Jestem mężatką od kilkunastu lat, mamy dzieci.
Zawsze wydawało mi się, że nasze małżeństwo może nie jest doskonałe,ale ogólnie byliśmy zadowoleni
Aż tu nagle ( kilka tygodni temu)mąż obwieścił, że wcale tak nie jest, że przez lata go tłamsiłam, układałam wszystko na swój sposób i staliśmy się coraz bardziej obcymi osobami.Wprawił mnie w osłupienie.
O ile zdaję sobie sprawę z moich wad, z mojego charakteru, to zawsze pozostawałam lojalną, oddaną i pomocną osobą.
I zawsze go kochałam.
Niestety, on nie potrafi wytłumaczyć mi, co tak na prawdę się stało. Ucieka od rozmów, do domu wpada się tylko przespać.
Z przyjaciół opowiadających sobie wszystko, gadających przez telefon godzinami stajemy się dwójką złych na siebie nieznajomych ludzi.
Każdą moją prośbę o rozmowę traktuje jak atak.
Nie wiem, czy w jego życiu jest inna kobieta. Możliwe...Nie chcę tego tropić, włamywać się do telefonu. Nie umiem tak.
Pytanie moje, jak to przetrwać? Jak nie błagać o chwilę uwagi? Jak nie płakać na wieść, że nie chce już ze mną mieszkać, nie podając sensownych powodów?
W ten sposób wprowadził mnie w okropny dół emocjonalny, czegoś chce, ale nie umie tego wyartykułować, waha się, zwodzi...
Proszę go o prawdę, każda prawda bedzie lepsza niż taka huśtawka emocji. On się zamyka w sobie.
Błagam go, że jeśli nie widzi szans, to niech się rzeczywiście wyniesie, ale jeśli jest szansa odbudowanie związku, to nie ma sensu działać pochopnie. On milczy. Póki siedzę cicho, nic się nie dzieje. Moje pytania, najmniejsze prośby skutkują szantażem emocjonalnym.
Skąd braliście siłę, żeby przetrwać najczarniejsze burze?
Ja nie zwiariować? Jak nie dać sobą manipulować?
Bo w tej chwili czuję się jak zero, ktoś nie wart nawet wyjaśnień.