Hej,
mam 20 lat, studiuję medycynę, spełniam życiowy cel i pasję, jakoś leci. Zewnętrznie ok, wewnętrznie gorzej. Codziennie widzę mnóstwo par. Zakochani, zapatrzeni w siebie. Nigdy nie miałem najmniejszego problemu z poznawaniem dziewczyn, ludzie uważają mnie za duszę towarzystwa, lgną do mnie - ja tego nie dostrzegam - zaakceptowałem kiedy sami mi to powiedzieli. Poznaję mnóstwo dziewczyn. Nie mam na myśli bliższych znajomości, po prostu obcuje z nimi na co dzień, na uczelni. Lecz żadna to..., to nie to. Którejś zawsze czegoś brakuje. Z początku fascynacja, po paru dniach już nie pociąga mnie fizycznie. W głowie mętlik, natłok myśli. Ja mam 20 lat, czas ucieka, to już pora. Nawet jeśli znajdę, to będzie ta jedyna i już? To będzie dziwne, żyje się raz a ja miałem tylko jedną dziewczynę w życiu ? Nie, nie, nie. A może? A może tak ma być. Jak nie znajdę na studiach to gdzie? Co ja pocznę! Zaczyna mnie to dobijać. Zawsze miałem masę dziewczyn wokół siebie, same proponowały spotkania, ale jak wspomniałem, coś zawszę mi nie pasowało. Czy ja jestem jakimś egoistycznym frajerem? Największym pionkiem w tej grze z wysokimi wymaganiami na nieosiągalnym poziomie? Może powinienem spróbować akceptować wady? Próbowałem, średnio. Podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami? Z większym materiałem zrobię lepszy rachunek własnej osoby
Śmiało, miłego wieczoru!