Witam serdecznie, może średnio trafiłem, ale potrzebuję oceny mojego związku względem innych osób, cóż najlepiej właśnie kobiet. Nigdy jakoś szczególnie nie rozmawiałem z kolegami o jakiś większych problemach, ale obecnie nie jestem w stanie trzeźwo spojrzeć na sytuację.
Od czterech lat jestem w związku, po roku czasu zaręczyliśmy się i zamieszkaliśmy razem. Mamy obecnie po 28 lat.
W początkowej fazie związku były jakieś poważniejsze rozmowy na temat dzieci, wspólnej przyszłości - planowanie itd.
Teoretycznie miało być to po studiach wiek +/- 25-27 lat (ślub, dzieci - oczywiście względem kiedy będzie można im coś zapewnić).
Po zaręczynach temat ślubu jaki słyszę, to "jeszcze nie teraz", "boje się", "może niech jakaś inna moja koleżanka pierwsza wyjdzie za mąż" itp. Temat dzieci podobnie : "jeszcze nie teraz", "chce się jeszcze bawić", "teraz nie jest dobry czas".
Prawdę mówiąc tylko ja poruszałem jakoś te tematy, druga strona zwykle takich tematów nie podejmowała.
Ostatnio usłyszałem "powoli chyba dorastam" i ogólnie znów pojawiły się jakieś obietnice na wcześniej planowaną przyszłość tzn. ślub, dziecko, ale problemy w sumie są takie duże dwa.
Pierwszy jest taki, że pojawia się obecnie zmiana pod względem pracy/jej warunków - i na bank w przeciągu dwóch lat na dziecko nie ma co liczyć. Drugi jest taki, że chyba mi się "odechciewa" ? (przepraszam nie wiem jak to nazwać).
Ogólnie chciałbym bardzo mieć dziecko, ale zdaje sobie sprawę, że do tego potrzebna jest chęć dwóch osób. Nie jestem zwolennikiem usidlania kogoś na dziecko, psychicznego szantażu itp. Chociaż nie ukrywam, że zawsze chciałem być w miarę młodym ojcem +/- 25l.
Generalnie jestem takim szarym człowiekiem żyjącym w schemacie. Praca, dom, wyście z psem, sen (od czasu do czasu wyście z kolegami). Które pierwsze w domu to gotuje obiad, które ma wole sprząta itd. itp. We wszystkim równy podział obowiązków. Nie kłócimy się, rozmawiamy ze sobą o pierdołach, czasem o czymś poważniejszym. Potrafimy ze sobą spędzać czas.
Ostatnio jednak zdarzyły się dwie rzeczy, które hmm sam nie wiem, albo mnie ocuciły, albo zamroczyły jeszcze bardziej.
Pierwsza - pracuje w zawodzie, w którym niestety moje życie narażone jest na utratę (świadomie wiem na co się godzę). Ostatnio trafiłem do szpitala, w którym chyba utraciłem swoje przekonanie o nieśmiertelności. Wiem, że nie będę żył wiecznie, a z planów o których marzyłem nie ma obecnie nic prócz pustych dóbr materialnych.
Druga - poznałem kogoś w pracy. Rozmawialiśmy ze sobą, pisaliśmy smsy - czysto koleżeńskie typu (co u Ciebie?), aż w pewnym momencie zorientowałem się, że robi się coraz poważniej, że ze zwykłych rozmów chyba wdajemy się w delikatny flirt, że smsów jest więcej niż być powinno. Łapałem się na Tym, że czasem zerkam na telefon. Kilka dni temu byliśmy razem na porannej kawie przed pracą, rozmawialiśmy, dobrze się czujemy w swoim towarzystwie, mamy masę wspólnych tematów, zainteresowań. Ale zorientowałem się, że ona nie wiem, że jestem w związku - stchórzyłem i nie powiedziałem tego. Następnego dnia zadzwoniłem do niej i poprosiłem o spotkanie, bo muszę jej o czymś powiedzieć. Zaprosiła mnie do siebie. Przy spotkaniu chciała się przytulić, ale powiedziałem, że nie mogę (głupio dodałem, że bardzo bym chciał), że jestem w związku, przeprosiłem, że tak późno jej o tym powiedziałem i rozmawialiśmy. Cóż w skrócie z mojej strony wyszło, że niczego nie mogę zrobić (chociaż nie ukrywam, że jestem nią zauroczony) bo mam kogoś, z jej, że jeżeli na coś liczy z mojej strony to na pewno nie przelotna znajomość.
Zmierzając ku końcowi. Od kilku dni bije się z myślami co dalej robić. Wiem, że dopuściłem się zdrady emocjonalnej, ale chyba nie do końca czuje skruchę (to też mnie trochę przeraża), jednak w jakiś sposób jest mi z tym źle.
Po pierwsze chyba powinienem powiedzieć mojej obecnej partnerce co zaszło?
Drugie, nie wiem czy jest sens ciągnąć dalej związek, kiedy mamy inne pragnienia odnośnie założenia rodziny. Być może za te dwa lata kiedy już będzie ten moment, że praca nam pozwoli na założenie rodziny (jeszcze do miesiąca temu mieliśmy całe trzy lata od zaręczyn), znów usłyszę "jeszcze jednak nie". Albo stanie się tak, że nie dane mi będzie doczekać momentu zakładania rodziny.
Ogólnie może trochę się boję samotności, ale chyba najbardziej się boje skrzywdzić druga osobę (i tak to już zrobiłem wdając się we flirt), ale też nie chce za kilka lat żałować, że jednak powinienem zaryzykować.
Jeżeli chodzi o moją koleżankę z pracy, to niestety też gdzieś tam jest pomiędzy tymi myślami.
Czy ktoś jest w stanie coś obiektywnie mi napisać (bo szczerze, to jestem teraz na poziomie gimnazjalisty) ?