Witajcie... to moja pierwsza wiadomość na tym forum. Nie wiem już gdzie szukać pomocy, niestety większość dnia spędzam sam. I nie jest to spowodowane tym, że po prostu nikogo nie mam, tylko po prostu odizolowałem się w ostatnim czasie od ludzi, bo nie chce ich zamartwiać swoimi problemami. Zwracam się do Was z moim problemem, gdyż po prostu każdy dzień z mojego życia teraz to po prostu tortury. Pewnie znajdzie się ktoś kto mnie wyśmieje ale to zrozumiałe... nie od jednej osoby już usłyszałem, że jestem młody, głupi, zaślepiony i że mi przejdzie... aktualnie mam tylko 19 lat. Mieszkam sam ponieważ, mój ojciec nie żyje a matka pracuje za granicą. To trochę długa historia więc proszę, nawet nie marnuj swojego czasu na czytanie użalania się jakiegoś głupiego gówniarza jeśli nie masz na to ochoty... nie warto....
Przechodząc do mojego problemu... byłem z dziewczyną 2 lata. Poznaliśmy się przez internet i ciągle utrzymywaliśmy kontakt ze sobą. Mieliśmy podobne zainteresowania, ogólnie wiele nas łączyło. Dodatkowo strasznie mi się podobała. Była i jest dla mnie ideałem. Do dziś nie wyobrażam sobie życia bez niej. Niestety, problemem jest dzieląca nas odległość, która jest dość spora. Kilka miesięcy po znajomości wyznałem jej co do niej czuje... i okazało się, że to samo ona czuje do mnie. Pierwszy raz spotkaliśmy się rok temu na wakacjach i spędziliśmy wspaniały weekend razem. Nie chce opowiadać ze szczegółami ale bardzo się do siebie wtedy zbliżyliśmy. Ciągle mówiłem jej, że ją kocham, że jest wyjątkowa i jedyna, że jest idealna. Od niej słyszałem to samo. Były to jedne z najlepszych dni w moim życiu.
Po wakacjach ciągle ze sobą utrzymywaliśmy kontakt, zwykle przez komunikator ale w końcu coraz częściej zaczęliśmy korzystać ze skype... w końcu się od tego uzależniłem i nie mogłem czasami pójść spokojnie spać jak chwilę chociaż jej nie widziałem, przynajmniej przez obraz z kamerki.
W tym roku też spotkaliśmy się 2 razy. W maju i w lipcu na wakacjach. Tym razem o wiele dłużej, niż tylko jeden weekend ... wszystko jak zawsze się układało... byliśmy ze sobą szczęśliwi, nie rozstawaliśmy się nawet o krok od siebie przez ten czas. Nic specjalnego ani podejrzanego się nie działo.
Jednak po wakacjach i tuż przed ich końcem zaczęło się dziać coś nie tak... moja dziewczyna przestawała się ze mną kontaktować. Raz poprosiłem ją o rozmowę przez skype... pożałowałem tego. Zgodziła się ale cały czas wyglądała jakoś dziwnie, nic nie mówiła i ogólnie była lekko "zamulona"... jakby chciała najszybciej zakończyć tą rozmowę. Strasznie mnie to nudziło ale nie chciałem nic mówić... po tamtej rozmowie już ani razu nie rozmawialiśmy przez kamerkę... bałem się jej już to zaproponować a ona sama też nic nie mówiła na ten temat. Z pisaniem też już nam nie najlepiej szło... przestała mi odpisywać, jeśli już to bardzo rzadko i rzuciła tylko kilka słów. Zacząłem się z tym źle czuć... to było prawie miesiąc temu od tamtego dnia codziennie czuje stres tylko, że wtedy był mniejszy... Po kilku dniach w końcu w przypływie złości powiedziałem jej, że ostatnio zrobiła się nudna i że znowu zaczyna robić to co kiedyś (kiedyś też się pokłóciliśmy ale równie szybko się pogodziliśmy). A ona od razu do mnie z "no świetnie super" i że nie zamierza słuchać, że jej wypominam do końca życia jej dawne błędy ( ale że co? wypomniałem jej raz=do końca życia?) Zresztą mówiłem jej dziennie setki miłych rzeczy a ona... zerwała ze mną kontakt po jednej złej...? I to nie bez powodu...
Od tamtego dnia nie pisaliśmy ze sobą przez tydzień... codziennie zasypiałem z myślą, że w końcu do mnie napisze... przecież mówiła mi tysiące razy, że mnie kocha, że jej zależy... może potrzebowała ode mnie odpocząć? Dałem jej ten czas ale nie napisała... więc ja napisałem do niej.
Niestety próby te były żałosne. Nie odpisała mi. W ogóle. Błagałem ją. Prosiłem. Chciałem tylko ustalić co się stało... Czy dalej się gniewa. Czy mogę coś zrobić... Przepraszałem. W końcu odpisała ale rzuciła tylko kilka nieznacznych słów w stylu robię zadanie z historii a potem muszę spać. Nawet się nie pożegnała... 2 dni później oficjalnie ze mną zerwała... po prostu to koniec "tak o" i nara. Po tej chwili... wszystko we mnie umarło. Czuje, że już nie jestem tym samym człowiekiem... W chwili gdy to powiedziała, powiedziałem jej, że nie mogę bez niej żyć. Nawet ją to nie tknęło... Napisałem, że zawsze będę ją kochał chodź by nie wiadomo co się stało... to również. Nagle przestało jej na mnie zależeć... Nie chciałem dłużej żyć... zauważyłem też, że zaczęła spędzać czas z jakimiś innymi chłopakami, z jej miejscowości... do dziś spędza... bardziej mnie to załamało... Dodatkowo odcięła jakikolwiek kontakt... na telefony nie reaguje, na komunikatorze je już nie ma od ponad 2 tygodni...
Moją myślą było tylko to żeby odejść z tego świata. Nikt mi już nie mógł pomóc. Mój dzień przebiegał w większości na płakaniu... kilka dni nie poszedłem do szkoły bo po prostu nie byłem w stanie... w weekend nie poszedłem do pracy. Nie chciałem nikogo widzieć... mój stan był fatalny.
W końcu depresja tak mnie dosięgnęła, że wziąłem nóż i pociąłem sobie rękę... w kilku miejscach, żeby mieć pewność, że na pewno umrę. Wziąłem kilka tabletek przeciwbólowych i na sen, żeby móc zasnąć... położyłem się i zaspałem. Jednak obudziłem się następnego dnia. Kołdra, prześcieradło, poduszka. Wszystko to było zabrudzone krwią. Jednak moja ręka już nie krwawiła. Było mi strasznie zimno i ciężko mi było wstać... Byłem wściekły na świat i na siebie. Wyzywałem się od idiotów... że jestem na dnie... że jestem nikim...( i to jest prawda... nazywajmy rzeczy po imieniu) Ciągle sam się raniłem... Nie chciałem już żyć... nie chciałem się obudzić tego dnia. Dzień później wsiadłem do samochodu, który był w garażu i odpaliłem silnik... Dużo przeczytałem w internecie, że śmierć w ten sposób (poprzez zaczadzenie) jest bezbolesna i skuteczna... wielu samobójców tak postąpiło i bardzo mało odratowano a ja dodatkowo byłem sam i byłem bardzo słaby więc nie powinno być żadnych problemów... położyłem się na tylnych siedzeniach samochodu i zaspałem... byłem pewny, że tym razem się nie obudzę... było jednak inaczej. Otworzyłem oczy kilka godzin później... był już wieczór... silnik nie wiem dlaczego nie pracował... w garażu bardzo słabo czułem spaliny więc pomyślałem, że już musiał zgasnąć dawno. Usiadłem na przednie siedzenie i silnik z łatwością odpalił... więc nie ma możliwości, że się skończyła benzyna. Po tym znowu powrócił do mnie strach... chciałem się zabić ale lęk i promyk nadziei nagle postanowił mnie odwiedzić... poszedłem do swojego łóżka i spędziłem noc na przemyśleniach...
Od tamtego dnia, kiedy ostatni raz próbowałem odejść minęły prawie 2 tygodnie... od tego czasu żyję ale ledwo. Bardzo mało jem... z nikim nie rozmawiam. Codziennie źle się czuje i płaczę... Tydzień temu byłem u siostry bo mnie zaprosiła na obiad. Nie chciałem aby się martwiła więc postanowiłem zachowywać się normalnie, żeby jej nie martwić. Próbowałem coś zjeść, wpychałem w siebie na siłę, żeby nie nabrała podejrzeń i nagle wszystko zwymiotowałem... wtedy po prostu się załamałem i się rozpłakałem... musiałem już się przyznać do wszystkiego..
Tego samego dnia, jak już wróciłem do siebie moja siostra zadzwoniła do mojej dziewczyny... dowiedziałem się tego dopiero wczoraj co było dla mnie zaskoczeniem. Mówiła jej, że źle się czuje, że nic nie jem, że słabo wyglądam. Moja dziewczyna powiedziała wtedy, że się ze mną skontaktuje. To było kłamstwo. Nic się nie odezwała nawet do dziś. Nie ruszyło to ją nawet odrobinę. Nie mogę z tym żyć. Ktoś kto tyle razy mówił, że Cię kocha. Że Chce być z tobą już zawsze. Że zależy mu na tobie najbardziej... nagle staje się takim kimś. Nie wiem jak sobie dalej radzić.
Proszę pomóżcie. Nadal ją bardzo kocham i nie mogę przestać. Jest dla mnie tą jedyną. Co mam zrobić?