"Bez względu na los" - część 1 - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » "Bez względu na los" - część 1

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 9 ]

Temat: "Bez względu na los" - część 1

Witam. To jest pierwszy fragment książki, którą mam zamiar napisać do końca, jestem mniej więcej w 1/4. Zaczęłam ją w wieku 17 lat, teraz dojrzałam, by dokończyć książkę wink Opowiada ona historię Józefiny - prostej, do bólu przeciętnej dziewczyny ze wsi, która napotyka w życiu(niczym ślepa kura na ziarno) niezwykły skarb. Początkowa fala radości zamienia się w pasmo upokorzeń, bólu i chleba ze smutkiem. Oto pierwszy fragment:

Czekając na ojca zapalała w oknie świeczkę. Potrafiła tak ślęczeć godzinami. Patrzyła na bezkresne, mroczne granice dzielące jej dom i las. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie z tej ciemności wyjdzie męska, zmęczona postać człapiąca buciorami. Kiedy tak czekała i czekała odbijała się w szybie jej dziecięca buźka. Włosy za dnia ułożone w dwa grzeczne warkoczyki były teraz rozpuszczone i przeczesane grzebieniem. Dziewczynka wyglądała wówczas jak aniołek w białej koszuli nocnej. Co jakiś czas tylko spoglądała cichcem do sąsiedniej izby, by się upewnić, czy matka śpi. Gdy tak się działo z ulgą, na paluszkach dreptała z powrotem na swój okienny dyżur. Im dłużej czekała, tym bardziej ją to nudziło. Dlatego wyobrażała sobie, że widzi ten upragniony moment, gdy ojciec wchodzi na podwórko i otwiera wiecznie trzaskające drzwi. Jakaż to była radość i ulga! Słysząc to natychmiast dmuchała pośpiesznie w płonącą świeczkę i wskakiwała pod kołdrę usatysfakcjonowana odgłosami dobiegającymi z kuchni. Mało obchodziło małą Józię, czy ojciec jest trzeźwy, czy nie. Najważniejsze, że był już w domu. Ale im była starsza, tym rzadziej czekała na niego przy świecy..
A kim była? Jóźka Leber była sobą, jeśli tak to można najdobitniej opisać. Józefina, Jóźka, Józa. Różnie ją nazywano, lecz ona dla samej siebie była Józefiną Leber, które to nazwisko napawało ją dumą, nadziejami i szczęściem, że szczyci się tożsamością brzmiącą tak szlachecko. Od zawsze zamieszkała z rodziną we wsi Borygi Józefina nie była ani taka ani siaka z charakteru, czy wyglądu. Korzystnie byłoby określić ją typowym mianem normalnej. Myszowata blondynka. Nie gruba, nie chuda, ale pięknej, boskiej figury nie miała także. Wzrost średniawy, nijaki. Ubierała najczęściej swoje słynne spodnie ze sztruksu i jakiś sweter. Nie miała Józka predyspozycji, by się zanadto stroić, ale uwielbiała, gdy w jej szafie gościło coś nowego. Jakiś drobiazg, chociaż stara broszka matki, która się zaplątała gdzieś w czasie, pomiędzy stertą łachów.. Na zakupy''ubraniowe'' nie chodziła, gdyż ojciec tego w ogóle nie pochwalał. Pieniądze przeznaczano głównie na sprawy do życia niezbędne jak sól i kasza. Jak w domu była sól to i dobrobyt gościł w progach Leberów. A Józka była Józką. Wiecznie te same dwa warkocze(co jakiś czas szaleństwem było uplecenie jednego, precyzyjnego kłosa), szary sweter i spodnie z przetartego materiału uszyte przez matkę..
Osiągnąwszy wiosen 15 Józefinka poczuła się w pełni młodą kobietką. Pogawędki z koleżankami dostarczały jej zanadto wrażeń dorastającej dziewczyny. Bardzo chciała nadążać za zaściankową modą panującą w jej szkole. Będąc w 7 klasie ''usilnie wysilała'' swoje uroki,  o których zapewniały ją koleżanki. Robotnicze córy, każda z kolei, miały na koncie wiele atutów. Tak uważały, gdyż chciano podobać się chłopcom. Marysia Wieniakówna od początku wiosny męczyła czerwoną sukienkę w grochy po tym jak Ewka orzekła, że jej nogi są warte pokazania. Świeciła więc Marysia wychudzonymi, wystającymi kolanami licząc, że chłopcom spodoba się jej odwaga. Chwilowo bez skutku, jednak wojowniczki były nieugięte. Każda miała coś z bogini. Jedna piękne oczy, druga cudowne włosy, a któraś tam jeszcze z kolei może lepiej grała w piłkę nożną.. I to się chłopcom podobało o wiele bardziej niż jaskrawa spódnica w grochy i szkieletowate kolana. Tak czy siak dziewczęta prowadziły swoisty klubik dowartościowywań. A Józia? Cóż, Józia też znała przypisany sobie komplement. Miała mieć ładne, białe zęby.. I rzeczywiście, nie dałoby rady zaprzeczyć. Józia mogła się bezapelacyjnie pochwalić pięknym, perlisto-białym uśmiechem. Chodziła więc wyszczerzona od ucha do ucha, za sobą słysząc okrzyki''Tak jest, Józia! Tak się trzeba ten no.. eksponować!''. W obawie przed utratą dziewiczej bieli zębów Józefina usilnie błagała matkę w sklepie, by kupiła nieco droższą pastę do zębów. Prośby, rzeczywiście, usilne, gdyż każda zbyta zostawała odparsknięciem''a idź mi do cholery, pieniądze masz to sobie kup''. I biedna dziewczyna wpadała w panikę, że jej blask może zgasnąć. Z pomocą przyleciała legendarna już Ewka Tumorek doradzając sfrustrowanej koleżance, by ta nie piła broń boże herbaty, bo zamiast świecić bielą będzie niczym żółte słońce w gębie. Tak też Józefina posłuchała rady, żyjąc o przegotowanej wodzie ze studni. Matka kręciła głową na wariackie pomysły córci, lecz nie było na nie rady. Biel musi być i bić!
Tak też mniej więcej wyglądały szkolne podrygi modowe Józefki i koleżanek. Chodziła do szkoły, była z tego wybitnie dumna. Co jakiś czas snuła plany kim zostanie. Dobrze jej szła matematyka, więc może będzie profesorką na tych.. uniwersytetach? Lekarka? Policjantka? Kucharka, malarka, krawcowa, aktorka? Nade wszystko pragnęła jednak zostać nauczycielką. Wypracowania pisała zawsze na bardzo dobry. Dwój u niej brakowało w dzienniku. Nauczyciele chwalili Leberową, zawsze zbierała najlepsze noty. Na naukę poświęcała dużo czasu, gdyż smak młodości poznała dopiero w wieku lat 17, kiedy we wsi zaczęto organizować pierwsze potańcówki w remizie.
Co piątek szła razem z koleżankami, by spotkać chłopców. Dziewojom jedno było teraz w głowie. Każda miała jakiegoś swojego upatrzonego młokosa. Sentymentalnie wzdychały na szkolnym korytarzu, czy na potańcówce, upajały się aparycjami swoich wybranków. Szczęśliwsze zostawały wybrane i poproszone do tańca, reszta ułożona w zestawie podpierającym ścianę czekała na swoją kolej. Okoliczny zespół, zakąski, wódka przemycona gdzieś od starszych kolegów. Tańce, hulanki, swawole, a później ekscesy w krzakach, za remizą, pijackie dogadanki w drodze do domu. Wiejskie drogi Boryg widziały dużo. Nie raz nie dwa były zastępczym noclegiem pijanych wodzirejów z okolicznych wiosek. Tak to już było, że jak alkohol uderzył do głowy to z siłą słonia. Ale Józka nie pochwalała tego stylu zabaw. Zawsze trzymała umiar. Nawet jeśli umoczyła język w spirytusie to wykrzywiała lica w grymasie. Nie umiała pić, i już. Umiała natomiast bawić się bez alkoholu.
Tak płynęła młodość w Borygach. Latem Józefina wybywała na całe dnie, by zażywać słońca z przyjaciółmi. Upajała się latem. Nad jezioro przybiegali przez las codziennie. W ruch szły ręczniki, leżaczki, ciemne butelki Piwa Nałęczowskiego. I tak do wieczora potrafili leżeć, śpiewać. Z wieczora rozpalano ognisko. Maciek Mohajczuk często przynosił od ojca kiełbasę, która upieczona w brzozowym drewnie smakowała tak cudownie dymnie, ogniście.. Tak wyglądało lato w Borygach, a młodzież już nie dzieci. Większość cieszyła się wówczas pełnoletniością.
Lipcowego dnia w powietrzu unosiła się sielanka. Nad jeziorem było bardzo cicho. Słońce zbliżało się powolutku za horyzont, więc czerwień wieczornego słońca upajała człowieka do cna. Szumiały łąki, trawy muskane delikatnym, ciepłym wiaterkiem. Towarzystwo osiemnastoletnie zniknęło gdzieś w lesie i tylko Józefinka została na jeziorze dryfując spokojnie w małej łódce. Ręka jej zwisała poza krawędzią i koniuszki palców dotykały toni jeziora. Dziewczyna z błogą miną pozwalała się muskać promieniom słońca. Idylla, idylla, idylla.. W takim to stanie obserwował ją pewien miły, osiemnastoletni jegomość. Czarna czupryna krzywo obstrzyżona tak, że pierzasty kosmyk ciągle wpadał na czoło. Kraciana koszula, trampki z przedziurawionymi palcami. Młokos jak się patrzy, gdyż piegów na nosie miał nie mało. Młodzieńcze, dziecięce wręcz oczęta patrzyły uważnie na dryfującą Józefkę. Wyglądała jak Calineczka w łupince orzecha. Gdy tak siedział chłopaczek, obserwując ją, ona poczuła wielką radość z wszechobecnej wokół wody. Uczucie wstrząsnęło nią tak, że aż przewróciła z ekscesu łódeczkę i wpadła do jeziora. Chlup i Józefina zniknęła pod wodą. Młokos szybko zerwał się jak poparzony, by patrzeć, czy aby nie wypływa. Im dłużej jej nie było tym większy niepokój w nim wzbierał. Rzucił się więc na pomoc. Dał nura do wody. Chwileczkę potem, gdy był przy łódce począł nurkować, by szukać ciała nieszczęsnej Józefiny. Zdębiał, gdy zobaczył ją obok, płynącą radośnie w stronę słońca. Niedaleko od niego pluskała się wesoło i swobodnie, aż miło było patrzeć. Przerażony wciąż i zdezorientowany chłopaczyna zawołał więc, by tę sprawę wyjaśnić.
- Heej! Heej!
Dziewczę odebrało komunikat i poczęło go słuchać w zaskoczeniu.
- Co panna wyprawiasz?!
- Pływam sobie! - Zawołała do niego radośnie.
- Tak, pływa sobie! A jakby cię kurcz złapał?! - Ostrzegł przezornie. W głosie słychać było, że bardzo był przejęty, zdruzgotany i oszołomiony, gdyż dzisiejszego popołudnia nie był gotowy na wyławianie z wody truposzy młodych panienek.
Tak czy siak Józefinkę udało mu się wyłowić żywą. Oboje wyszli na brzeg w mokrych ubraniach. Ona w starym, jednoczęściowym kostiumie kąpielowym w paseczki, on w  stroju letnim, dziurawym i nadgryzionym zębem czasu, a do tego mokrzy do suchej nitki. Józia skrzetnie poprawiła włosy. Koleżka-ratownik patrzył na nią uważnie z miną jakoby obrażoną, a woda komicznie kapała mu z czubka nosa. Czarne, mokre włosy tak przykleiły mu się do czoła, że ledwo widział na oczy. Sapał cichcem, próbując uspokoić zdruzgotane serce. Zauważywszy to Józefina podparła się w boki dumnie, acz z wyrazem wścibskości.
- Zmartwiłeś się, koleżko o mnie? - Zapytała równie niewyględnie. Uśmiechnięta buźka przyprawiła tę scenę nutą komizmu. Chwilę potem oboje śmiali się gromko z zaistniałego pseudo wypadku. Andrzej, bo tak nazywał się niedoszły wybawca Józefiny, bardzo wstydził się okoliczności w jakich się znalazł. Wstydził się swoich dziurawych trampek, nieobstrzyżonych włosów i paniki, z jaką zareagował na pływackie zapędy Józi. Wyluzował jednak szybko, by skorzystać do końca z dnia, jaki mu przyszło spędzić nad jeziorem w towarzystwie nowo poznanej obywatelki Boryg.
Miłym zrządzeniem losu Andrzej i Józefina bardzo przypadli sobie do gustu. Nie rozmawiali, by się bliżej poznać, nie wiedzieli o sobie nic. Ich rozmowy miały charakter filozoficzny, ponad światowy. Andrzejek lubił się rozwodzić o pięknie świata i przyrody, jakie to szczęście, że może podziwiać naturę boryżyńską. Józefka śmiała się przy tym do rozpuku, nazywając go głuptasem i twierdząc, że on chyba świata na oczy nie widział. Puszczał to mimo uszu i dalej drążył tematy czysto metafizyczne, za co Józia uwielbiała go coraz bardziej.
W sierpniu chodzili razem na długie spacery polnymi drogami. Pletli sobie wianki z pszenicy, szukali rzadkich kwiatów i słuchali nieodległej kakofonii leśnego ptactwa. Później wstępowali szybko do Józi na szklankę kompotu malinowego. A później znikali znowu, aż do wieczora..
Kwitła przyjaźń Józefiny i Andrzeja, a ponieważ nie raz widziano ich razem, pytano, co też jest między nimi. Gdy tylko Leberowie siadali do obiadu, matka pytała córkę, kim jest ów Andrzej, z którym spędza całe dnie. Józia migała się od odpowiedzi brzęcząc od niechcenia''kolega'', choć wiedziała dobrze, że to za małe słowo. Ojciec podstępnym spojrzeniem świdrował córę i węszył nieszczerość. Gdy tak siedział i palił papierosa, widać było zmęczenie na jego twarzy. Nie łatwy miał obowiązek, by codziennie dojechać raniutko do Gdańskiej Stoczni i tam okiełznać ogromnego żurawia. Pracował cały dzień, wracał późną nocą. Zarobiony doszczętnie przynosił do domu jakieś grosze. Szanowano jego pracę, a ponieważ ta pochłaniała go na cały dzień,  nie miał już czasu dla dorastającej pierworodnej, by porozmawiać o jej pierwszych umizgach..
Trochę czasu minęło aż przyjaźń Józefinki i Andrzeja podparła się na solidnych fundamentach. Od czasów jeziorno-spacerowo-letnich stali się nierozłączni jak Polska i komuna. Nie wiadomo, co ciągnęło młodych do siebie. Po prostu ze sobą biegali i ćwierkali w swym towarzystwie jak dwa beztroskie wróbelki. I tak sobie ćwierkali, aż do jesiennej chrypki..

Dajcie znać, jeśli pragniecie poznać dalszy ciąg big_smile

"Aby żyć, trzeba się buntować" - Albert Camus
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Masz talent!



Pozdrawiam, Joanna

Ruda wiolonczela, radosna i szczera.
Supergirls don't cry, supergirls just fly.
Witches don't need drugs to fly.

3 Ostatnio edytowany przez nawiaska (2014-11-07 16:55:55)

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Ja chciałabym poznać ciąg dalszy. smile

A tak z ciekawości. W którym roku dzieje się akcja książki?

Uśmiechnij się, życie nie jest Twoim wrogiem...

4

Odp: "Bez względu na los" - część 1

1975

"Aby żyć, trzeba się buntować" - Albert Camus

5

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Oto część II:

Wraz z nadejściem października do Boryg zawitała legendarna ciotka Melisa, by ustawić personalnie młodą Józefinę. Cioteczka była niewielką, drobną osóbką. W twarzy zaklęta była młoda dzieweczka, choć wiek już nie ten.. Włosy zagoniła na tył głowy, zamykając je w postaci wielkiego koka. Tylko po bokach głowy spuszczały się wolne loki. Na nosie dźwigała ogromne, wręcz przyciężkie okularzyska o okrągłych szkłach, by jej uwyraźniały świat. Ubrana zawsze w czarną, praktyczną suknię została uwieńczona wiejską plotką, jako''wdowa''. Mąż jej rzeczywiście nie udzielał się małżeńsko, ale do wdowy było jej wciąż daleko. Zamieszkiwała w Warszawie, w niewielkiej kamieniczce na Pradze. Nie miała dzieci, za to całym sercem doglądała swoich ukochanych kotków rasy syberyjskiej. Prowadziła sklep z chemią, dzielnie walczyła z kilometrowymi kolejkami i na pamięć znała kwestię''nie ma!''. Pełna animuszu, skora do poświęceń. Ukochana ciotka Melisa, zawsze znalazła czas i cierpliwość dla drugiego człowieka.
A tymczasem z Boryg jak kamfora wyparował Andrzejek, ukochany przyjaciel Józefki. Wytłumaczenie miał nijakie. ''Odwiedzę rodziców''.  We wsi przebywał bowiem u wuja, który miał go nauczyć technik rzemieślniczych, a mówiąc prościej, na wakacje. Przyszła jesień, a za Andrzejem pozostało już tylko tęsknić. Przyrzekł jednak swojej Jóźi - ''wrócę''. To też czekała na niego, coraz częściej wylewała nieskromnie łzy. Pocieszenie znajdowała spędzając czas z ciotunią Melisą, która zawsze miała w rękawie jakieś rady dla młodej. Chodziły więc na długie spacery, przemierzały leśne drogi, polne gruntówki. Podziwiały przyrodę, rozmawiały niemal o wszystkim, a Melisa czerpała niezmierzone zachwyty z łona boryżyńskiej natury. Któregoś takiego spacerku wyszła na jaw nieznośna sprawa Andrzeja. Józefinka zaczęła opowiadać bardzo dzielnie, ale na koniec, podsumowując, zaczęła łkać jak dziecko, a ze wstydu omal nie zapadła się pod ziemię. Cioteczka przytuliła biedną siostrzenicę, nie szczędząc jej pocieszeń. Później jednak postanowiła spoważnieć.
- Ehh, dziecko.. - Zaczęła. - Żebyś ty wiedziała jak i ja kiedyś czekałam na jednego samca.. Czekałam i się doczekałam, ale że jak! Ho, ho! Było to za drugiej wojny światowej. Gruchałam wtedy z niejakim Tomaszem. Licho go wzięło na front, ale obiecał, że wróci. Ze łzami w oczach mi obiecał, rozumiesz? A ja czekałam jak zawzięta, codziennie modliłam się o jego zdrowie. W 45 roku wojna się skończyła. Od zmysłów odchodziłam przez 3 lata, ale już traciłam nadzieję na jego powrót, bo wojna się skończyła,a jego jak nie było, tak nie było!
Józefinka słuchała z wytrzeszczonymi oczyma.
- No mów, ciociu, mów! - Zachęcała.
- Słuchaj.. Ja ci idę raz na targ. Patrzę i kogo widzę? Tomaszek, spasiony, na gębie różowy. Obok niego jakaś panna. Brzucha jej pilnował. Dźwigał dwa kosze pełne jajek, kapusty, jakiś chleb i mięso. Nie umiem opisać, co wtedy czułam.
Oczy Józefiny zaczęły lśnić jak dwa stawy o poranku.. Ale cioteczka kontynuowała.
- I co miałam zrobić? Przecież nie podejdę i mordy mu nie popieszczę.. To wściekła byłam, ale zachowałam spokój ducha.. Więc macham ręką i drę się jak głupia''Tomek! Cześć, kochanie!''. Ha, ha! Żebyś ty widziała jego minę i tej jego dziuni! Spalił buraka aż miło, zmył się szybko, a szybko. I co dalej to nie wiem.. Wtedy ostatni raz go już widziałam.
- Ciociu! - Załkała Józia. - Czy ciocia mi chce powiedzieć, ze Andrzej też się już pocieszył?!
Dziewczynie zadrżała broda, a oczy zwilgotniały, przypominając teraz dwa mokrusieńkie stawy. Ciotka skarciła siebie w duszy, że tak wystraszyła młodą i zaczęła ją uspokajać, głaskać po głowie i raczyć pociesznymi słowami, że przecież wszystko będzie dobrze..
Melisa miała w swojej duszy drugie dno. Doskonale rozumiała drugą kobietę, ponieważ znała męskie charaktery, była świadoma jak destruktywnie wpływają nie raz na kobiety. Bo kobiety są wrażliwe. Każda skrycie marzy o muskularnym ramieniu silnego patriarchy, na którym mogłaby się oprzeć wiotka i słaba, pozostając w jego samczym cieniu.. Ale Melisa tego nie potrzebowała. Raz urażona przez pewnego wojaka stała się gruboskurną feministką. Wyszła za mąż z rozsądku i dla funduszy. Teraz to credo chciała zaszczepić siostrzenicy Józefinie. Ale ujrzawszy jej łkanie, niepokój z jakim wspominała Andrzeja i młodzieńczy błysk miłości w oku, odpuściła. Odpuściła dla idei. Bo jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz.. Myślała o tym często, spacerując samotnie wśród buczyn, aż do swojego powrotu do Stolicy. Do męża, do kotków, do kamienicy. Często pisała z Józefinką listy, ponieważ tęskniła za swoją młodą przyjaciółką i była bardzo ciekawa jak mała stawia pierwsze kroki w dorosłość..
Złota jesień minęła już dawno, to też drzewa ogołociały, błota zalały boryżyńskie drogi tak, że wozy pokonywały je z nie lada wysiłkiem. Miłe lato odeszło w niepamięć, jak odeszło wspomnienie o Andrzeju. Chłopaczyna zaginął, zniknął, nie wrócił.. Została Józia sama ze swoimi wspomnieniami, w zimnej izbie. Nie miała z resztą czasu na pieszczoty, gdyż musiała zajmować się chorą matką, która źle znosiła jesienne suchoty. Obsługiwała samowar, nosiła gorącą wodę z ziółkami, nacierała matczyną pierś maściami od aptekarki z miasta. Uwijało się dziecko jak mogło. Czekała tylko aż matka wyzdrowieje. Wtedy będzie mogła pomyśleć, co zrobić ze swoim 18-letnim życiem.
Zima przyszła w nocy, zasypując białym puchem ponure Borygi. Ujrzeć biel za oknem z samego ranka, to dopiero coś! Wszyscy gospodarze wybiegli oporządzać trzodę, żeby nie było jej zimno. W ruch poszły łopaty i odśnieżanie. Matka Józefiny nie mogła wyściubić nosa z izby, więc córa musiała zanosić ojcu drewniany kubek herbaty. Zmęczony mężczyzna łykał gorący, parujący płyn i krzywił twarz.
- A do roboty by się nie wzięła? - Pytał córkę opierając rękę na łopacie.
Józefina uśmiechała się tylko rezolutnie i w podskokach biegła do chaupy, bo ziąb. W kuchni rzuciła okiem na kalendarz. 1 grudnia. Śnieg sypnął idealnie na początek tego zimowego miesiąca.
Skończywszy robotę ojciec Józi wstąpił do chaty na obiad i położył się w izbie na brązowej wersalce, by uciąć sobie drzemkę. W srodku zapanowała cisza, tykał tylko zegar z kukułką. Józefina czytała właśnie poezje Tadzia Różewicza, gdy na ganku usłyszała cichutkie tupanie. Oderwała uwagę od czytania i poczęła nasłuchiwać. Ktoś stał u niej na ganku. ''Pewnie sąsiad przyszedł wołać ojca do pomocy'' pomyślała. ''Ale czemu nie puka?''. Wstała, cichutko, na paluszkach podreptała do sieni. Skradając się jak myszka, postarała się wyjrzeć przez szparę w drzwiach. Uchyliła je. Szarpnięcie mocnych, drewnianych drzwi spowodowało opadnięcie śniegu z zadaszenia ganku. Biały puch zbił się z tym na ziemi, a Józefina spojrzała na gościa. Ujrzała parę wielkich, zielonych oczu patrzących niczym zbity pies. Rozczochrane, ciemnobląd włosy były jakby muśnięte drogim grzebieniem.. Piękna biała twarz stała się teraz wydelikacona, piegi ustąpiły arystokratycznej bladości. Andrzej. Tylko jakby.. nie Andrzej. Józefinę tchnęła nagła euforia, radość, wzruszenie, wszystkie pozytywne i roztkliwiające emocje świata. Popatrzyła spanikowanym wzrokiem na przybysza, zaczęła złowrogo sapać, by po chwili rzucić się Andrzejkowi na szyję  w krzyku obrzucając go wyzwiskami i pretensjami na przemian z wyznawaniem radości z powodu jego powrotu. Krzyczała tak, że nawet nie dała biedakowi dojść do słowa. Stał więc chłopak otępiały z wrażenia, lecz delikatnie objął Józefinę uwieszoną na jego szyi, krzyczącą akurat''ty Bydlaku!''.
Jak dawniej poszli na długaśny spacer. Lecz tym razem aura była inna. Niezmierzone łany pól i lasów zasypała biel. Za czymś się wówczas tęskniło, czegoś brakowało.. Może słońca, ciepła, radości? Radosnego ćwierkania ptaków, zacisza leśnej polany, zapachu siana?Józefina nie mogła o tym mysleć, bo obecność Andrzeja rekompensowała jej wszystkie letnie rozkosze..
Ciągle gadali, gadali.. Paplała przede wszystkim Józefina, bo Andrzej był niejako w stanie onieśmielenia, zakłopotania.. Józia mówiła o wszystkim. Odpowiadała na zadawane pytania, opowiadała mu o swoich codziennych obowiązkach, chorobie matki. Aż w końcu wspomniała o wielkiej tęsknocie i padło to decydujące pytanie. - A gdzie ty byłeś?
Usłyszawszy to, Andrzej złapał się za włosy z tyłu głowy, jego oczy poczęły błądzić na wszystkie strony świata, a twarz wykrzywiła się w grymasie niezręczności. Przez chwilę milczał. Ale w końcu zebrał się na odpowiedź.
- Józefinko, byłem.. byłem w domu. - Powiedział niewinnie.
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, popatrzyła pytająco..
- To chyba nic strasznego! -  Zaszczebiotała radośnie w geście pocieszenia przyjaciela.
Andrzej wzruszył ramionami. Odszedł kawałek, by usiąść na kamieniu rzuconym u skraju lasu. Opadł zmęczony na ów głaz, a Józefina stanęła przed nim. Oboje milczeli. Panowała absolutna cisza. Tylko niemy wicher poruszał zamarznięte badyle i podnosił do góry biały puch w oddali, na polu..
- Co cię tak gryzie, że nie chcesz mi powiedzieć? - Zapytała Józefina, kładąc swoją dłoń na jego, ogrzewając ją ciepłą, wełnianą rękawiczką. Andrzej spojrzał jej w oczy.
- Ja cię kocham, Józefina. Strasznie ciebie kocham. - Wypalił niczym z procy. Ona, słysząc to, nie bardzo wiedziała jak zareagować. Jeszcze nigdy nie słyszała takich słów. Może tylko w filmach.. Tylko raz, gdy była w kinie na romansie, którego nie rozumiała.. A teraz sama była adresatką tego prostego, cudownego"Kocham". Nie odpowiedziała. Za to Andrzejowi rozwiązał się język.
- Tak bardzo Ciebie kocham, że odejmuje mi chęć życia. Ledwo jem, ledwo śpię, Józka, ja ledwo zipię! - Krzyknął tak głośno, że w lesie zatrzepotały ptasie skrzydła. Józefina patrzyła w osłupieniu, a jej serce łopotało jak oszalałe. Wewnątrz czuła miłe napięcie. - Kochałbym Ciebie z największą, najszczerszą radością, gdyby nie pewna rzecz, o której ci nie powiedziałem, bo kretyn ze mnie.. Tchórzliwy kretyn!
Andrzej na chwilę umilkł, zbierając siły, by wyrzucić z siebie skrywaną tajemnicę.
- Jestem szlacheckim dzieciakiem, a zakochałem się w córce robotnika! Boże,jakiż ze mnie jest kretyn!
***

"Aby żyć, trzeba się buntować" - Albert Camus

6

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Ciekawie, ciekawie smile Bardzo ładne.
Myślałam, że koniec będzie nieco inny ale i tak mi się podoba.

Uśmiechnij się, życie nie jest Twoim wrogiem...

7

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Część kolejna  wink :

Józefina nie potrafiła uwierzyć własnym uszom. To, co jej powiedział, zmieniało doszczętnie jej doczesne wyobrażenie o Andrzeju. Chłopak z miłą, przyjazną twarzą, rozczochranymi, bujnymi włosami i zielonymi oczami stał się nagle chłodny, niedostępny. Jakieś drugie,mroczne dno pojawiło się w jego osobie. Schował twarz w dłoniach i rzewnie załkał, podczas gdy ona patrzyła w osłupieniu, jak przyjaciel staje się dla niej kimś zupełnie innym.
- Mi to, Andrzejku, nie przeszkadza.. Nic a nic. - Odrzekła spokojnie, kładąc rękę na jego plecach. On podniósł się gwałtownie, popatrzył, a w oczach płonął mu obłęd rozpaczy zalany łzami.
- Jóźka, ty nie wiesz co mówisz.. Jakbyś ty zobaczyła, kim ja jestem.. Całe to badziewie, moje życie! Drogie ubrania, samochody, dworek, bzdety z Ameryki! Matka z ojcem mnie zagłaskali, na kretyna wyrosłem. Ale poznałem Ciebie i teraz wiem, jak wygląda prawdziwe szczęście, prawdziwe życie! I chcę je spędzić z Tobą! - Wyszczebiotał przez łzy. Ujął jej dłonie, chociaż jego były zmarznięte, dygocące z zimna. Józefinka nie dowierzała, gdy nagle klęknął przed nią, na jego twarzy szczery uśmiech walczył ze łzami rozpaczy.
- Kochana Józefinko.. - Zaczął, głos mu drżał. - Zostań moją, na zawsze..
Chwila była chwilą, lecz ta zdawała się trwać wieki. Józka patrzyła głęboko w rozczulone oczy Andrzeja, uśmiechając się delikatnie. Bez zastanowienia, bez jakichkolwiek wątpliwości zgodziła się zostać jego żoną, ukochaną. Mieli spędzić ze sobą życie. Ledwie zaczął mówić"Tak", gdy nagle Andrzeja rozdarło potężne kichnięcie, chłopaczyna parsknął głośno w ziemię, aż kolana się pod nim ugięły. Wybitnie donośne"apsik!" usłyszała chyba cała wieś, daleko, za polem. Leśne ptaki poderwały się z krzykiem do lotu, zapanował zamęt. Gdy echo ucichło, Andrzej zapragnął zapaść się pod ziemię. Błagalnym wzrokiem spojrzał na Józię,która wybuchła donośnym śmiechem, objęła go mocno i krzyknęła doń"Tak, będę Twoja!". Trwali w tym uścisku długą chwilę i czuli, że do siebie należą. Że mogliby zostać tak na wieki..
***
Boże Narodzenie wpadło do Boryg z siekierami, choinkami i wielkim gotowaniem. W każdej chacie rozpalono w kominku, nakrojono dzwonka ze świeżo zarżniętych karpi, mieszano kutię i kluski z pysznym makiem. W kącie pokoi buczały radia ogłaszające warszawskie przygotowania do Wigilii. W tym nastroju Józefina i Andrzej celebrowali swoją nowo narodzoną miłość.
Ona pozostałą sobą. Jak zwykle ufryzowana w dwa warkocze, o zupełnie przeciętnym wyglądzie, ubrana jak zwyczajna, szara mysz. Nie ładna, ani nie brzydka. Transparentna Józefina.. Jedyną zmianą w jej wyglądzie był teraz promienny, radosny uśmiech miłości. Andrzej co jakiś czas znikał, by znowu pojawić się w Borygach i nacieszyć oczy ukochaną. Wszyscy rówieśnicy wiedzieli o ich miłości, dziewczyny wzdychały zachwycone oddaniem tej dwójki. Trwało to tak, aż pewnego zimowego wieczora Andrzej i Józefina przyrzekli sobie, że zostaną małżeństwem. Ujęli swoje młodziutkie dłonie i złożyli przysięgę, że ze sobą zostaną. Choćby nie wiadomo co się działo, waliło, paliło, choćby wojna trawiła Polskę, oni zostaną na zawsze zakochani..
***
To była niedziela. Koniec stycznia, zimno jak diabli. Andrzej spędzał ten dzień u wuja. Z samego rana poszli do kościoła, po drodze zahaczyli kilku sąsiadów, a ponieważ wuj trudnił się kowalstwem był we wsi szeroko poważany. Sąsiedztwo pozdrawiało go zatem gromko, wszyscy składali serdeczne"dzień dobry". Andrzej również grzecznie dokazywał, ale w głębi duszy pędził do Józi. Nie widział jej cały, długi tydzień.. Gdy tylko oderwał się od tej niedzielnej mamałygi zaraz pognał w stronę ukochanej furtki, gdzie już czekała warkoczasta postać w grubaśnej kurtce. Młodzi przywitali się miłosnym uściskiem. Andrzej spojrzał na siebie, swoje skórzane palto. Ściągnął z głowy czapkę gustlikówkę i przejechał dłonią po czuprynie. Następnie uśmiechnął się do Józefiny szeroko i nieco komicznie, a w zielonych oczach zabłysły dwa ciepłe, wesołe światełka.
- Zmarzłeś jak diabli! - Powiedziała Józia, gładząc andrzejowy policzek, czerwony od chłodu.
- Już mi cieplej.. - Odrzekł z błogim uśmiechem. Popatrzyli sobie głęboko w oczy. Chwila ta była upojna, długa, mogli z niej czerpać mnóstwo miłości. Lecz coś im rychle przerwało. Donośne skrzypnięcie drzwi domu Józefiny. Dziewczyna odwróciła gwałtownie głowę i ujrzała matkę okutaną w gruby koc, stojącą przed domem. Patrzyła na nich oszołomiona, ale bez wyraźnych wrogich zamiarów. Machnęła ręką.
- Zapraszam do środka, bo zmarzniecie mi na kość! Już do domu! - Krzyknęła i sama szybko dała susa w ciepłe progi. Dzieciaki powoli, niepewnie zbliżały się do drzwi. Józefina spojrzała Andrzejowi w oczy troszkę niepewna, niestabilna emocjonalnie. Nie wiedziała czego oczekiwać. Po chwili stali już w sieni i ściągali pokaźnych rozmiarów kurtki. Dziewczyna spojrzała do salonu. Ojciec siedział na sofie w grubym swetrze, spodniach i wełnianych skarpetach. Popijał fusiastą herbatę ze szklanki i doczytywał piątkową gazetę, zaznaczając długopisem najważniejsze informacje. Zawsze tak robił i nikt do tej pory nie odgadł, po co. Matka umknęła pod piec kaflowy, w którym wesoło trzaskało drewno. Spokój, cisza, nic strasznego. Jedynie Józia panikowała, złapała Andrzeja za rękę i zaczęła prowadzić do swojej izby, gdy nagle z salonu dobiegł ich głos matki.
- Panie narzeczony.. Można tutaj na chwilę? - Zagadnęła.
Józefina poczuła w środku nagły przypływ paniki, z jakim nie mogła sobie poradzić.Puściła andrzejową dłoń i ruszyła w stronę salonu niczym na skazanie. Powłóczyła nogami, a co się miało za chwilę stać nie chciała mysleć. Chwila, w której musiała przedstawić Andrzeja rodzicom była dla niej wielkim upokorzeniem. Chciała bowiem mieć go tylko dla siebie, po co komu wiedzieć o jego istnieniu.. Myslała tak i stała ze skwaszoną miną, nawet nie zorientowała się, że obie strony lgną do siebie z niemałym entuzjazmem. Andrzej właśnie całował rękę przyszłej teściowej, a z ojcem Józi witał się niczym swat.
- I co, młoda, było się tak tajniaczyć? - Zapytał ojciec, złożywszy gazetę. Zawadiacko się uśmiechnął do córki, puścił oczko. Niestety odpowiedzi nie otrzymał, gdyż Józi nie starczyło sił, by wydusić z siebie jakąkolwiek mowę. Tymczasem Andrzej jak ryba w wodzie rozprawiał z teściami o tym i o tamtym. Siedzieli wszyscy we czwórkę, a jedynie Józka milczała jak grób. Nie słuchała nawet, tylko myslała - jak? Jak to się stało, że tak łatwo przyszło jej pojednanie ukochanego z rodzicami? Odleciała myslami poza świat żyjących, gdy z letargu wyrwał ją ukochany. Uśmiechnięty, z satysfakcją trzymał ją za rękę. Patrzac w jej oczy, mówił do rodziców.
- Zamierzamy z Józefinką wziąć ślub.
Zapadła cisza. Wszystkim odebrało mowę. Matka, niczym wmurowana z głupawym uśmieszkiem i rozdziawionymi ustami patrzyła na Andrzeja wzrokiem, którym powinno się obdarzać idiotów. Ojciec ze stoickim spokojem przełknął herbatę, odstawił szklankę i podparł podbródek spracowaną dłonią, patrząc poważnie na dzieciaki. W Józefinie dosłownie szalała burza sprzecznych uczuć. Zesztywniawszy ze wstydu i zażenowania, czekała już tylko na jakiekolwiek słowo. Jakieś"me","be", lub"pocałujcie nas w dupę". Wszystko, byleby przerwać tę ciszę, od której dostawała kręćka.
- No.. no, ale tak szybko, tak już? - Zapytała w końcu wyrwana z oszołomienia matka. Ojciec zachichotał cichcem, za co szybko oberwał od żony. Jedynym zadowolonym i spokojnym bytem pozostawał Andrzej. Z uśmiechem wyjaśnił przyszłym teściom, że podjęta decyzja stoi na filarach ze stali.
? Państwo wybaczą, bo może to faktycznie wyskoczyło jak ten Filip z konopi..  Ale ja kocham waszą córkę jak wariat i gotów jestem dla niej dosięgnąć gwiazd..
W oczach matki zapłonęły świetliki wzruszenia. Od razu widać było, że niedoszły zięć trafił w jej gusta romantyczności. Ojciec Józefiny prędko klasnął w dłonie i zarządził zrękowiny.
? No, kompania! Ale żeście narobili rozgardiaszu! Cichcem się prowadzacie po lasach, gruchacie sobie tu i tam, a ślub w jakiejś konspiracji planowaliście? Moi kochani.. ślub to i za Niemca można było brać! Choć teraz ruska zaraza nad nami wisi to i tak możecie być szczęśliwi.. - Powiedział ojciec Józefiny tonem pełnym serdeczności.
Dziewczyna nie miała zielonego pojęcia, co też odpowiedzieć. Czy w ogóle wydawać jakiekolwiek dźwięki? Popatrzyła ukradkiem na Andrzeja. Jego wielkie, zielone oczyska lśniły z radości, płonęły w nich ogniki euforii i spełnienia. Rozkoszowała się tym widokiem, ujrzawszy go w pełni pozytywnych doznań. Kochani rodzice..
Rozmawiali cały wieczór. Pokrótce Józefina otworzyła wrota nieśmiałości i poczęła opowiadać staruszkom o tym, jak wspaniałego wybrała sobie Andrzeja. W srodku jednak drżała z niepewności.. Drżała tak bardzo, że poczuła haniebny wstyd. Po cóż nosi na sobie te maskę swobody, gdy wewnątrz krępuje ją pęto wątpliwości? Za wszelką cenę chciała odpocząć od tej pogodnej szczebiotaniny. Andrzejowi pozwolono zanocować dziś w józefinowym pokoju, gdyż ciemno i chłód na dworze, a do domu Kowala trzeba było gnać przez wrogi, ciemny las. Młodzi ogarnęli więc swoje lica i po pewnym czasie spoczęli w ciepłej izbie. Matka i ojciec Józefiny zniknęli gdzieś w odmętach swej sypialni cicho jak myszki pod miotłą.. W domu zdawało się nie być żywej duszy. Jedynie dawno nie nakręcane wskazówki starego zegara z kukułką szczękały przy każdej sekundzie roznosząc po domu głosy wiekowego zegarnictwa. Andrzej i Józia leżeli sobie w łóżku w swych młodocianych objęciach. Sen nie przychodził. Tak, jakby czekał w kolejce na swe przybycie. Jeszcze bowiem nie pora była na spanie..  Józefina podniosła swe ciało ponad andrzejowe i ugościła go między udami. Serdecznie przyjął zaproszenie, wnosząc w jej otwarte wrota coś, czego oczekiwała. Weszli w siebie subtelnie, z młodzieńczą delikatnością. Cicho i spokojnie dokonywali aktu miłości, utrzymując go w rytmie tykającego zegara. Po pewnym czasie owa subtelność ustąpiła miejsca miarowemu podkręceniu intensywności. Szybko, lecz celnie Andrzej wypełnił Józefinę płynnym życiem. Opadła wtedy w jego pierś. Oboje oddychali miarowo, zbierając się na jakiekolwiek słowo. Cóż mogli powiedzieć? ?Było cudownie? chodziło po głowie każdego z młodych, lecz nie wyszło przez usta. Samozwańcza cisza zapanowała nimi na dłuższą chwilę.
? Nie bolało Cię?.. - Spytał Andrzej najciszej jak mógł.
? Nic.. - Odpowiedziała po dłuższej chwili, nie odrywając głowy od jego torsu.  - Nie boli, gdy kochasz..
Po chwili ciszy Andrzej wysunął się szybko spod jej ciepłego ciała i wyskoczył z łóżka jak poparzony. Biegał na waleta po izbie, szukając ubrania. Narzeczona patrzyła nań z niekrytym zdziwieniem. Chłopak porwał z krzesła bawełniane, przemysłowe majtki, naciągnął je na chude, jędrne pośladki, po czym spojrzał jej w twarz.
? Jasna cholera.. co żesz ja tu narobiłem.. - Jęknął żałośnie.
? Co Ty znowu gadasz, kochany? Było mi bardzo dobrze.. - Powiedziała, maksymalnie wyciszając ostatnią część kwestii.
Andrzej westchnął żałośnie. Powoli podszedł do Józefiny i pocałował ją w czoło.
? Muszę iść. Nie potrafię zostać dłużej.. - Szepnął. Józefina wyciągnęła ku niemu swe ręce. Dotknęła płaskiego brzucha chłopaka, następnie wolno poprowadziła dłonie w dół. Przez chwilę masowała jego lędźwie. Andrzej stał przy niej, nieco spokojniejszy i patrzył jak dziewczyna sprawia mu przyjemność.
? Zostań.. - Szepnęła błagalnie i chętliwie Józia. - Zostań..
Chwyciła jego dłoń i delikatnie pociągnęła z powrotem na łóżko. To samo łóżko, na którym kiedyś koczowała czekając na ojca. Teraz w szybie odbijały się dwa nagie ciała młodych kochanków. Zniknął obraz twarzy malutkiej dziewczynki wysmarowanej na noc kremem, ubranej w przydużą koszulę. Teraz to dziecko dojrzało, pragnęło czegoś, co mógł jej dać mężczyzna, którego pożądała. Noc była jeszcze młoda, więc dziewczyna pragnęła zatrzymać swojego Andrzeja w ciepłym łóżku. Chłopak położył głowę na jej kolanach, a Józefina gładziła palcami jego nastroszone włosy. W takiej pozycji zaczął również obejmować go sam Morfeusz.
? Życie jest takie nieprzewidywalne... - Szepnął w półśnie.
? Tak, najdroższy. Śpij już.. - Odpowiedziała mu równie cicho ukochana Józia, gładząc palcami jego prawe ucho. Na twarzy Andrzeja wymalował się delikatny uśmiech błogości. Zasnął. Śnił o Raju. Wokół niego biegały nagie dziewczęta w długich warkoczach, stąpając lekko po zielonej trawie. 
O poranku, jeszcze przed pianiem koguta, Józefina wymknęła się cichutko spod kołdry, pod którą spali razem z Andrzejem. Drzwi izby były zamknięte, panował półmrok, oraz przeraźliwy chłód. Świerzy śnieg znów zasypał drogi tej nocy. Józefina podbiegła nago pod piec, dorzuciła kilka drewien. Gdy zapłonęły, żółte światło zaczęło delikatnie lizać nagie ciało Józi. W jej oczach tańcowały płomyki. Nagle poczuła na sobie dotyk. Odwróciła się i zobaczyła swojego ślicznego Andrzeja w pełnej okazałości. Zielone oczyska, potargane włosy. Oto stanęło przed nią wszystko, co kochała. Ujęła jego męskość i skosztowała jej subtelnie. Cichutko oddawali się przyjemności, zagłuszał ich trzask polan w kominku. Ciepło otulało ich nagie ciała. Chwila stanęła w miejscu. Nawet nie usłyszeli kroków w sieni. Zupełnie ich to nie obeszło, gdy do izby wkroczyła matka Józefiny w obszernej koszuli nocnej z włosiem potarganym jak rozbawiony, kudłaty pies. Kiedy tylko zobaczyli ją tam, stojącą w stanie przedzawałowym, natychmiast otrzeźwiła ich rzeczywistość. Józefina wypuściła z ust dobrobyt ukochanego i schowała się za piec, Andrzej zasłonił przyrodzenie ręką i starał się upozorować zaskoczenie z rezultatem godnym statuetki Oscara. W twarzy swej teściowej widział wszystkie emocje, niczym Freud dokonujący na kimś psychoanalizy. To szalenie zaskakujące, jak szybko ta jedna, specyficzna sekunda miała na całe życie wylądować w jego osobistym Wielkim Atlasie Żenujących Sytuacji. Einstein miał rację ? czas jest pojęciem względnym. Gdy własna tesciowa przyłapuje cię na namiętnej orgii ze swoją ukochaną córką, możesz być, kamracie, pewien, że ta sekunda będzie szalenie opasłą sekundą..
- Ja przepraszam, łóżko nie skrzypiało, to myślałam.. a, w cholerę.. - Wybąkała niesamowicie zmieszana matula, odwróciła wzrok i wyszła. Sprawa się dokonała ? Andrzej już nigdy nie spojrzy jej w oczy. Nie powie?dzieńdobry?, nie życzy miłego dnia, nie sprzeda komplementu. Zawsze widok jej twrazy będzie przywoływał obraz samego siebie sterczącego na waleta w półmroku izby w próbie przysłonięcia swojego kompana.. Z niewypowiedzianego cierpienia wyrwał go nagle chichot Józefiny. Dziewczyna nadal chowała się za kaflowym piecem, dławiąc w sobie ryk radości. Wiedziała, że gdyby dała temu upust, obudziłaby calutką wieś i kawałek Gdańska. Usłyszano by ją w Szwecji, na Wyspie Bornholm, oraz na Litwie. Andrzej podszedł do niej szybko i namiętnie pocałował w usta. Uratowała go. Jej śmiech podziałał niczym różdżka, która odczyniła urok wstydu, zamieniając go w pocieszne wspomnienie. Jej radość, była jego radością. Rechotali razem ? dwa nagie dzieciaki za piecem kaflowym. Byli tak nadzy, ogołoceni z godności, dziewictwa, oraz poczucia dojrzałości. Carpe diem, jednak, oddawali się komizmowi tej sytuacji, nie bacząc na braki w swojej moralności.

"Aby żyć, trzeba się buntować" - Albert Camus

8

Odp: "Bez względu na los" - część 1

Szybko i lekko się czyta. Gratuluje:)

One day you will be mine...

Posty [ 9 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » "Bez względu na los" - część 1

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018