Witam,
Chciałabym podzielić się z Wami moją historią. Moje życie utknęło w martwym punkcie. Nie wiem co robić. Nigdy nie korzystałam z tego typu porad. Ale nie byłam także u psychologa. Męczę się ze wszystkim sama...
Jestem mężatką z długim stażem. Jak w każdym związku tak i u nas były wzloty i upadki. Mieliśmy fajne życie. Zajęci karierą, podróżami decyzję o dziecku odkładaliśmy na przyszłość. Czasem bywało tak, że mąż chciał, a czasem ja ale nie mogliśmy się zsynchronizować
Kupiliśmy w miedzy czasie mieszkanie. Wzięliśmy kredyt życia ale wszystko z myślą o przyszłości.
Mijały lata a ja poczułam instynkt macierzyński. Bardzo chciałam mieć dziecko ale mąż nie podzielał mojego entuzjazmu. Zgodził się jednak na zaniechanie antykoncepcji podczas zbliżeń. Po ok. 6 mcach się udało! Byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Mąż natomiast się załamał. Nie wiedziałam o co chodzi...kłóciliśmy bo wygarniał mi, że nie jest gotowy na dziecko...Nie potrafiłam tego pojąć...jak moze nie być gotowy?! Zamiast wsparcia otrzymałam załamanie i to w pierwszych miesiącach ciąży. Tłumaczyłam to sobie jednak tym, ze jest jednym z tych facetów, którzy przezywają szok na wieść o tym, że zostaną ojcami. Kiedy natomiast zobaczą dziecko wszystko się zmienia...
Duzo rozmawialiśmy...no i na kilka miesięcy był spokój...
Pod koniec ciazy poszłam na zwolnienie lekarskie i wtedy znowu miałam wrażenie, ze cos jest nie tak...Nie dość, ze czułam sie nieatrakcyjne to psychika zaczęłam mi szwankować. Czułam sie nic niewarta. Samotna. Niekochana...
Wszyscy mówili mi, ze on kogoś ma.
Pukałam sie w czoło? On? We wszystko uwierzę ale nie w to, ze kogoś ma...Nie on!
Zbliżał sie dzień porodu. Kazano położyć mi sie do szpitala. Pamietam jak na korytarzu rozmawialiśmy...płakał...powiedział, ze bez względu na wszystko chciałby mieć kontakt z dzieckiem. Byłam zdziwiona. Wiedziałam, ze nie jest miedzy nami kolorowo, rozmawialiśmy o rozstaniu ale w tym momencie najważniejszy był dla
mnie szczęśliwy poród.
Gdy urodziłam nie było tak jak sobie wyobrażałam tj. zero buziaka, słów - kochanie spisałaś sie na medal, jestem szczęśliwy itp. Zamiast tego usłyszałam - polecam sie na przyszłość gdybys jeszcze kiedyś musiała dziecko urodzić.
Po powrocie do domu znowu niespodzianka bo myślałam, ze pomoże mi przy dziecku w tych pierwszych dniach. Usłyszałam jednak żebym nie dramatyzowała i te 3 dni wolnego to naprawdę duzo. Nie miał mnie nawet kto zawieść na zdjęcie szwów do szpitala...
Na szczęście z pomocą przyszła mama i teściowa.
Wzięły urlop i pomagały mi bardzo.
Pewnej nocy gdy zostałam z małym w jednym pokoju, maż przeniósł sie spać do drugiego ale w moim zostawił swój telefon. Zajrzałam do niego. Nie było żadnych niepokojących smsów ale moja uwagę zwrócił jeden mail. Niby nic takiego ale nie dawał mi spokoju. Była to krótka acz bardzo miła wymiana zdań miedzy mężem i jego koleżanka z pracy, która raz przelotnie widziałam. Mój szósty zmysł podpowiedział mi, ze cos jest nie tak...
Ale nie poruszałam tego tematu.
Zaczęła mnie jednak drażnić kwestia nowego mieszkania, które kupiliśmy a które stało sie tematem tabu. Kłóciliśmy sie o to, bo maż zbywał mnie, ze jeszcze nie teraz, ze zobaczymy itd.
W któryś weekend nie wytrzymał. Wypił butelkę wina i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałam go o te dziewczynę i o to, ze zaintrygował mnie ten mail. Bardzo sie zdziwił ale przyznał sie do uczucia do niej. Ze nie potrafi sobie z tym poradzić, ze chciał mi powiedzieć ale nie mógł zdobyć sie na odwagę, ze chciał sie rozstać ale zaszłam w ciąże. Ze potem przetłumaczył sobie, ze nie zrobi tego dziecku ale to uczucie jest za silne...
Postanowiłam jednak, ze dam mu szanse bo twierdził, ze nie było seksu. Jest to tylko uczucie.
Sęk w tym, ze myślałam, ze to uczucie wygaśnie...ze nasze dziecko urośnie i mężowi zmienia sie priorytety. Niedługo mija jednak rok...a on nie powiedział, ze mnie kocha, ze uczucie do tamtej wygasło.
Na pewno sie stara odbudować to uczucie do mnie. Są chwile kiedy czuje sie szczęśliwa gdy jesteśmy we trójkę razem. Są jednak chwile kiedy jednak wszystko wraca. Zwłaszcza kiedy pomyśle o mieszkaniu. Stoi puste. Spłacamy wielki kredyt a nie wiem co to bedzie...
To strasznie trudne ale wszelkie rozmowy kończą sie tym samym. On wie, ze musi sie zdecydować. Ja czuje, ze gasnę...
Mówi, ze mi zależy, ze sie zmienił ale jednak wiem, ze nadal z nią pracuje i sie widują. Choć nie chce mi nic powiedział więcej. Poza tym ma tez drugi telefon. Zabezpieczony kodem. Pytam sie czy ze sobą piszą...twierdzi, ze jednak nie..
Wiem tylko jak ta dziewczyna sie nazywa. Nie wiem jednak w jakim dziale pracuje i jak blisko męża.
Gdy czasami o niej wspomnę to on sie uśmiecha...widać, ze myśl o niej sprawia mu przyjemność...
To moja historia w wielkim skrócie. Podpowiedzcie co robić? Zostać czy dać sobie spokój? Tylko nie kopcie juz leżącego....