Cześć.
Mam pytanie do kobiet dotyczące powrotów do kobiety, więc opowiem wam moją historię. Chciałem zrobić to możliwie krótko, ale raczej się nie da.
Rozwodzę się po 23 latach. Ale wcześniej poznałem kobietę, też w trakcie rozwodu. Poznaliśmy się na jednym z portali randkowych. Pisaliśmy do siebie miesiąc. Po tym czasie zapadła decyzja, że się spotkamy. Pojechałem i tu normalnie trafił mnie piorun. Kiedyś nie wierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia, ale wtedy... Gdyby mi wtedy powiedziała- rozwiedź się, zrobiłbym to na drugi dzień. Nigdy w życiu nie byłem tak zafascynowany kobietą. To był ideał. Gdyby mi powiedziała "zabij" - zrobiłbym to bez wahania.
Spotykaliśmy się przez 3 miesiące. Potem sie rozpadło. Nie przeszła rzekomo mojej "mentalności". Byłem wtedy żonaty, ona się rozwodziła.( Moje małżeństwo było już fikcją, nie mogliśmy patrzeć na siebie z żoną. ).
Kolejny raz spotkaliśmy się znowu po 3 miesiącach i byliśmy pół roku. Znowu nie dała rady przejść mojej "mentalności", za duże różnice mówiła.
Jak wyglądał wtedy nasz związek? Przyjeżdżałem na weekend, szedłem na studia, wracałem do niej, rano o 5 zrywałem się i gnałem do siebie, do pracy. Wariactwo.
Minął niecały rok i znowu wylądowaliśmy ze sobą.
Po pół roku znowu się spotkaliśmy. Wytrzymaliśmy ze sobą 2 miesiące i znowu się rozpadło. Nie wiem już dlaczego.
Kiedy chciałem się spotkać mówiła, że nie ma czasu, nie odpowiadała na smsy, na telefony, na maile. Odpuściłem po tygodniu. Czasem po pijaku wysłałem maila, za który po trzeźwemu przepraszałem mailowo. Bez odpowiedzi. Przestałem pisać, nie chciałem jej męczyć.
W międzyczasie złożyłem pozew o rozwód. Próbowałem kogoś spotkać, ale byłem już tak wyjałowiony emocjonalnie, że nie potrafiłem przejść związku.
W końcu stwierdziłem, że muszę być sam by nie unieszczęśliwiać kobiet z jakimi bym się spotykał, wciąż myślac o tamtej. I kiedy poodjąłem taką decyzję ona się odezwała mailowo.
Jeden nic nie mówiący mail, drugi- na który odpowiedziałem zdawkowo. Po trzecim mailu napisałem o co jej konkretnie chodzi, ma nie owijać w bawełnę. Napisała, że chce się kochać. Spotkaliśmy się i.. wróciliśmy po raz kolejny do siebie.
Ona zdziwiona, ze jednak złożyłem pozew o rozwód, ja zdziwiony, że rozwodzi się 4 lata.. Spotykamy się drugi miesiąc.
Mieszkam 120km od niej, możemy się spotykać wyłącznie w weekendy. Byliśmy razem na urlopie, nad morzem, w górach. Było fajnie. Ale okazuje się po raz kolejny, że mamy problem dotyczący kontaktów. Nie dzwonimy do siebie, nie smsujemy, podobno nie lubi tego typu komunikacji ( pracuje w reklamie ).. Utrzymujemy kontakt przez komunikator, parę zdań dziennie, nieraz wcale.
Kiedyś rozmawialiśmy co nas łączy. Co nas ciągnie. Praktycznie mamy sporo różnic, funkcjonujemy na podobnym poziomie emocjonalnym. Uwielbiam jej zapach, sposób w jaki mówi, porusza się, ubiera. Czyli fizyczność.
Zaczęliśmy analizować dokładniej. Związki budowane na miłości, no fajnie. Z jej strony padła propozycja otwartego związku. Mamy swoją kasę, swoje problemy, swoje mieszkania. Nie ruszamy tego. Spotykamy się od czasu do czasu, idziemy do łóżka, kino, wyjazd, płacimy po połowie. Ale nie robimy skoku w bok. I nie mieszkamy ze sobą. Tu robi się zonk. Dla mnie to dziwny układ. Oboje mamy koło 40. Wchodzimy w wiek kiedy zaczynają się problemy, różne. Przeważnie zdrowotne. Ona zaproponowała, że w przypadku problemów finansowych jedno mogłoby drugie wspomóc. Raczej ja byłbym tą stroną potrzebującą, ale dla mnie nie honor zwrócić się z czymś takim do partnerki. Radzę sobie sam. Myślałem, co bym zrobił gdyby straciła pracę. Jak bym się zachował. Co by było gdyby zachorowała? Wrodzony optymizm narzuca mi do głowy plagę XX wieku, raka.. Zastanawiałem się co by było gdyby miałą chemię, wyłysiałą, miała amputowaną pierś, cokolwiek.. W przypadku gdybyśmy żyli w takim otwartym związku raczej nic nie trzymałoby mnie. Zmieniłbym na nowszy model. Dlatego nie chciałem otwartego związku. Wolałbym mieszkać razem. Związek to nie tylko seks. Dziwnie to zabrzmi, ale związek to wspólne spędzanie czasu wieczorami, bycie ze sobą, wspieranie się. To, że masz świadomość iż ktoś na Ciebie czeka.
Rozmarzyłem się.. Do czego zmierzam. Chciałbym z nią być i nie chciałbym. Pamiętam swój stan kiedy rozeszliśmy się i wiem jak to bolało. DŁuugo i moocno. Ale jednak wchodziłem w to za każdym razem. Coraz zimniejszy, ale wciąż tęskniący za nią, liczący, ze ją zmienię.I coraz bardziej poraniony.
Teraz przyszedł weekend i czekałem znowu na jakis znak typu przyjedź. Nie chciałem się narzucać, ale w końcu zadałem to pytanie i u słyszałem odpowiedź, że planowała spotkanie z koleżankami więc nie może się spotkać. I jest zmęczona. I chyba odwoła to spotkanie by się wyspać.
Jestem juz głupi. Przeprosiłem, że się narzucam. Ale sytuacja się powtarza. Czy ja jestem namolny, czy jak? Jak to wszystko traktować? Przepraszam za rozwlekłość, ale starałem się opisać problem możliwie najdokładniej.