Chodzę do klasy maturalnej, mój chłopak jest rok starszy. Jesteśmy razem od 2 lat, przed nim nie miałam chłopaka "naprawdę", jedynie spotykałam się z jednym przez rok, lecz z wielkimi dziurami, więc można powiedzieć, że pół roku. Związek na początku był bardzo dziecinny, myślałam, że to ten jedyny, byłam pewna, że nikt inny nie czuje tego co my, co jednak szybko okazało się bzdurą
Ekscesy skończyły się po około roku i przeszliśmy w stan raczej pozytywnie stabilny. Jedyne, co mi przeszkadzało, to to uczucie, że jak teraz jest dobrze, to wiem, że później będzie gorzej. Przez cały czas czułam, że moje emocje co do niego znacznie stopniały, ale zdarzały się momenty, że mogłam go stracić i inne przemyślenia, podczas których czułam, że go naprawdę kocham. Trzymało mnie przy nim to, że był zawsze kochany, miły, wierny, zawsze mogłam na niego liczyć. Ja mam ciężki i twardy charakter, on jest raczej troszkę miękki. Planowaliśmy studia w jednym mieście, jako, że on ma rok dłuższą naukę wyjeżdżalibyśmy w tym samym czasie. Muszę przyznać, że na początku bardzo mnie fascynował, a byłam okropnie dziecinna, jednak w ciągu tych dwóch lat wiele się w tym zakresie zmieniło. Oceniam siebie jako realistkę, z ambicjami, która nadal psychicznie dorasta i ewoluuje. Pierwszy większy zgrzyt nastąpił kiedy moje aspiracje sięgnęły jednej z najlepszych uczelni politechnicznych w kraju, zaczęłam dużo się uczyć, miałam mało czasu. Do tego doszedł fakt, że studia są w innym mieście niż pierwotnie zakładaliśmy. Wszystko zaczęło się rozmywać. Bardzo przeszkadzało mu to, że mam dla niego mało czasu, bo szkoła, rysunek, nauka, zawsze lubiłam coś przeczytać, wyjść gdzieś z moim jedynym przyjacielem, po szkole też często musiałam się zdrzemnąć żeby funkcjonować, a w weekendy pracowałam. Według mnie to była jednak nieprawda, ponieważ cały pozostały czas poświęcałam jemu, ciągle pisaliśmy, nocował u mnie praktycznie każdego dnia. Poza tym, gdy się spotykaliśmy, poświęcałam mu 100% uwagi.
Teraz sprawa tak się komplikuje, że nie jestem pewna, od czego zacząć.
Czułam, że nie pasujemy do siebie, przeszkadzało mi to, jak bardzo dziecinny jest, za to, jakim jest marzycielem. Wierzył, że świat jest pięknym łatwym do życia miejscem, a on wszystko dostanie jak na otwartej dłoni. Wiem, że nic nie robi w kierunku tego czego pragnął, wiem, że tego nie osiągnie. Interesuje go multum rzeczy, które nudzą mu się po tygodniu a wydaje na nie pieniądze, które z resztą dostaje od ojca. Wydaje mi się, że nie umie pracować. Mam do siebie wyrzuty za to, że go nie wspieram i ciągle skazuję go na klęskę, ale nigdy się nie pomyliłam w tym, czuję, że jestem złą dziewczyną i go ograniczam.
On zmienił się na gorsze, nie dawał mi już tego, co doceniałam tak bardzo w przeszłości. Przestał mówić o mnie jak o ważnej dla niego osobie, prawić komplementy (wyprzedzam komentarze, ja wciąż to robiłam), przestał być miłym chłopakiem który w razie czego by o nas zawalczył. Zaczął tworzyć kłótnie z byle czego, nie umiał odpuścić, czasem zachowywał się jak okropny dupek, ranił mnie, szantażował, przestał rozśmieszać.
Myślę, że czuł, że się oddalam, dlatego była taka sytuacja w której bardzo mocno dręczył mnie psychicznie podczas kłótni całą noc, szarpał mną, bolało. Po tym zerwałam kontakt na ponad tydzień, ale nie dał mi odejść. To było kilka miesięcy temu i od tej pory jest coraz gorzej.
Gdy zaczyna kłótnię, już nawet nie mam siły nic mówić, więc przyznaję mu racje, ale jemu nie chodzi o to, by mieć rację, lecz o to, by się pokłócić. W końcu wymyśla tak absurdalne rzeczy, że nie umiem się powstrzymać przed zareagowaniem. Za każdym razem, gdy planuję gdzieś wyjść bez niego, tak go to boli, że wymyśla niestworzone rzeczy na mój temat byleby mnie tego dnia spacyfikować , zniszczyć, bylebym nigdzie nie poszła.
Nie wiem już co robić, patrzyłam miesiąc temu na nasze zdjęcia i płakałam nad tym jak kiedyś czułam się szczęśliwa, jak między nami było, i jak teraz nie jest. Wiem w głębi serca, że to się już nie zmieni, za dużo słów padło i za dużo sobie zrobiliśmy. Teraz jednak na nie patrze i już nawet nie czuję bólu. Mam ciągle nadzieję, że to się zmieni. Kilkanaście dni temu powiedziałam mu to wszystko od serca, popłakałam się, co robię bardzo rzadko i poprosiłam, żebyśmy to naprawili i wrócili do tego co było. Zgodził się, ale już tego samego dnia sprawdził mi telefon, uczepił się jakiejś rzeczy i miałam całonocną kłótnię.
Często sprawdza mi telefon, Fb, przeglądarkę, gdy wracam później ma jakieś podejrzenia.
W tym momencie zupełnie się nie dogadujemy, czuję się stłamszona, nieszczęśliwa, czuję , że go nie kocham. Spędzanie razem czasu polega na przytulaniu, bez rozmowy, ponieważ to jedyny miły aspekt tego związku. Jednocześnie nadal się oszukuję, że wrócimy do tego co było i po prostu nie umiem sobie wyobrazić zerwania. Nie chcę go ranić, myślałam o rozstaniu na ferie, ale wiem, że zniszczyłabym mu ten czas wolny. Tak bardzo nie chcę go tym zranić.
Do tego dochodzą sny o moim byłym, w których jesteśmy blisko i czuję się szczęśliwa. Coraz częściej myślę o tym, co gdyby.... i już nie wiem co robić.