Witam.
Więc może zacznę od początku, może ktoś pomoże mi zrozumieć sytuacje która miała miejsce około miesiąca temu, sytuację, której sam do końca nie potrafie zrozumieć a brak mi obiektywnych opinii.
Ale od początku...
Poznaliśmy dawno temu, w gimnazjum. Oboje tak zafascynowani sobą pisaliśmy kilka tyś [SIC!] smsów miesięcznie i nawijaliśmy do siebie bez końca, aż po roku wkońcu postanowiła zaproponować mi spotkanie. [mieszkaliśmy od siebie około 50km co w wieku 14 lat było nielada przeszkodą]
Jakoś to zaczęło sie kręcić - wspólne poznawanie siebie, dorastanie tak naprawde od 13 roku życia razem, co tydzień spotkania i tak do 2012 roku - pierwsza zmiana.
Nasz związek to były drobne kłótnie i nieporozumienia ale ogólnie przesłodzony związek [byłem pantoflem, prawdopodobnie].
w 2012 roku skończyliśmy liceum, postanoiwliśmy zrobić sobie rok przerwy między nauką a studiami, poszliśmy oboje do pracy, zaczęła u mnie spędzać tony czasu [mieszkałem z rodzicami] i było wszystko ok ale zaczęly sie pojawiać poważniejsze kłótnie.
Od zawsze problemem u nas był brak kontaktu lub długie przerwy - wtedy zaczynaliśmy sie żreć jak dwa rozwścieczone szerszenie. Byle spotkanie i emocje opadały i w miejsce złości pojawiała sie wielka miłośc.
Ale dalej, po roku przerwy, kiedy przeżyliśmy wspaniały rok niemal non stop razem, w połowie września 2013 powiedziała, że już tego nie czuje, nie chce już ze mną być i chce jakiejś zmiany.
Klasyka, płacz, płaszczenie sie, błaganie, tony smsów i połączeń błagań o spotkanie i szanse. Przekonałem ją pomysłem o spróbowaniu żeby zamieszkać razem co wymagało ode mnie stosunkowo dużego poświęcenia - musiałem zrezgynować ze studiów aby wynająć mieszkanie.
Ale porwałem sie na to [z motyką na słońce] ponieważ zaproponowano mi dobry zarobek, a rodzice dziewczyny dopłacali połowe za mieszkanie.
Zaczęliśmy sie mocno żreć, zrobiłem sie nerwowy, w lutym zerwała ze mna w emocjach, po 2 godzinach 'wróciła' [jednym słowem szopka].
Jakoś to dalej było aż do lipca, kiedy duma przykryła mi oczy i wściekłem sie o to, że pojechała z koleżankami na dwa tygodnie na wakacje, totalnie mnie olewając. Postanowiłem sie do niej przez 2 tygodnie nie odzywaćaby wyrazić co czuje.
Po tym ze mną zerwała, argumentując, że przegiąłem.
Po kilku dniach wyprosiłem, aby dała szanse, bo to, że sie nie dogadujemy od 2 miesięcy i mi odbiła palma nie znaczy, że sie nie kohamy i jest nam źle. Zgodziła sie, pod kilkoma warunkami, że będę spokojnieszy i trosze sie zmienie [pierdoły w stylu, nie będę bekać na głos przy niej] no i ok powiedziałem niema spraw, nie chcesz mnie ograniczyć a jedynie coś cie irytuje i ok.
W międzyczasie były jakieś tam krótkie spiny, aż nastał 17 sierpnia.
Od tego dnia codziennie o coś sie obrażała, kłóciła i wyszukiwała problem. Do 27 codziennie wynajdywała problem, o który by sie tutaj obrazić lub przyciąć focha, dosłownie o nic.
Ale do rzeczy: 28 postanowiła zerwać, argumentując to tym, że sie nie dogadujemy, dała mi już dość szans, to miała być ostatnia już szansa i musi coś zmienić, że było jej źle i ma tego dość.
Powiedziała, że potrzebuje miesiąca przerwy.
Klasyka; prośby, błaganie, płaszczenie sie, płacz, szantaż emocjonalny, próba uświadomienia, że nie warto rzucać 6 lat dla 2 miesięcy niedogadywań sie - nic nie dało.
Stała sie twarda jak skała ale udało mi sie od niej wybłagać spotkanie, żeby sie spotkać i pogadać, wyjaśnić mi to wszystko. Przyjechała, spędziliśmy wspaniały dzień, wygłupiając sie jak dawniej, wszystko skończył sie na filmie, przy wiinie i seksie, poranna pobudka odziwo też była pełna uniesień miłosnych, seksu i zachowania, jakbyśmy byli wciąż razem.
Gdy ją odprowadzałem na busa, powiedziała, że chce sie zacząc spotykać, spróbować odbudować tą dobrą relację, rozmawiać i może w ciągu miesiąca albo dwóch podejmie decyzje, jeśli zobaczy, że to jednak jest to... 5 dni później poinformowała mnie, że rezygnuje z tego miesiąca i to absolutny koniec.
Nie idzie z nią rozmawiac, nie mogę doprowadzić do rozmowy, spotkania niczego...
Może ktoś pomóc mi zrozumiec jej zachowanie, i jak mogę ją odzyskać ?