach, ale nie robi tego za często, z resztą po jakimś czasie mnie to drażni), i często z tego powodu nie trwa zbyt długo, a najczęściej po prostu ją pomijamy (poza kilkoma pocałunkami w usta czy coś).
Seks trwa różnie, jest mi bardzo przyjemnie (na początku), ale nie na tyle, żeby dojść. Potem, po powiedzmy 10-15 minutach, to już nie sprawia takiej przyjemności, a potem mam ochotę tylko skończyć, wtedy mówię, żeby już doszedł. Jak skończymy, to mój chłopak mówi, żebym ja też doszła, ale nie mam na to ochoty.
To ja zawsze zaczynam, kiedyś chciałam to robić bardzo często, ale robiliśmy tak raz na 1,5-2 miesiące, jemu to wystarczało. Mnie okropnie drażniło.
Natomiast często się sami pieściliśmy przy sobie, ja dotykałam siebie a on siebie.
I często też robiłam to tylko sama.
Skończyło się na tym, że tylko ja wiem jak pieścić łechtaczkę (bo tylko tak mogę dojść), często zmieniam np. nacisk, kierunek... I dotyk mojego chłopaka jest albo bolesny, albo nieprzyjemny, dlatego mnie tak nie pieści, męczące by było mówić mu co 5 sekund co ma zmienić.
Żeby dojść, muszę, dosłownie, zastygnąć w bezruchu
zdarzało mi się dojść kiedy on był w środku a ja tylko leżałam lub siedziałam na nim i pieściłam łechtaczkę, ale proszę Was, to nie jest seks, żeby leżeć nieruchomo przez pół godziny.
O seksie oralnym nie wspomnę, on go nie lubi, a mnie minetka tylko drażni.
To ze mną jest coś nie tak? Za bardzo przyzwyczaiłam się do swojego dotyku? Bardzo się kochamy, ale nie umiem odczuwać przyjemności, to irytujące.