Czuje się w domu jakaś obca osoba, jakby ludzie, którzy są moją rodziną uważali mnie za intruza (chodzi głownie o ojca i babkę, tak jak to było od samego początku).
Od roku moja młodsza, 19 letnia siostra ma chłopaka - jest to istotne dla mojej sytuacji, zaraz wyjaśnię czemu. Przyjeżdża do niej co tydzień, czasem nocuje nawet po 2-3 dni, jest wychwalany przez ojca i w ogóle jest cudowny. Natomiast jak mój facet nocował u nas po kilka dni, to było wielkie oburzenie i obraza majestatu. Teraz ani ja ani mój facet nie chce, żeby do mnie przyjeżdżał przez porycie mojego ojca. Moja siostra bez problemu może nocować u swojego chłopaka 2-3 noce. Natomiast jak ja jadę do mojego nawet na 1 noc to jest wielce że (cytuje): "jadę się kur**ć"..
Więc spotykamy się w moim mieście gdzie studiuję i to ja jeżdżę do mojego faceta wtedy kiedy chce i nikt o tym nie musi wiedzieć, bo nie mogę już znieść obelg pod moim adresem. Obelgi pod moim adresem są krzywdzące, ale to nic w porównaniu z tym jak przypadkowo podsłyszę jak babka z dziadkiem rozmawiają (i babka) obraża mojego chłopaka, pęka mi wtedy serce, na prawdę.. po obelgach w stylu (cytat): "że ma świński ryj", "że jest niski" (co dziwne, chłopak mojej siostry jest o głowę od niej niższy i nikt na to nie narzeka), że to nie ładne, tamto nie ładne, włosy takie a nie owakie..
Oczywiście czasem mój facet się u mnie pojawia (sporadycznie, jak mamy np. wesele w mojej rodzinie) i wtedy ojciec normalnie się wobec niego zachowuje (takie pozory zakłamanej osoby).
Oczywiście po jego wyjeździe przez kilka dni jest fajnie i spokój. Ale potem jak ojcu odbije szajba (np po piwku) to mówi co chce, obraża mnie i jego bez zahamowań. Teksty od ostatniego postu się nie zmieniły, dalej jest to: "ja już coś tej k**wie mówiłem", "radzę ci się uspokoić z nim", "nie psuj mi nerwów", "nie rób mi wstydu", "możesz wypierdalać z tego domu", "nie pokazuj mi się na oczy", "ja ci ani grosz na wesele nie dam". (to takie standardy). Ja już nauczyłam się (przez te lata), że nie warto cokolwiek na to odpowiadać, więc staram się jak najmniej przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
Tym co mnie najbardziej zabolało było wydarzenia z Wigilii. Myślę sobie, ej jest Wigilia, będziemy wszyscy dla siebie mili i będzie może od tego czasu normalnie. Nawet nie wiedziałam jak bardzo się myliłam.
Babka - życzyła mi "ładnego chłopoka" (już nie chciałam w Wigilię się jej odszczekiwać, że przecież takiego mam i nie potrzebuje innego)..
Ojciec - życzył mi żeby zerwała z moim facetem (?!), ja mu na to, że nie ma mowy, on o dziwo powiedział "ok, niech ci już będzie" (myśle sobie, kurde, nie możliwe, przejrzał na oczy i będzie juz normalnie)..
Natomiast mojej siostrze, życzył wszystkiego najlepszego z jej facetem i jak coś to on im we wszystkim pomoże, finansowo i w ogóle...
Myślałam, że od Wigilii będzie ok, że już nikt nie będzie szykanował mojego faceta, ale znów się pomyliłam..
Nie mogłam do niego jechać na sylwestra, bo ojciec tak mówi i ja mam go posłuchać, czy to zrobiłam - nie.
Inne uroczystości rodzinne u mojego faceta, oczywiście jestem na nie zapraszana, bo w porównaniu do mojej rodziny, rodzina mojego faceta mnie w pełni akceptuje i chce bym jak najczęściej tam bywała.
Ale nie, bo mój ojciec się o wszystko burzy, jak jadę na weekend czy choćby na 1 dzień do mojego M. to potem po powrocie w moim kierunku lecą standardowe wyzwiska..
A moja siostrzyczka może robić co chce, jeździć na ile chce, gdzie chce, kiedy chce..
Jestem na ostatnim roku I stopnia studiów, pracuje, nie daje mi na nic kasy, jestem od nich niezależna finansowo. Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że się stąd zaraz wyprowadzę na zawszę, bo nie daję rady tego wytrzymać psychicznie. Nie pokazuję tego po sobie, ale w środku jestem wrakiem człowieka, nie mam komu tego powiedzieć, duszę to w sobie, dziękuje za takie fora ja to.
Zaraz zapytacie, co mój facet na to. Czy o tym wie? Wie. Od początku. Był załamany i zdruzgotany. Powiedziałam mu na samym początku (czyli po 1,5 roku związku, teraz jesteśmy razem 4 lata). W tamtym czasie nigdy nie widziałam, żeby płakał, to był jedyny raz i jedna sytuacja, w której widziałam jego łzy. Nie mówie mu oczywiście wszystkiego, bo to by go jeszcze bardziej dobiło i (tak sobie myśle, że miałby jeszcze gorsze mniemanie o sobie, zabiłoby to jego samoocenę). Od tamtego czasu, gdy on ma słabsze dni, mówi, że jest beznadziejny że mój ojciec ma rację że powinnam go zostawić. Na te słowa też łamie mi się serce, bo jak mój facet może tak myśleć. Jest dla mnie najważniejszy i zawsze tak będzie..
Chyba na tą chwilę to wszystko co chciałam z siebie wyrzucić.
O co mam Was teraz poprosić?
O radę?
Wsparcie?
Przede wszystkim proszę o przeczytanie.
Może podejście do tego na chłodno.
Może o postawienie się w mojej sytuacji.
A może o jakąś zwykłą rozmowę.
O pozwolenie mi zrozumieć co ja tu robię nie tak?
Przepraszam, jeśli w niektórych momentach nie ma sensu to co piszę. Starałam się wszystko jasno nakreślić.
Pozdrawiam