Witam
Na początku kilka faktów
ja mam 26 lat, on 30 lat. On jest jedynakiem. Byliśmy ze sobą dwa lata, zamieszkaliśmy razem po 5 miesiącach oficjalnie (wcześniej do domu wracałam na 1, 2 dni)
Mi zależało na założeniu rodziny, na dzieciach- jemu trochę mniej
Między nami było cudownie, wiadomo kłóciliśmy się, docieraliśmy się- bywało różnie ale ogólnie było super
Ja kocham go ponad wszystko i byłam pewna jego uczucia.
Od jakiegoś czasu coś się zaczynało psuć, coraz częściej się kłóciliśmy, on miał coraz mniej czasu dla mnie- wszystko stawało się ważniejsze. Porozmawiałam z nim, że chcę walczyć o ten związek- że warto. Zgodził się ze mną, mieliśmy się oboje starać. Starałam się tylko ja, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
W piątek powiedział mi, że to koniec, że mnie na prawdę bardzo lubi ale to już nie jest miłość. W ten sam dzień spakowałam wszystko co miałam i się wyprowadziłam. Niestety przeoczyłam kilka rzeczy i muszę tam wrócić.
I teraz moja pytanie, czy warto walczyć? Czy jak tam pojadę warto z nim porozmawiać, że możemy dać sobie czas, możemy "porandkować" lub coś podobnego, przecież skoro to była miłość to nie mogło od tak jej zabraknąć. Może da się to jeszcze uratować
Dodam jeszcze, że on twierdzi, że trzy razy chciał mi się już oświadczyć i zawsze wydarzyło się coś, co go powstrzymało. (a to zachowanie mojej mamy, a to coś we mnie mu nie odpowiadało- np że nie dbam o porządek tak jak on tego chciał)
On nie za bardzo lubi moją rodzinę, swoją za to ceni ponad wszystko. Miałam wrażenie, że jego rodzice i tak zawsze byli na pierwszym planie, przez co ja też trochę na nich się zamknęłam. Próbowałam z nim o tym rozmawiać ale nie słuchał.
Teraz czuję się źle, nie śpię, nie jem.. nie wiem co mam zrobić. Pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Wiem, że to ten. Jak teraz mam to uratować? Czy się jeszcze da?