Witam Was
Postanowiłam opisać swoją historię, żeby po pierwsze ostrzec kobiety przed wejściem z psychofagiem oraz poradzić się osób obiektywnie patrzących na sytuację.
Do rzeczy.
Od 3,5 roku byłam w związku z partnerem. Związek zaczął się w momencie kiedy rozstałam się z poprzednim partnerem (to była moja decyzja, partner mnie zaniedbywał). Byłam załamana i pojawił się ten. Zaczęliśmy się spotykać, bardzo szybko zaczęliśmy mówić MY, praktycznie drugiego dnia już mnie przedstawiał wszystkim przyjaciołom, cały czas pisał smsy, dzwonił. Pomyślałam, że złapałam pana Boga za nogi. Wreszcie pojawił się ktoś kto poświęca mi mnóstwo czasu, u kogo jestem na pierwszym miejscu. Szybko się zakochałam. Bardzo dziwnie zachowywał się podczas kłótni, był bardzo emocjonalny, szybko się denerwował jak mi się coś nie podobało, szantażował mnie, nawet mówił ,że sobie zrobi krzywdę. Oczywiście zaślepiona miłością wmawiałam sobie, że to po prostu z miłości, że tak bardzo mocno mnie kocha, że nie chce ode mnie odejść. Po 1,5 roku dowiedział się o mojej zdradzie, pocałunku z przyjacielem 3 dnia związku. I się zaczęło.... raz mówił ,że nie wybaczy, wtedy ja za nim biegałam, za chwilę błagał żebym wróciła, a ja już nie chciałam. Koniec końców dotarliśmy się, wróciliśmy. Po czasie zaczęło się... miał wolny weekend, nie odbierał specjalnie ode mnie telefonów, mówił że spał. 1-2 dni ciszy, potem zjawiał się jakby nigdy nic, dzownił kiedy się spotkamy. Mówił że ładnie przygotował pokój dla nas, że zrobimy sobie pyszną kolacyjkę itd. Jeszcze dodam, że baaaaaardzo często razem nocowaliśmy. Praktycznie większość naszych spotkań wyglądała tak że spędzaliśmy cały dzień razem, a potem nocowanie razem, czasami nawet zostawałam u niego na 2-3 dni. Jakoś tam szło.. kłóciliśmy się, zrywał, wracaliśmy po 2-3 dniach. Byłam przekonana, że to normalne, ale nie umie ubrać w słowa uczuć, zamiast powiedzieć że chce przemyśleć to zrywał... jakoś to było.
Od czerwca tego roku zaczęło się wszystko maksymalnie psuć. Praktycznie co tydzień zrywaliśmy, wracaliśmy na 2-3 dni, a potem znów zerwanie. Zaczęło się, powiedział, że mnie zdradził, bo się całował z kimś. Potem opowiadał jak to mówił po to żeby mnie zdenerwować ,bo cały czas siedzi w nim ta zdrada.... złościłam się ,ale wybaczałam. Znów rozstanie ,bo kręcił nosem. Ze dwa razy jeszcze opowiadł że się z kimś spotyka. Potem znów wracało do normy i pokazywał że to kolegi dziewczyna itd. Oczywiście jak było ok to okazywał strasznie mocno uczucia.
Tydzień temu, było super. A dzień później powiedział, że przespał się z dziewczyną 1,5 roku temu, że nie umie tak dłużej itd. W złości zerwałam, on nie był za bardzo tym przejęty ale też nie napisał nic w stylu "przepraszam, no trudno"... Spotkałam go kilka dni później porozmawiać, mówił że nie pamięta co to za dziewczyna, co się wtedy działo itd.. nawet nie pamięta gdzie to się stało. Miałam nadzieję (kretynka.) że znów tak mówi, żebym się beznadziejnie poczuła. Nie odzywałam się kilka dni. Potem oczywiście nie dałam rady. Zaczął mi znów mówić że od 2 dni się z kimś spotyka.
I cisza.
A ja ? Ja jestem emocjonalnym wrakiem. Przeczytałam bloga autorki i fragementy książki Moje dwie głowy. Ona tam idealnie wszystko opisała. To jest taki typ osobowości. Wszystkie jego zachowania idealnie pasują. WSZYSTKIE. Oczywiście z takiego związku jeszcze gorzej wyjść, bo taka osoba lata manipulowała moimi uczuciami...
Moja emocjonalna strona nie wytrzymuje.... ciągle płaczę, albo nie potrafię się zmusić do płaczu i mi ciężko. Wymiotuję z nerwów, nie mogę sobie znaleźć miejsca.
A racjonalna ? Racjonalna chce uciec jak najszybciej z tego wszystkiego.
Czy któraś z Was przeszła przez podobne rozstanie ? Co robić ? Co robić jak nachodzi mnie ochota na to żeby dzwonić ?!