Witam wszystkich!
Nie wiem jaki jest sens tego co piszę tu i teraz. Być może oczekuję drobnego wsparcia, zrozumienia, uświadomienia sobie, że nie jestem sama w takiej sytuacji..
W tym roku czekają mnie jeszcze moje 20 urodziny, a ta 'dorosłość' mnie coraz bardziej przerasta, czuję strach, który mnie paraliżuje. Powinnam w tym roku rozpocząć 2 rok na moim wymarzonym kierunku studiów, a prawda jest taka, że siedzę w domu...
Być może lepiej jak zacznę od początku (w ogromnym skrócie). W poprzednim roku miałam podejść do matury, ale miałam egzamin poprawkowy z języka angielskiego (proszę mnie po tym nie oceniać..popełnia się błędy i za nie się płaci). Miałam załamanie nerwowe w trakcie wakacji, ale z trudem funkcjonowałam. Miałam ogromny żal do siebie i nauczycielki, skomplikowana historia. Zdałam poprawkę i wybrałam się do szkoły policealnej na farmacje (myślałam o czymś łatwiejszym, ale chyba musiałam siebie dowartościować podnosząc poprzeczkę), a więc wybrałam kierunek DLA MNIE dosyć ciężki. Sądziłam, że być może polubimy się..tak się nie stało. Do tego doszły problemy klasowe, nie dogadywałam się z nikim i to na mojej psychice niesamowicie mocno się odbiło. Proszę mi wierzyć, nie jestem osobą konfliktową, a łagodną i spokojną. Po pierwszym semestrze, po ładnych zaliczeniach z czego byłam bardzo dumna jak i moja rodzina, postanowiłam zacząć przygotowywać się do matury, którą traktuję bardzo poważnie i chcę ją mieć. Klasa, która stawała się coraz większym utrapieniem dla mnie, jak także nauka, której było x2 więcej - mnie najzwyczajniej w świecie przerosły, byłam nieszczęśliwa, po prostu. Rzuciłam szkołę i popadłam w depresję. Przez 2 miesiące nie wychodziłam z domu, z trudem uczyłam się do matury. Straciłam kontakty z bliskimi, moja mama starała się być dla mnie dużym wsparciem, ojciec był neutralny, a mój starszy brat nazywał mnie nieudacznikiem, czyli tak jak zawsze - traktował mnie z pogardą i brakiem szacunku. Nadszedł dzień matury, a ja czując się jak wrak człowieka postanowiłam pójść i spróbować. Dzięki temu trochę ogarnęłam się, przeprosiłam najbliższych i bardzo ładnie zaliczyłam maturę...oprócz matematyki. Poprawki też nie zdałam.
Za tydzień jest październik - wszyscy zaczną znowu żyć, kroczyć do przodu, a ja? Siedzę tutaj i szukam pocieszenia...jakież to żałosne, prawda? Obiecałam sobie, że zdam maturę...tylko na co chcę się wybrać? Miałam nadzieję, że dowiem się podczas rocznej przerwy, tak się nie stało. Nie wiem co chcę robić w życiu, żyję w takim przekonaniu że chce robić coś co polubię, pokocham..Jednak rodzina twierdzi, że nie ma czegoś takiego, że lepiej wracać na ta farmacje albo robić cokolwiek tylko zarabiać marne grosze - przecież takie jest życie, prawda? Wszyscy mamy żyć tak samo..pracować gdzieś co Cię nie uszczęśliwia, zarabiając grosze żeby utrzymać się przy życiu tylko po to żeby dalej pracować i dalej być nieszczęśliwym? Ja wiem, że to nie jest tylko moje marzenie, ale myślałam, że spróbuję podążyć tą drogą, dłuższą, ale być może bardziej satysfakcjonującą. Teraz pewnie dużo starszych, bardziej doświadczonych osób myśli jakie niepoważne mam myślenie, jakie dziecinne....i być może to racja, strasznie zagubiona jestem, może gadam głupoty?
Podsumowując muszę znaleźć jakąkolwiek teraz pracę póki jeszcze mnie nie wyrzucili z domu. Chcę zdobyć małe doświadczenie, zrobić ten mały krok do przodu..brak mi odwagi, tak bardzo się boję. Nie czuję się na siłach, nie czuję, że mam już te 20 lat. Chciałam wybrać się na jakieś kursy, szukać tego czegoś, ale w moim mieście brak. Brak celu. Brak czegokolwiek.