Witajcie...
zwracam się do was z wielką prośbą o pomoc w trudnej dla mnie sytuacji...
nieco ponad rok temu rozstałam się z chłopakiem..rozstanie wyszło z jego strony..dlaczego? zacznę od samego początku...
byliśmy dość zgodną parą, dopóki on nie zmienił pracy...stres, nadgodziny, brak wolnych dni coraz bardziej nas oddalały, coraz bardziej zaczęliśmy się kłócić...po 3 miesiącach coś pękło, rozstaliśmy się ale praktycznie cały czas mieliśmy kontakt ze sobą..po 3 miesiącach postanowiliśmy, ze życie oddzielnie nie ma sensu..było cudownie, niczym na początku związku, do czasu..prawie rok po tej historii mój M. awansował, nowe obowiązki, jeszcze mniej czasu, sytuacja zaczęła się powtarzać..prawie się rozstaliśmy, ale bardzo nam na sobie zależało, więc postanowiliśmy walczyć o związek...kolejny rok i kolejne rozstanie...tym razem już żadno z nas nie walczyło...ja zmęczona jego ciągłą pracą, humorkami i brakiem stabilizacji zaczęłam odpuszczać..on, myślał, ze zrozumiem, że kariera, ze robi to dla nas..denerwował się bo nie rozumiałam...przez prawie 2 miesiące nie mieliśmy ze sobą kontaktu...było ciężko, bardzo ciężko...cały czas prawie płakałam, nie mogłam sobie poradzić..w końcu zaczęłam się zbierać, po 3 miesiącach nawiązaliśmy kontakt (nie pamiętam już kto do kogo napisał) od słowa do słowa spotkaliśmy się..dowiedziałam się że M. za tydzień wyjeżdża na bezterminowy kontrakt za granicę...zabolało, ale pomyślałam sobie, dzięki temu zagoję wszystkie rany..
na początku kontakt był słaby, potem przyszły święta na które M. nie wrócił i wtedy nasz kontakt ożył, domyśliłam się, ze to dlatego, ze był tam sam, a to jednak święta, wiec nie wzięłam tego na poważnie, potem sylwester, nakłaniał mnie bym do niego przyjechała, ze spędzimy ze sobą trochę czasu...nie przyjechałam, bo się bałam...pojechałam pod koniec stycznia, myśląc, ze po prawie pół roku poradziłam sobie na tyle by to na mnie nie wpłynęło..i niestety..ta decyzja wepchnęła mnie na huśtawkę, na której jestem właściwie do teraz...
przez te 9 miesięcy było różnie, lepiej gorzej..nigdy tego nie określiliśmy ale chyba oboje czuliśmy, ze jesteśmy razem..byłam u niego 2 razy, on tutaj był 3 w tym czasie mieliśmy kontakt praktycznie codziennie ale znowu coś pękło...
ostatnie 2 tygodnie czułam się jak zdesperowana namolna była która nie potrafi odpuścić..przy każdym telefonie M. się denerwował, warczał na mnie..tydzień temu podczas rozmowy nagle się rozłączyliśmy...do wczoraj zero kontaktu..
to ja napisałam, ze skoro się nie odzywa przez tydzień to wcale mu nie zależy...a ja nie chce być niechcianą byłą...w odpowiedzi dostałam jedynie ze on jest już tym zmęczony, ze nasze rozmowy wywołują jedynie stres od którego on chce odpocząć i skupić się na pracy...jak ja to zrozumiałam? że ma mnie dość i to koniec...zastanawiam się teraz jak to się ma do rzeczywistości..skoro tak jest nie mogło się zepsuć z dnia na dzień...czy to co trwało ten czas było czymś poważnym, czy tylko jakąś odskocznią..czuję się oszukana i nie wiem co robić...