Cześć dziewczynki. Mam pewien problem, chyba mogę powiedzieć, że z mężczyznami. Jakoś w wieku gimnazjalnym, czy nawet przedgimnazjalnym miałam pierwszego chłopaka
Nie było to oczywiście jakoś tam bardzo na poważnie, bo ja nie miałam wcale poczucia takiego, że go mam w sumie. To taki bardziej kolega był, który twierdził, że coś tam kocha. Potem często czułam się niechciana w społeczeństwie, niepotrzebna. W dużej mierze wpłynął na to dom i to, co się w nim działo. Zaczęłam uciekać w czaty, jakieś aplikacje na telefonie, które pozwalały poznać ludzi. Często poznawałam przez nie właśnie mężczyzn. Niejednokrotnie wydawało mi się, że są bardzo sympatycznymi mężczyznami, czasem przyzwyczajałam się do nich na tyle, że kiedy nasza znajomość się kończyła czułam się porzucona. Wiem, to dosyć głupie. Ale sama nie rozumiem do tej pory jak działała moja psychika w wieku 14 czy tam 15 lat. Nadszedł taki czas, kiedy ja poza internetowymi znajomościami, związkami nie miałam niemal nikogo w rzeczywistym świecie. Po prostu się kompletnie odcięłam. Niektóre znajomości z tegoż internetu przetrwały w zasadzie do dziś, tylko moja świadomość już działa zupełnie inaczej. Wiem, że nie mają szans w rzeczywistości i chociaż nieraz widzę, jak wspaniałe są to osoby to wiem, że to już pozostanie w tej strefie e-znajomości.
WŁAŚCIWIE MOŻECIE ZACZĄĆ CZYTAĆ TU!
Ale bardziej do rzeczy. Któregoś razu na forum internetowym poznałam pewnego faceta, który mieszkał blisko mnie, co się okazało zupełnie przypadkowo. Pisaliśmy ze sobą długo, po czym oboje zdecydowaliśmy, że możemy się spotkać. Miałam spore problemy z psychiką i chociaż kiedy byłam przy nim czułam się szczęśliwa, to kiedy się rozstawaliśmy dopadało mnie to poczucie bezsensu, braku własnej wartości. Spotykaliśmy przez długi czas, ale jedyne co z tego wyszło to to, że go skrzywdziłam, bo moje problemy z sobą samą oddziaływały na niego. Rozstaliśmy się na dobre, w tym czasie kontynuowałam cały czas te swoje e-romanse, coś w tym stylu. Potrzebowałam jakiegoś roku, żeby się ogarnąć jakoś. Zakończyłam w znacznym stopniu swoje internetowe życie, ponieważ w końcu nadszedł czas, kiedy zaczęłam rozumieć, że to mi nic nie da, donikąd nie zaprowadzi. I zatęskniłam za nim. Wiedziałam, że teraz mogę wszystko naprawić, jeśli tylko będzie tego chciał. Dowiedziałam się, że nawet studiujemy w tym samym mieście!
Uznałam, że to doskonale wręcz. Że będziemy mogli częściej się spotykać. Jednak od początku dawał mi do zrozumienia, że nie mam szans, bo za bardzo go zraniłam. Zaczynałam już tracić nadzieję, na dożynkach spotkałam przypadkowo znajomego ze wsi, bawiliśmy się razem i generalnie było całkiem sympatycznie. Wymieniliśmy się numerami i mieliśmy się nawet spotkać. Przyznam, że zaczęłam trochę myśleć, że skoro nie M (to ten, którego wykończyłam psychicznie), to może ten
M. mówił mi, że możemy zostać na stopie przyjacielskiej, więc podzieliłam się z nim tym newsem. Wtedy stwierdził, że chyba wcale mi tak nie zależy, jak mówiłam, skoro zaraz idę do innego. Próbowałam mu tłumaczyć, że jeśli wyraźnie mnie odrzuca, to nie będę się płaszczyć. Złość mu przeszła, ja uznałam, że może jednak chce, może widzi dla nas szansę skoro tak go zdenerwowała informacja o tym, że kogoś poznałam.
Więc znów zaczęłam się o M starać. Ale nie wychodziło, spotkaliśmy się raz. Podczas spotkania poczułam, że on kompletnie mnie odtrąca. Jeszcze przez jakiś czas nawet próbowałam. Ale. WŁAŚNIE ZMIERZAM JUŻ DO KOŃCA HISTORII. Ostatnio w czartek przed zajęciami miałam pojechać do koleżanki. Autobusem z przesiadką. Przesiadłam się w dobry autobus, ale jechał nie w tą stronę, w którą powinien
Wysiadłam zaraz jak się połapałam, przeszłam na przystanek po drugiej stronie drogi, żeby już jechać w dobrą stronę i tam musiałam czekać jakieś 20 minut na następny autobus. Kiedy czekałam, zauważyłam, że na środku drogi kawałek przede mną zatrzymało się auto/bus/coś takiego z autopomocy. I widzę, że facet wysiada i idzie w moją stronę, więc uznałam, że będzie pytał gdzie jest jakaś ulica gdzie ma to auto rozkraczone być, a ja kompletnie nie znam jeszcze miasta. Okazało się, że on szedł do mnie nie po to, żeby zapytać o ulicę, ale po to, żeby mi powiedzieć, że jak mnie zobaczył to uznał, że nie może przejechać obojętnie
Generalnie zdecydował się na podryw. Bardzo sympatyczny facet, w zasadzie od razu go polubiłam. I od razu przeszła mi złość na M za te zagrywki, że mnie nie chce, ale może jednak chce. Powiedziałam mu o tym spotkaniu oraz poinformowałam, że mam numer tego faceta, a on ma mój. I, że zamierzam się z nim spotkać. M uznał, że właśnie jakby zaczęło mu zależeć, a ja wywijam taki numer. No ja już nie wiem, czy ja naprawdę zrobiłam źle?
Ostatecznie dziś rozmawiałam z M dosyć długo. Powiedziałam mu, co myślę i co postanowiłam. Razem ustaliliśmy, że to koniec ewidentny i że już jest jasna sytuacja. Tylko chodzi mi o jedno- powiedział mi, że niczego się chyba nie nauczyłam i odebrałam to tak, że po prostu nie potrafię z nikim być. Sama się pogubiłam, powiedzcie mi jak to wszystko wygląda z waszej perspektywy.
Wiem, że się rozpisałam, nie tak miało być, ale ostatecznie chociaż znacie dokładne okoliczności.
Pozdrawiam i czekam na wasze wypowiedzi /P.